Od kilku miesięcy Mateusz nosił w sercu myśl o rozwodzie ze swoją żoną, Elżbietą. Siedem lat wspólnego życia w Warszawie minęło, a dzieci się nie pojawiły. Pewnego dnia poczuł, że rutyna wypełniła każdy dzień – poranek, wieczór, tydzień za tygodniem – i w jego życiu zabrakło iskry.
Elżbieta dbała o dom bez zarzutu, gotowała wyśmienicie, a mieszkanie zawsze było schludne. Mateusz nigdy nie widział pustej lodówki ani bałaganu w kuchni. Czasem, gdy pracował w gabinecie, myśląc o filiżance kawy, po chwili Elżbieta stawała przy nim z gorącym napojem.
– Skąd wiesz, czego chcę? – pytał z lekkim uśmiechem.
– Po prostu czuję, bo kocham – odpowiadała ona, uśmiechając się ciepło.
W takich momentach inni mężowie mogliby ją przytulić, pocałować, zabrać do sypialni. Mateusz kiedyś tak robił, teraz jedynie poklepał ją po ręce:
– Dziękuję, Elu. Przepraszam, muszę jeszcze popracować.
Elżbieta patrzyła na niego uważnie, po czym oddalała się, zajmując codziennymi obowiązkami. Mateusz kierował dużym działem, prowadził spotkania nie tylko w biurze na Żelaznej, ale również poza nim.
Nie zdziwiło nikogo, gdy coraz częściej spędzał czas z młodą stażystką, Pauliną – ambitną i odważną dziewczyną gotową na wiele dla sukcesu. W wieku dwudziestu lat Paulina doskonale potrafiła manipulować, a jej energia i pasja przyciągały Mateusza jak magnes.
Pewnego dnia znaleźli się razem w windzie służbowej, kiedy Paulina niespodziewanie przybliżyła się, przytuliła i pocałowała:
– Chciałam sprawdzić, jak smakuje…
Winda zatrzymała się, ona wyszła bez oglądania się, a Mateusz zamarł w bezruchu. W kolejnych dniach Paulina zachowywała się normalnie, stonowanie, jedynie jej strój był nieco odważniejszy.
Nie zwracała uwagi na spojrzenia Mateusza, mówiła o pracy, co doprowadzało go do szaleństwa. Coraz częściej myślał o niej w domu, wyobrażając ją zamiast Elżbiety.
Elżbieta niczego nie dostrzegała, nadal troskliwa. Jednak w sercu Mateusza budziła się inna żądza, gra, którą rozpoczęła Paulina, wciągała go w wymianę spojrzeń, przypadkowych dotknięć, sugestywnych słów. Budził się z myślą o Paulinie i czuł radość na myśl o ich spotkaniu.
Pewnego dnia spotkali się w archiwum, a wśród regałów namiętność wzięła górę. Potem wynajęli pokój w hotelu na Rondzie, oddając się sobie, nie zauważając upływu czasu. Po raz pierwszy Mateusz wrócił do domu po północy. W kuchni czekał przykryty obiad, Elżbieta spała w sypialni. Mateusz spojrzał na jej spokojną twarz i wyszedł cicho, a Elżbieta długo patrzyła w ciemność.
Minęły miesiące. Mateusz miał wyjazd służbowy do Gdańska; chciał powiedzieć Elżbiecie o rozwodzie, ale postanowił poczekać. Ona nie podejrzewała o zagrożeniu.
Podczas wyjazdu Paulina dołączyła do niego. Wieczory wypełniała dawna pasja.
Jednak los okazał się brutalny: Mateusz spiesząc na spotkanie, zauważył niekontrolowany samochód wjeżdżający na chodnik. Kobieta z wózkiem i dzieckiem mogła zginąć, gdyby nie jego szybka reakcja. Sam doznał ciężkiego urazu, tracąc przytomność.
Kilka dni spędził w śpiączce; lekarze ostrzegali o możliwych skutkach wypadku. W opatrunkach i gipsie leżał w szpitalu, myśląc o przyszłości.
Paulina odwiedziła go tylko raz, przerażona stanem:
– Mateuszu, co teraz będzie?
– Kto zajmie twoje miejsce?
– Tylko to cię interesuje? Mogę zostać inwalidą, a to cię nie obchodzi?
– Możesz zostać inwalidą?! Przepraszam, nie przewidziałam tego… Chcę żyć. Proponujesz, bym była przy tobie?
– To było wcześniej! I tak w ogóle, po co ratowałeś? To ich los…
Paulina wyszła, zostawiając w sali zapach francuskich perfum.
Za godzinę przyszła Elżbieta i została przy nim do wypisu, cicho, niezauważalnie opiekując się nim.
– Elu, odpocznij, przecież nie śpisz – próbował powstrzymać łzy Mateusz.
– Śpię, gdy ty śpisz.
Po powrocie do Warszawy Mateusz został wezwany do biura:
– Proces nie czeka, nawet na takiego pracownika – powiedział dyrektor. – Odpoczywaj, Mateusz. Gdy będziesz gotowy, znajdziemy dla ciebie miejsce.
Wyszedł przygnębiony, kulejąc o laskę, czekając na windę. Drzwi otworzyły się – wyszła Paulina, za nią poważny mężczyzna z teczką. Nie spojrzała na Mateusza. Podszedł kolega:
– To Grzegorz Władysławowicz. Zastąpił cię.
Mateusz milczał. Przypomniał sobie scenę z windą i poczuł, że wszystko odchodzi.
Miesiące wypełniły lekarze, masaże, zabiegi. Wszystko kosztowało fortunę; Mateusz nie liczył.
Elżbieta znosiła biedę, jego zgryźliwość, zapach leków. Ale pewnego dnia poczuł, że to dzięki niej odzyskał zdrowie – jedynej, która nie opuściła go.
– Elu, chcę zaprosić cię dziś do restauracji! Spotkajmy się jak dawniej.
– Mam trochę, odzyskałam dług. Chcę wydać na nas.
– Dlaczego nie założyłaś kolczyków, łańcuszka?
– Wszystko sprzedałam, nawet część ubrań, na twoje leczenie. Nie chciałam, by cierpiał.
– Elu, kochana… co mogę dla ciebie zrobić, by żyć dla ciebie?
– Nie, życie zostaw sobie, przyda ci się.
Nastały trudne dni, żyli tylko z jej pensji. Elżbieta zarządzała budżetem, gotowała smaczne posiłki, nigdy nie skarżyła się.
A potem zdarzył się cud – dyrektor międzynarodowej firmy odnalazł Mateusza i przyszedł wieczorem do domu:
– Mateuszu, proponuję poważną posadę. Wyjazdy zagraniczne, wysoka pensja, premie.
– Dlaczego taka zaszczyt?
– Uratowałeś moją żonę i syna. Jestem ci dozgonnie wdzięczny.
Mateusz czekał na Elżbietę, podniósł ją, wirując po mieszkaniu:
– Teraz wszystko będzie dobrze! Elu, tak cię kocham!
– Cieszę się za ciebie – powiedziała cicho. – Ale nie możemy już być razem. Odchodzę.
Mateusz osunął się w fotelu:
– Elu, co mówisz? Jak?
– Prosto. Wiedziałam o każdej zdradzie. Przebaczałam, wierzyłam, że jestem ci potrzebna. Później poczułam, że przestałeś mnie kochać. Pojawiła się inna, głębsza niż kochanka. To bolało. Chciałam uratować rodzinę, potem straciłam dziecko z przeżyć. Tego nie zauważyłeś. W dniu wypadku chciałam odejść z życia. Telefon od lekarzy temu zapobiegł. Potem rekonwalescencja, bieda. Teraz jesteś zdrowy, a ja odchodzę. Nie kochasz mnie od dawna. Teraz ja nie kocham ciebie.
– Elu, daj mi szansę, błagam…
Elżbieta milczała. Rano odeszła.
Minęły trzy lata. Mateusz znowu był sukcesem, poważny, a jedynie formalny uśmiech zdradzał emocje. Kobiety traktował wyłącznie zawodowo.
Nocami błagał w ciemności:
– Wróć, proszę, wróć…
Pewnego dnia, stojąc w korku, przypadkowo zadzwonił do studia radiowego:
– Zraniłem moją żonę, Elżbietę, chcę prosić o wybaczenie.
– Jaką piosenkę dla niej zamówisz? – zapytał głos w słuchawce.
– „Tęsknię za tobą, witam samotne poranki…”
Mateusz przebywał w małym mieście pod Warszawą. Wieczorem wyszedł na spacer. Pogoda była piękna, miasto tętniło spokojnym życiem. Wyobrażał sobie rodziny przy kolacji, u nich wszystko dobrze. A u niego nic.
Nagle trzyletni chłopiec prawie wpadł pod niego. Mateusz zdążył go złapać:
– Dokąd tak biegniesz, maluchu?
– Tato? – zapytał zdziwiony chłopiec.
Dziecko objęło go za szyję, patrząc w oczy:
– Odnalazłeś mnie, tato?
Do nich dobiegła starsza kobieta:
– Wania! Co za strach – wzięła chłopca na ręce, szepcząc „Dziękuję!” – i odeszła. Chłopiec ciągle krzyczał:
– Tato! Tam mój tata! Puść!
Mateusz patrzył, myśląc, ile by dał, by nazwać go synem. Kilka wieczorów później wracał, ale chłopiec i babcia już się nie pojawili.
Po drodze do restauracji bandyci zablokowali mu drogę. Mateusz rzucił się w bójkę; po dwudziestu minutach przechodnie znaleźli go pobitego i wezwali karetkę. W przychodni pielęgniarka zapisała dane, zaprowadziła do lekarza.
Mateusz, chwiejnie wchodząc, prawie upadł – podtrzymała go Elżbieta.
– Moja kochana! Szukałem cię i znalazłem. I tak znalazłem! – szepczał, całując jej ręce.
– Elu, wybacz, tęsknię za tobą.
Powtarzał bez końca:
– Przepraszam za wszystko, Elu, wracaj…
Elżbieta obejrzała rany, upewniła się, że nie ma złamań, opatrzyła skaleczenia. Chciała go wysłać do domu, ale Mateusz nie mógł odejść. Zamówiła taksówkę i wyszła z nim:
– Czas minął. Wszystko już skończone. Nie powtórzy się.
– Nie, teraz cię nie puszczę. Będę mieszkać u twojego progu.
– Mateusz, mam syna.
W tym momencie w kieszeni Elżbiety zadzwonił telefon.
– Co się stało? – zapytał Mateusz.
– Niania mówi, że syn złamał rękę.
Mateusz otworzył drzwi taksówki:
– Szybko, wsiadaj!
W domu płakał mały Wania, a wokół biegała babcia.
– Mamo! Tato! – krzyczał chłopiec.
Elżbieta obejrzała rękę, potrzebna była wizyta w szpitalu. Tamara opowiadała:
– Spadł ze stołka, patrzył na mamę przez okno.
Mateusz wziął syna na ręce, chłopiec przytulił się, a Mateusz dostrzegł swój portret w starym kredensie.
– To mój tata! – powiedział chłopiec. – Mamo, mówiłaś, że mnie znajdziesz.
– Znalazłem, synku, znalazłem.
Elżbieta stała w drzwiach, łzy spływały po policzkach.
W szpitalu okazało się, że nie ma złamania, tylko stłuczenie. Elżbieta usiadła obok Mateusza.
– Kiedy odeszłam, nie wiedziałam, że jestem w ciąży. Później postanowiłam nie mówić. Po porodzie i kilku miesiącach mieszkałam u ciotki w wiosce. Potem przyjechałam, wynajęłam mieszkanie i poprosiłam Tamarę, by opiekowała się Wanią, gdy pracuję.
– Właśnie złapałam go, gdy biegł na ulicę.
– Co?
– Nie, tato, biegłem do ciebie – szeptał dziecko.
– Poznałem cię! Jesteś na portrecie, mama mówiła, że przyjdziesz.
– Och, synku…
– Elu, dlaczego nie ukryłaś przed Wanią, kto jest jego ojcem?
– Słyszałam tę piosenkę. Zamówiłeś ją w radiu?
– Śpiewałeś ją ty?
– Teraz zrozumiałam, że nie mogę bez ciebie żyć, że naprawdę cię kocham.
– Kocham cię, Elu.
Tydzień później Mateusz, Elżbieta i Wania wrócili do Warszawy. Radosny śmiech syna ożywił mieszkanie, a Mateusz bał się, że to sen.
Ale ukochana była obok, i Mateusz zrozumiał, że ktoś ponad nimi podarował mu szczęście, którego wcześniej nie doceniał.
