– Hej, czy już odebrałeś Adasia z przedszkola? – zapytała Aneta, głos miała jakby serce chciało wyskoczyć z piersi.
– Ja? Nie, po co miałbym? – odpowiedział Marek, jakby odpowiadał na cudze słowa.
– Kto miałby, Marek? Przecież rano mówiłam, że się spóźnię, piątkowy projekt do oddania, nie mogę go podwieźć.
– A ja mam malowanie czeka, malarz jeszcze nie przyszedł. Mówiłaś „spóźnię się”, nie „weź dziecko”.
– Nie zrozumiałeś mnie – rzuciła Aneta, odkładając telefon.
W ogromnym oknie biura migotały światła wieczornej Warszawy. Jedne jasne, inne zapalały się i gasły. Aneta przeczesała palcami włosy, wstrząsnęła głową i głośno westchnęła. Zegar wskazywał za pięć siódma. Piąty raz w miesiącu rodzice nie zdążyli odebrać dziecka przed zamknięciem przedszkola.
– Dzień dobry, panie Stanisławie – wybrała numer znajomego. – Tak, korki w drodze, ale nic nie działa.
– Spokojnie, zaraz złapię Adasia – odpowiedział z drugiego końca.
Stanisław był dalekim krewnym Anety, mieszkał w kawalerce pod przedszkolem. Rok temu, gdy jej syn dostał miejsce w oddalonym od domu przedszkolu, przypomniała sobie o emerycie, który pięć lat pracował w tym miejscu. Chętnie zgodził się pomagać, i teraz Adaś chodził do przedszkola blisko domu. Pierwszy raz Aneta naprawdę się spóźniła, utknęła w korku, więc ponownie poprosiła o wsparcie.
Stanisław, który dawno nie odwiedzał ukochanego przedszkola, cieszył się możliwością spędzenia czasu z dziećmi, zwłaszcza z dalekim krewniakiem. Adaś był spokojnym, uśmiechniętym chłopcem, a staruszek cieszył się każdą chwilą razem.
Drzwi skrzypnęły, witając gościa. Starszy pan otworzył wejście, potem kolejne, a zapach domowej kuchni objął go. W małym holu przy stole siedział stróż, przed nim komputer.
– Stanisław, cześć! – pozdrowił ochroniarz, zauważając go. – Znowu się spóźniłeś.
– Nie gniewaj się, Geniu – mruknął staruszek.
Nie spuszczał wzroku z Adasia, który siedział na malutkiej kanapce i zerkał na zegar.
– Jeden but znalazłem, drugi szukam. Rękawiczki schną na kaloryferze – żartował Stanisław.
– Wychodź wcześniej, przygotuj wszystko, malec czeka – podpuszczał Gieniek.
– Cześć, dziadku Stasiu! – uśmiechnął się chłopiec.
– Cześć, Adaśku – pogładził chłopca po głowie. – Załóż czapkę, idziemy, rękawiczki są.
Stanisław wziął Adasia za rękę. Ciepła dłoń chłopca ogrzała staruszka, przypominając, jak długo siedział bez zajęcia.
– Wychowawczyni szła do dentysty, a ja już gotowy – powiedział Adaś, gdy szli na zewnątrz.
– Co dziś robiliście ciekawego? – zapytał staruszek.
– Lepiliśmy bałwana z plasteliny – zaśmiał się chłopiec. – Nie rozumiem, czemu nie Mikołaj, przecież temat był Nowy Rok?
– Ćwiczymy małą motorykę – uśmiechnął się Stanisław.
– Mama znowu się spóźniła – smutno dodał Adaś.
– Utknęła w korku, zadzwoniła, będzie za chwilę – uspokoił go staruszek.
Adaś, czując się pewniej, mocniej ścisnął rękę starszego pana. Czasem czekali na rodziców na placu zabaw, częściej wchodzili do mieszkania, gdzie chłopiec podziwiał dziwne przedmioty, których można było dotykać, w przeciwieństwie do domu, gdzie wszystko było cenne i niedostępne. Z biura do przedszkola jechali trzydzieści–czterdzieści minut, ale wieczorami zawsze były korki, a Aneta często przychodziła dopiero o osiemnastej.
– Tak mi głupio wobec pana, Stanisławie – powiedziała, ubierając syna.
– Nic nie szkodzi, napijemy się herbaty, pobawimy – odpowiedział emeryt.
Aneta nerwowo poprawiała Adasia, który, choć sapnął, cierpliwie znosił. W domu chłopiec już stał w korytarzu, a męża wciąż nie było.
– Jesteś głodny? – zapytała.
– Nie, jadłem w przedszkolu i piłem herbatę u dziadka – odparł Adaś.
– On nie jest twoim dziadkiem! – odrzuciła Aneta lekko zirytowana. – Masz przecież dziadka Sławkę i Wojtka, ale oni daleko.
– Gdzie oni są? Dlaczego tak daleko i nie przyjeżdżają? – zapytał chłopiec, nieświadomy, że wkrótce matka wybuchnie z powodu pytań.
Adaś zatkał uszy, gdy matka krzyczała, potem udał się do swojego pokoju.
Gdy Marek wrócił do domu, nagromadzone napięcie wybuchło.
– Nie krzycz tak. Słyszę wszystko, nawet o siódmej rano. Jeśli mnie brakuje, możesz pracować w domu – próbował go uspokoić.
– Może rzucisz pracę i zostaniesz w domu? – podpuszczał.
– Jeden miesiąc klientów wystarczy, zarobimy, potem będziemy żyli z makaronu – odpowiedział, jakby planował przetrwanie.
Rozmowa się zaostrzała. Adaś wszedł do kuchni, ale czując się zbędny, wrócił do pokoju.
– Chcesz, żebym przejął obowiązki domowe i porzucił pracę? – zapytał Marek.
– Może tak – mruknął. – Ale to mój projekt, moje marzenie.
Wieczorem Marek, zmęczony, wyszedł do salonu, gdzie chłopiec pokazywał samochodzik.
– Tato, patrz, jak się kręci! – mówił Adaś.
– Tak – odpowiedział Marek, nie odrywając wzroku od telefonu.
Następnego dnia Aneta wróciła z pracy za późno. Marek już był w domu, zerknął przez drzwi, ale w kuchni coś syczało, więc schował się.
– Nakarmiłaś Adasia? Śpi? – spytał, trzymając się z łzami w oczach.
– Przecież miałaś go odebrać – odpowiedział.
Aneta napięła się i uśmiechnęła.
– Żartujesz? Gdzie on jest? – zapytała.
– Adasia nie ma w domu – odpowiedział Marek, wyraźnie zaniepokojony.
W rozmowie z panem Stanisławem usłyszała:
– Już idę, trzymaj go, śpi.
Aneta pobiegła po schodach na trzeci piętro, gdzie Stanisław już czekał z dzieckiem.
– Dziękuję ogromnie, panie Stanisławie – zapłakała. – Tylko proszę, uprzedzajcie wcześniej, bo ochroniarz już dzwoni.
Droga do domu minęła w milczeniu. Czasem zatrzymywała się, jakby chciała coś powiedzieć synowi, ale natychmiast chwytała go za rękę i szła dalej.
– Będę mieszkać u pana Stanisława, a wy odbierzecie mnie w weekendy – mruknęła.
– Co mówisz, synku? Kochamy cię.
– Jeśli kochacie, dlaczego nie odbieracie na czas? Wstydzę się przed wychowawcą, a ochroniarz jest moim przyjacielem.
– Obiecuję, więcej się nie zdarzy. Jutro oddaję projekt, więcej spóźnień nie będzie.
– Naprawdę? – zapytał Adaś.
– Naprawdę – skinął Marek.
W piątek Aneta faktycznie oddała projekt i nawet wcześniej odebrała syna. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Świąteczny chaos otulił rodzinę, spędzali razem więcej czasu. Te dni wydawały się najradośniejsze: Adaś śmiał się, tata przytulał mamę, całował ją, a potem podnosił chłopca i podrzucał w powietrze. Było wesoło, bardzo.
Lecz przyszły zwykłe dni, rodzice wrócili do pracy, a Adaś do przedszkola.
– W środę muszę wyjechać do innego miasta, wrócę w piątek, weekend w domu – oznajmił Marek przy kolacji.
– W tym tygodniu? – zapytała żona.
– Nie, w następnym. Dzisiaj, w środę.
– Jasne – rzuciła, podnosząc widelec, ale zatrzymała się. – Czekaj, mam delegację na tydzień od poniedziałku.
– Nie odmawiaj, jadę po samochód, nie mogę przełożyć wyjazdu.
– Bilety kupione, nikt nas nie spotka.
– Zadzwoń do mamy, niech przyjedzie, będzie z Adasiem.
– Moja tu nie pomoże, dzwoń do swojej – odparł Marek.
– A moja pracuje, nie dostanie urlopu, jest terapeutką – sprzeciwiła się Aneta.
Marek odrzucił widelec i wstał.
– Gdzie byłaś z delegacją? – zapytała, nie kryjąc gniewu.
Następnego dnia, po odebraniu syna z przedszkola, Aneta odwiedziła Stanisława.
– Jesteśmy w beznadziejnej sytuacji – powiedziała.
– Rozumiem, nie ma problemu – odpowiedział emeryt.
– Kupię zakupy w niedzielę lub zostawię pieniądze – zaproponowała.
– Nie potrzebne, do „Jaskółki” mam za mało miejsca, może pomożesz? – spytał Stanisław.
– Oczywiście, pomogę – skinęła głową.
Adaś uśmiechnął się tajemniczo, a Stanisław puścił mu oczko, jakby już wiedzieli, czym się zajmą. Zakurzona skrzynka z szafy została otwarta, pełna starych, lecz cennych przedmiotów, które mieli uporządkować.
Minął miesiąc, a Stanisław przypomniał, że Aneta obiecała pomóc przy remoncie „Jaskółki”.
– Oczywiście, Marek zadzwoni, jak się uwolnię – zapewniała.
Lecz luty i marzec nie czekały. Stanisław mógłby sam naprawić auto, gdyby nie chory kręgosłup, a bez pomocy było trudno. W jego garażu brakowało miejsca, stary samochód i tak wymagał uwagi, więc cierpliwie czekał.
Na początku kwietnia, gdy Stanisław ponownie odebrał Adasia z przedszkola, podszedł ojciec chłopca.
– Pamiętam, znowu dużo pracy – powiedział.
– Nie śpieszę się, zdążę przed sezonem działkowym – odparł Stanisław. – Na maj zwykle przewożę sadzonki.
– Zdążymy – skinął Marek.
Wiosna się spóźniała, utkwiła na południu, nie spiesząc się do Warszawy. Stanisław, nie czekając na Marka, wynajął samochód i przewiózł swoje rzeczy oraz sadzonki na działkę. Świeże powietrze cenił bardziej niż duszny miejski zgiełk. Od maja do września, kiedy pogoda pozwalała, emeryt odpoczywał na działce, sadził, zbierał plony i przede wszystkim ładował baterie na nadchodzący okres jesienno‑zimowy.
Ostatni wiosenny dzień przyniósł deszcz. To mżyło, to lało jak ściana, tworząc wielkie kałuże. Korki sparaliżowały ulice.
Aneta spojrzała na zegar, potem w okno. Wyszła z pracy punktualnie, wsiadła do busa, ale po godzinie przejechała tylko połowę trasy.
– Panie Stanisławie, utknęłam, czy mógłby pan odebrać Adasia? – zadzwoniła.
– Dobry wieczór, Anetko. Jestem na działce, dziś nie dam rady, auto nie działa – odpowiedział.
– Rozumiem, dziękuję. Jeśli chce pan, proszę przywieźć Adasia do siebie, będziemy wdzięczni – powiedziała, odkładając telefon do kieszeni.
Samochody stały w wodzie, a ona, nie czekając na windę, ruszyła pieszo do przedszkola.
Stanisław odsunął zasłonkę, patrząc w dół: asfalt zmienił się w lustro, jedynie niewielkie wysepki wystawały nad wodą. Dorośli spieszyli się, dzieci stawiały nogi ostrożnie w głębszych miejscach.
Starszy mężczyzna trzymał się przy oknie, dopóki w bramce nie pojawiła się Aneta. Jego czyn wydawał się teraz nieco dziecinny, lecz gdyby zdarzyło się ponownie, postąpiłby tak samo.
– Mój syn nie jest ojcem twojego dziecka! – krzyknęła teściowa, żądając testu DNA. Zaniemówiła, gdy badanie wykazało, że nie jest matką swojego syna.

