Maksym wkroczył do kuchni z taką miną, jakby przed chwilą osobiście wynegocjował traktat pokojowy między dwiema zwaśnionymi galaktykami, choć w rzeczywistości kupił jedynie bochenek chleba i karton mleka. W jego postawie pojawiło się coś pomnikowego, wręcz gipsowego. Odkąd tydzień temu mianowano go „tymczasowo pełniącym obowiązki zastępcy naczelnika działu”, mój mąż przestał zwyczajnie chodzić — on zaczął kroczyć.
— Olu — wymówił z namaszczeniem, lustrując moją kolację (pieczonego pstrąga) wzrokiem surowego inspektora. — Jestem dziś potwornie wyczerpany. Podejmowałem kluczowe decyzje strategiczne. Dlatego umówmy się tak: w domu ma panować cisza i pełna akceptacja. Nie mam zamiaru się spierać. Chcę, żebyś po prostu się ze mną zgadzazała. Mój umysł potrzebuje odpoczynku od oporu materii.
Zamarłam z widelcem w dłoni. To było odważne. To było nad wyraz świeże. Biorąc pod uwagę fakt, że mieszkamy w moim własnym mieszkaniu, a moja pensja analityka finansowego pozwala nam zupełnie nie zauważać inflacji, to oświadczenie brzmiało tak, jakby chomik zażądał od kota prawa do oddzielnej sypialni.
— Czyli chcesz, abym stała się twoim echem? — dopytałam, czując, jak budzi się we mnie ten szlachetny drapieżnik, za którego cenią mnie koledzy w biurze, a którego panicznie boi się moja teściowa.
— Chcę, abyś uznała mój autorytet — stwierdził patetycznie Maksym, poprawiając krawat, który nie wiedzieć czemu założył specjalnie do kolacji. — Mężczyzna to wektor. Kobieta to otoczenie. Nie należy zakrzywiać mojego wektora, Olgo.
Spojrzałam na niego uważnie. W jego oczach płonęła ta święta, niczym niezmącona pewność siebie, która cechuje zazwyczaj ludzi decydujących się na przebieganie przez autostradę w niedozwolonym miejscu.
— Dobrze, kochanie — uśmiechnęłam się, odkrawając kawałek ryby. — Żadnych sporów. Tylko zgoda.
W tym momencie rozpoczęła się moja ulubiona zabawa pod tytułem: „Bój się swoich pragnień, bo mają one skłonność do spełniania się z dosłowną precyzją”.
Pierwszy akt tego przedstawienia miał miejsce w sobotę. Maksym szykował się na korporacyjny wyjazd integracyjny — wydarzenie, które on dumnie nazywał „szczytem liderów”, a ja „wywozem biurowego planktonu na grilla”. Kręcił się przed lustrem w nowych spodniach, które nabył samodzielnie, bez konsultacji ze mną. Spodnie miały modny, jak mu się zdawało, musztardowy kolor, ale leżały na nim tak, jakby uszyto je na kangura oczekującego potomstwa. W okolicach bioder materiał pęczniał pustką, natomiast łydki były opięte niczym parówki w folii.
— I jak? — zapytał, wypinając dumnie pierś. — Stylowo? Podkreśla mój status lidera?
Zazwyczaj delikatnie zasugerowałabym, że w tych portkach jego status przypomina raczej animatora w cyrku objazdowym. Ale przecież dałam słowo.
— Bez wątpienia, Maksymie — przytaknęłam, nie odrywając wzroku od lektury. — Bardzo odważnie. Wszyscy od razu zrozumieją, kto tu jest samcem alfa. Ten kolor i fason… one wręcz krzyczą o twojej silnej indywidualności.
Maksym rozkwitł z dumy.
— Widzisz! A dawniej zaczęłabyś marudzić: „zdejmij to, nie rób wstydu”… Uczysz się, żono!
Wyszedł, dumny jak paw. Wrócił wieczorem wściekły, purpurowy na twarzy i z jakiegoś powodu w dżinsach kolegi. Okazało się, że podczas aktywnego konkursu „Przeciąganie liny sukcesu” musztardowe arcydzieło pękło na szwie z takim odgłosem, jakby rozdarto żagiel nadziei.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś, że są za ciasne w… strategicznie ważnych miejscach?! — wrzeszczał, rzucając resztki luksusu w kąt pokoju.
— Kochanie, przecież sam mówiłeś, że idealnie podkreślają status. Nie spierałam się. Widocznie twój status okazał się zbyt wielki dla tej konkretnej tkaniny.
Prawdziwy dramat rozegrał się jednak, gdy do akcji wkroczyła ciężka artyleria — Zinaida Pietrowna, matka „wektora”. Przyjechała z wizytą kontrolną, a Maksym, uskrzydlony moją uległością, uznał, że teraz wolno mu już wszystko. Siedzieliśmy przy stole. Zinaida Pietrowna, kobieta z fryzurą typu „pudel mojej mamy” i spojrzeniem prokuratora, lustrowała mój salon.
— Oleńko, firanki masz jakieś ponure — oświadczyła, przeżuwając mój wypiek. — I kurz na karniszu. U dobrej gospodyni kurz nie leży, on się wręcz… boi położyć! Maksymkowi potrzeba przytulności, a u ciebie jest jak w biurze.
Maksym, czując wsparcie na tyłach, przytaknął ochoczo:
— Tak, Olu. Mama ma rację. Za dużo pracujesz, a dom jest zaniedbany. Powinnaś zrewidować swoje priorytety. Może przejdziesz na pół etatu? Pieniędzy nam wystarczy, przecież jestem teraz na kierowniczym stanowisku.
To było doprawdy zabawne. Jego „kierowniczy dodatek” pokrywał co najwyżej koszty jego paliwa i lunchów. Ale pamiętałam: ja się nie kłócę.
— Ma pani absolutną rację, Zinaido Pietrowno — odpowiedziałam pokornie. — I ty, Maksymie, też masz rację. Rzeczywiście zbyt wiele czasu poświęcam na karierę. Firanki to przecież twarz kobiety.
— Otóż to! — ucieszyła się teściowa. — Mądrzejesz w oczach.
— Dlatego też — kontynuowałam — podjęłam decyzję o zwolnieniu ekipy sprzątającej.