Zaskakująca radość z porzucenia czyli jak pomoc rywalce w pakowaniu walizek otworzyła drogę do wolności

Dzwonek do drzwi. Otwieram. Na progu stoi prawdziwa piękność — młoda kobieta, może nieco po trzydziestce. Szczupła sylwetka, obciśnięta czerwoną sukienką mini, która eksponuje opalone, długie nogi; głęboki dekolt podkreśla wydatny biust. Makijaż, fryzura i każdy detal — wszystko dopracowane do perfekcji.

Uśmiecham się do niej:
— Słucham panią?
— To do pani — odpowiada surowo. — Nazywam się Lada.
— Lada, jak pięknie. Miło, gdy do domu zawita harmonia — cieszę się i otwieram drzwi szerzej. — Proszę, wejdź.

Wchodzi. Rozgląda się niepewnie, stojąc na środku przedpokoju.
— Niech pani przejdzie do pokoju, tam. A ja skoczę szybko do kuchni, smażę naleśniki. Muszę tylko wyłączyć gaz.

Po kilku minutach wracam do gościa. Ona siedzi w fotelu, noga na nogę, łokcie na oparciach, plecy wygięte niczym u kotki gotowej do skoku. Od razu widać, że czeka nas poważna rozmowa. Cóż, pogadajmy.
— Herbata? Kawa?
— Nie, dziękuję.
— Dobrze. Zapewne ma pani do mnie sprawę. Słucham. Nazywam się Nadzieja Pietrowna.
— Wiem. Wiem o pani wszystko.
— Doprawdy? — dziwię się szczerze. — No proszę. A ja sama o sobie niewiele wiem. Opowie mi pani później więcej? Chętnie się dowiem, co mnie czeka.
— Opowiem z przyjemnością: już wkrótce odejdzie od pani mąż.
— Artiom? Hm. I dokąd się wybiera?
— Do mnie. Jestem kobietą, którą kocha.
— Ach — dociera do mnie — więc to pani. Rozumiem. A ja, według jego słów, też jestem tą ukochaną. Cóż za zbieg okoliczności. Wie pani co, Lado, wypijmy za to.
— Co pani sobie myśli?! Nie zamierzam z panią pić.
— Proszę się nie bać. Nie proponuję pijaństwa — tylko symbolicznie, po łyku, za znajomość.

Idę do kuchni po czerwone wytrawne wino i kieliszki. Wracam: Lada wciąż siedzi w tej samej pozie, plecy napięte jak u polującej kotki. Uśmiecham się zachęcająco, stawiam butelkę i kieliszki na stole, nalewam wina.
— No, Lado, za naszą znajomość — podaję jej kieliszek.
— Nie będę z panią pić — uparcie kręci głową.
— Cóż, jak pani chce. — Wypijam sama. — To za znajomość, a to za pani wizytę. A zatem, Lado — siadam w drugim fotelu — przyszła pani zabrać mojego męża.
— Dokładnie tak. Zresztą on jest już prawie mój, trzeba tylko dopełnić formalności. On kocha mnie, ja jego. Miłość jest w życiu najważniejsza. Musimy być razem. Rozmawiałam z nim, on się zgadza.
— Świetnie! Rozwiążmy to od razu.
— Słucham?
— Spakujemy teraz rzeczy mojego — przepraszam, pani — Artioma. Potem zamówimy taksówkę i zabierze go pani razem z całym bagażem.
— Pani się zgadza?
— A mam jakiś wybór? — śmieję się. — Niech pani działa, kochana. Proszę wyciągać męskie ubrania z szafy, a ja w sypialni zbiorę resztę. Szybko, szybko!

Oto letnie spodnie, dżinsy dwóch rodzajów, skarpetki, bielizna, koszulki. Chusteczki. Swetry — jeden, drugi. W dolnej szufladzie golarka. Trzy skórzane paski. Na wieszaku pęk krawatów. Garnitur wyjściowy, kolejny i jeszcze trzeci. Kurtka letnia, przejściowa, zimowa skóra. Gdzie ten czarny japoński parasol? Jest, mam go.

Lada wychyla się z sypialni.
— Już wszystko? — dziwię się. — Błyskawicznie! Mam nadzieję, że o niczym nie zapomnieliśmy? W szafce pod telewizorem są dokumenty: moich proszę nie ruszać, jego — zabrać. Jeszcze chwila!
— Nadziejo Pietrowno, dlaczego pani tak po prostu oddaje męża?
— A co w tym dziwnego? Cieszy się pani?
— Cieszę. Tylko to takie dziwne. Myślałam…
— Myślała pani, że zacznę płakać, kłócić się, walczyć o niego? Nie, moja droga. Po co urządzać sceny, skoro wszystko zostało postanowione? Przy okazji, tam w kuchni jest jego ulubiony kubek z tygrysem — niech go pani weźmie, to prezent od córki.

Wracam, wyciągam album, wyjmuję wszystkie zdjęcia Artioma — uzbierał się spory stosik. Pakuję je starannie do torebki. Lada znów wchodzi do pokoju.
— Nadziejo Pietrowno, przecież to moja inicjatywa, żeby Artiom się do mnie przeprowadził… A co, jeśli on odmówi?
— Niech pani będzie spokojna. Jak mógłby odmówić takiej piękności o imieniu Lada? Będzie zachwycony, zapewniam panią. Dopakujmy wszystko, sprawdzimy, czy nic nie zostało. To niech pani bierze, a ja zaniosę tamto do salonu. Narzędzia! — biegnę do schowka, wyciągam skrzynkę z narzędziami, wiertarkę, zestaw wierteł, pudełko gwoździ i jakieś śruby. Wszystko ląduje przy kanapie.
— Może się pospieszyłam? Może lepiej najpierw porozmawiać z Artiomem przez telefon?
— Nie warto! Pani się zdecydowała, on też się zdecyduje, ja nie mam nic przeciwko.

Przynoszę torby, worki, siatki — pakujemy! Robimy to sprawnie i wesoło; biegam między pokojami, znoszę pendrive’y, klucze, buty sportowe, zapalniczkę z popielniczką. Wygląda na to, że to wszystko!
— Ach tak, laptop! Ulubiona zabawka byłego męża. W tym worku są jego brudne rzeczy, nie zdążyłam ich uprać, więc to już pani zadanie.
— Nie, tego nie wezmę…
— Proszę brać, żeby nikt nie miał powodu tu wracać. Zamawiamy taksówkę?
— Można.

Pijemy pożegnalną herbatę z naleśnikami.
— Kocham go — mówi ufnie Lada — jest taki dobry, mądry, subtelny, troskliwy, wesoły i hojny… Nawet pani nie wie!
— Wiem — przytakuję — gburowaty, leniwy, bałaganiarz, mruk. O żadnych świętach nie pamięta, skąpy do granic możliwości. Do tego ma obsesję na punkcie czystości, wykańczał mnie tymi swoimi uwagami… Cały ojciec.
— Nie wierzę! Może pomyliłam adresy? Pani Artiom to nie ten sam, o którym mówię?
— Wszystko się zgadza: szukała pani Nadziei Pietrowny, to ja.
— Dlaczego on tak bardzo się zmienia?
— Przy pani czuje miłość, więc jest inny. Wszystko będzie u was dobrze. Jeszcze herbaty? Naleśnika?

Lada zamyśla się, potakuje. Dolewam jej herbaty, dokładam naleśników.
— Pyszne — chwali — ja nie bardzo umiem gotować.
— To nie problem. On nieźle zarabia — albo będziecie jadać w restauracjach, albo zatrudnicie pomoc domową. Najważniejsze są uczucia!
— A pani też była jego ukochaną kobietą?
— Tak mówił… Czasem, gdy miał dobry humor. Rzadko. Przy ludziach taki szarmancki, a w domu zupełnie inny: wiecznie zirytowany, zamknięty w sobie, niezadowolony. Przynosił do domu każdą frustrację i wyładowywał na mnie. Widać mu się znudziłam. U was będzie inaczej, bo macie miłość i zrozumienie.
— Ale jednak nazywał panią „ukochaną”?
— Pewnie z przyzwyczajenia. Zresztą, gdzie mi tam do pani, takiej piękności.
— Nie, pani jest… całkiem, całkiem. Wyobrażałam sobie panią jako starą, grubą, wiecznie narzekającą babę, a pani jest ładna.
— To on tak mnie opisywał? Widocznie sam nie był zadowolony.
— Z nudów, pewnie. Tyle lat razem… rozumiem. Nie żal pani, że on odchodzi?
— Żal?! — wybucham śmiechem. — Ani trochę! Nawet się cieszę. Postaram się godnie znieść tę stratę.
— Nadziejo Pietrowno, to może jednak po kropelce… za znajomość.
— Proszę bardzo — mrugam do niej i idę po wino. — No to siup! Za naszą znajomość!

Lada wypija, ociera usta serwetką i rozgląda się po wnętrzu.
— Ma pani tu tak przytulnie, czysto i ładnie. Widać, że jest pani gospodynią. Ja nienawidzę sprzątać, szkoda mi na to czasu, nastrój mi od tego siada.
— Mnie też czasem szkoda, ale jeszcze bardziej szkoda mi życia w brudzie. Ale ogólnie — lubię dom i gotowanie. I lubię śpiewać.
— Zauważyłam.
— Zaśpiewamy razem?
— Nie, ja nie śpiewam.
— Szkoda. Artiom czasem śpiewał ze mną w duecie, jak miał humor.
— A pani córka? Jak przyjmie odejście ojca?
— Nie ucieszy się. Uwielbia go. Ale co zrobić — wytłumaczę jej wszystko, zrozumie. Jest już dorosła, jej własne dziecko ma prawie trzy lata. Zamawiamy taksówkę?
— Nie byłam przygotowana… może mi braknąć pieniędzy. Wezmę to innym razem.
— Niech pani się nie martwi, ja zapłacę. W końcu Artiom nie jest mi jeszcze zupełnie obcy.
— Może…
— Nie ma żadnych „może”. Takich decyzji się nie odkłada!

O, chwila, telefon dzwoni…
— Tak, Artiom… Tak, wszystko zrobiłam tak, jak prosiłeś: czynsz zapłacony, internet też, sweter odebrany z pralni, z Tamarą zrobiłyśmy zakupy na jubileusz… Sacywi na kolację? Nie obiecuję! Dlaczego? Myślę, że dzisiaj zjesz kolację w innym miejscu… Gdzie? Wkrótce się dowiesz. U mnie wszystko świetnie: śpiewam, piję herbatę z naleśnikami. No, pa, nie martw się. Wszystko będzie dobrze.

Lada drepcze niepewnie na klatce schodowej. Taksówkarz, niski i energiczny mężczyzna, właśnie znosi trzecią partię bagaży.
Uśmiecham się do niej:
— Lado, ma pani rację: miłość jest najważniejsza. Cała reszta to szczegóły. Szczęścia życzę, dbajcie o swoje uczucie… Proszę, tu jest przepis na naleśniki — zrób mu je kiedyś. Głowa do góry. Będzie dobrze!

I tak oto zaczęłam swoje nowe, ciekawe, wolne i szczęśliwe życie! Były mąż próbował wrócić, ale ja już poczułam smak wolności i na te same grabie nie wejdę nigdy więcej… Nie wiem, jak tam u nich — ważne, że ja jestem szczęśliwa.

Zaskakująca radość z porzucenia czyli jak pomoc rywalce w pakowaniu walizek otworzyła drogę do wolności
“Посмотри на себя в зеркало” — звездный путь Инны Чуриковой