Przypadkiem podsłuchałam, jak mój mąż rozmawiał przez telefon. „Nie zostało jej wiele czasu” – usłyszałam. Od tamtej chwili zaniechałam przyjmowania tabletek, które podawał mi regularnie.
Drzwi do gabinetu uchylone były zaledwie na szerokość palca, ale to wystarczyło. Usłyszałam jego głos – zazwyczaj łagodny i otulający jak ciepły koc, tym razem brzmiał sucho i urzędowo.
„Tak, wszystko idzie zgodnie z planem. Lekarze mówią, że nie zostało jej wiele czasu.”
Zamarłam na środku korytarza, kurczowo ściskając w dłoni szklankę wody. W drugiej dłoni spoczywały dwie kapsułki, które Serafin Arkadiewicz, mój mąż, przynosił mi dwa razy dziennie. „To twoje witaminy, kochanie, dla siły. Żebyś szybciej wróciła do zdrowia.”
Przez pół roku małżeństwa przywykłam do tej „troski”. Przyzwyczaiłam się do chronicznego osłabienia, do mgły spowijającej mój umysł, do tego, że ogromny świat skurczył się do rozmiarów naszego moskiewskiego mieszkania. Prawie uwierzyłam, że jestem ciężko i beznadziejnie chora.
Ale to zdanie, rzucone do słuchawki telefonu, pozbawione było nawet cienia współczucia. W jego tonie słychać było chłodną, stalową kalkulację.
Powoli, na drżących nogach, jak z waty, wróciłam do sypialni. Ręce mi się trzęsły. Podeszłam do okna, otworzyłam je na oścież i, nie rozluźniając zaciśniętej pięści, wyrzuciłam kapsułki w gęste zarośla bzu pod oknem. Nigdy więcej nie przyjmę żadnej z jego tabletek.
Następnego ranka wszedł z tacą. Ten sam uśmiech, to samo „troskliwe” spojrzenie. Ale teraz widziałam już tylko maskę, pod którą czaił się drapieżnik.
„Dzień dobry, moja śpiąca królewno. Czas na lekarstwa.”
Przełknęłam gęstą ślinę.
„Już wzięłam” – skłamałam, starając się mówić spokojnie. „Znalazłam je na szafce nocnej i popiłam wodą. Obudziłam się wcześnie.”
Zmrużył oczy, zaledwie na sekundę. Rozejrzał się po szafce, po szklance.
„Brawo. Dbajesz o siebie. To dobry znak.”
Cały dzień udawałam apatyczną, jak zawsze. Ale było to niezwykle trudne. Organizm, pozbawiony stałej dawki trucizny, buntował się.
Drżałam z zimna, kręciło mi się w głowie, a zamiast mgły pojawiły się ostre, bolesne przebłyski świadomości. Czułam się, jakbym pękała, niczym narkoman na odwyku.
Następnego dnia ponownie „wzięłam” tabletki – wyrzuciłam je w bez jeszcze przed jego przyjściem. Serafin Arkadiewicz wyraźnie był niezadowolony.
„Wieroczko, umówmy się: będziesz na mnie czekać. Ważne, aby przyjmować je o tej samej porze.”
Stał się bardziej czujny. Częściej zaglądał do sypialni, przesiadywał długo przy łóżku, wpatrywał się w moje oczy, jakby próbował coś w nich wyczytać.
„Jesteś dzisiaj jakaś blada. I ręce masz zimne. Może zwiększyć dawkę?”
„Nie trzeba” – szepnęłam. „Czuję się trochę lepiej.”
Była to niebezpieczna gra o przetrwanie.
Noce stały się torturą. Leżałam bezsennie, udając śpiącą, i słuchałam, jak wierci się obok. Każdy jego oddech wybijał w moim sercu lodowe echo. Pewnej nocy wstał i wyszedł.
Doczekałam się skrzypnięcia drzwi jego gabinetu i cicho, trzymając się ściany, by nie upaść z zawrotów głowy, ruszyłam za nim.
Ponownie rozmawiał przez telefon, tym razem ciszej, niemal szeptem.
„Ona coś podejrzewa. Odmawia jedzenia, mówi, że nie ma apetytu. Stała się zbyt jasna. Spojrzenie się zmieniło.”
Przycisnęłam się do ściany. Serce biło mi tak głośno, że wydawało się, iż powinien je usłyszeć.
Inna Pawłowna. Moja matka. Zmarła rok temu, zostawiając mi wszystko. Spadek, który mój mąż już uważał za swój.
Udało mi się wrócić do łóżka na chwilę przed jego powrotem. Pochylił się nade mną, a ja poczułam ostry, chemiczny zapach, unoszący się z jego dłoni. Zapach moich „witamin”.
Rano znalazłam w sobie siłę, by dojść do starej garderoby. Tam, w głębi szafy, stała moja kolekcja – zabytkowe flakony perfum. To była moja jedyna pasja sprzed jego pojawienia się.
Wzięłam ciężki kryształowy flakon. Zapach dawnego życia przenikał nawet przez szczelnie zamknięty korek.
„Co ty tu robisz?” – jego głos za moimi plecami sprawił, że drgnęłam. „Nie wolno ci wstawać.”
Powoli się odwróciłam.
„Postanowiłam przypomnieć sobie, czym pachniałam, zanim zaczęłam pachnieć tylko szpitalem i lekarstwami.”
Skrzywił się.
„Bzdura. Zbieracze kurzu. Przy okazji, znalazłem świetnego antykwariusza. Da dobrą cenę za to całe szkło. Potrzebujemy teraz dużo pieniędzy na twoje leczenie.”
Dotknął flakonu w mojej dłoni. I wtedy zrozumiałam. Nie chodziło mu tylko o moje pieniądze. Pragnął zetrzeć mnie w pył – moją tożsamość, moją przeszłość.
Opuściłam wzrok, ukrywając błysk nienawiści. Powoli skinęłam głową.
„Dobrze. Sprzedaj, jeśli to konieczne.”
Jego palce się rozluźniły. Nie spodziewał się takiej uległości.
„No i mądra dziewczynka. Przecież ja się o ciebie troszczę.”
Ale ja już wiedziałam, co robić. Jego zuchwałość miała stać się moją pułapką.
Dwa dni później pojawił się notariusz. Starszy, łysawy mężczyzna z teczką, od której bił zapach naftaliny i paragrafów. Nazywał się Stiepan Olegowicz.
Serafin krzątał się wokół mnie.
„Wieroczka jest bardzo słaba, Stiepanie Olegowiczu. Ale rozumie wagę chwili. To tylko pełnomocnictwo do zarządzania sprawami, dopóki jest chora.”
Notariusz odchrząknął i podał mi dokumenty. Wzięłam pióro. Ręka, jeszcze niedawno słaba, teraz wypełniła się siłą. Ale zmusiłam ją do drżenia.
Pochyliłam się nad papierem, napisałam pierwszą literę swojego nazwiska. I nagle ręka szarpnęła mocniej, jakby od skurczu. Gruba, atramentowa kleksa rozlała się dokładnie w zamierzonym miejscu.
„Ojej, przepraszam” – wymamrotałam. „Ręka mi się nie słucha.”
Twarz Serafina skamieniała.
„Nic strasznego” – wykrztusił. „Możemy wydrukować to jeszcze raz.”
Stiepan Olegowicz niezadowolony zacisnął usta.
„Mam następne spotkanie. Ale w takim stanie, czy jest pan pewien, że pańska żona jest świadoma swoich działań?”
Był to pierwszy cios wymierzony w jego plan.
„Oczywiście, że jest świadoma!” – krzyknął Serafin zbyt głośno. „To tylko osłabienie mięśni.” Spojrzałam na niego spod oka, drżącą ręką poprawiając włosy.
„Tak mi źle” – szepnęłam. „Kręci mi się w głowie. Powiedz, Stiepanie Olegowiczu, czy jeśli podpiszę, to zostanie pan do końca? Boję się sama.”
Notariusz spojrzał na mnie uważniej, potem na Serafina, który po raz pierwszy wyglądał na niepewnego.
„Poczekam. Oczywiście, poczekam.”
Skinęłam głową, jakby uspokojona. A w duchu uśmiechnęłam się.
Jeszcze trochę, a jasne światło świtu, którego tak się obawiał, zaleje to mieszkanie pełne mroku.
