Wreszcie rodzinna Warszawa. Sławomir zszedł z pociągu, przeszedł przez niemal senne, obojętne perony i wyszedł na plac, gdzie mgła rozlewała kałuże, kierując się ku przystankowi trolejbusowemu. Nie powiedział żonie, że wraca dzisiaj. Jakby obawiał się, że dom, zanurzony w ciszy, nie wytrzyma niepokoju jego obecności.
Nastrój miał przygnębiony – właśnie zakończyła się ciężka, gęsta rozmowa z Weroniką. Ona znów go skarci, pożali się, powie, że jest bezduszny, wieczny egoista. Ale dlaczego bezduszny? Przecież chciał ją powitać w Nowym Roku, a ona wyłączyła telefon i zniknęła w śnieżnej zamieci.
Dzwonił do niej trzy dni z rzędu – telefon brzmiał raz radosną trąbką, raz pustką – nie odbierała. W końcu i on zamilkł; uraza spłynęła po nim jak lawina.
Dlaczego nie zadzwoniła też do jego rodziców ani siostry? Nie mówiąc już o nim? Teraz wszedłby i od razu powiedział wszystko – jak grad uderzający w okno: nie tylko on ma powody do pretensji!
„Jak to mówią? Najlepsza obrona to atak.” Ta myśl dodała Sławkowi odwagi, gdy przeszedł pod arkadą domu na Przemysłowej z pewnym wesołym bojowym nastawieniem.
Mieszkanie przywitało go dzwoniącą ciszą.
– Hej, kto tu żyje? Weronika, wróciłem! – krzyknął, a jego głos rozsypał się po ścianach, ale nikt nie odpowiedział.
W kuchni pustka. Jeden pokój pusty jak plac budowy, drugi obcy. Ale wzrok natychmiast przykuło coś jak palec zahaczający o krzywy ceglasty kant: wzdłuż ściany nie stało już dziecięce łóżeczko, zniknął komód z przewijakiem, a w mgle znikł też wózek, który podarowali rodzice Weroniki.
Sławomir pobiegł do szafy: ta część, gdzie zwykle wisiały ubranka żony, świeciła czarną pustką – rzeczy zniknęły, jakby zaginęły w snach.
– Naprawdę? Zostawiła mnie? – pomyślał.
Zaczął dzwonić do jej matki – nie odbierała. Do Leny, przyjaciółki Weroniki – cisza. W końcu dodzwonił się do Dymitra, męża Leny.
– Dymek, cześć! Podaj Lenę, nie mogę się dodzwonić – poprosił.
– Lena z Małym jest teraz w Wiaźmie u rodziców, spędzaliśmy tam Nowy Rok. Łączność trochę szwankuje – odpowiedział Dymitr. – A co z Weroniką?
– Może wiesz, gdzie moja Weronika? Przyszedłem do domu, a jej nie ma, wszystko dla dziecka zniknęło – mruknął Sławomir.
– Twoja żona miała termin po dziesiątym. Została sama? – zdziwił się Dymitr.
– Sama nie chciała jechać. Wszystko było zaplanowane. –
– Gratulacje, Sławek, jesteś uśmiechem losu – zaśmiał się Dymitr.
– Dlaczego? – zdziwił się Sławomir.
– Bo pewnie już jesteś wolny. Zadzwoń do szpitala, tam powinna być – podpowiedział przyjaciel.
Mama zadzwoniła dziesięć dni wcześniej:
– Nie rozumiem, Sławku, po co masz się męczyć w domu w święta? Weronika nie chce – mówiła spokojnym tonem. – Prawie dwutygodniowy czas do porodu, wrócisz na pewno na czas.
Cała rodzina przybędzie: ciotka Zofia z wujkiem Sergiuszem, Natalia z Piotrem, Ola z Nikolajem. My z tatą i Liza z Włodkiem. Liza zarezerwowała dla nas pokoje w pensjonacie pod Warszawą, w brzozowym zagajniku, na cztery dni od trzydziestego do drugiego. Trzydziestego w restauracji będzie bal, artyści, bankiet. Zapłaciłam za ciebie, potem oddasz. Pobędziesz do ósmego stycznia, wrócisz tuż przed porodem Weroniki.
Weronika nie chciała jechać.
– Sławku, może mnie złapać w każdej chwili. Wyobraź sobie: wszyscy się bawią, a u mnie zacznie się poród, i jeszcze daleko od miasta – mówiła.
– Nie, zostanę tutaj – odparł Sławomir.
– Mama mówi: teraz kobiety w ciąży uznają chorobę za chorobę, a narodziny dziecka za bohaterstwo. Urodziła nas troje i prawie nie siedziała na urlopie – dodała.
Sławomir rozumiał: w pewnym sensie Weronika miała rację. Ale zrobiło mu się ciężko: Nowy Rok w domu, tylko we dwoje, Weronika nie planowała niczego specjalnego – szare milczenie. Cała rodzina w tym czasie bawiłaby się w restauracji pod muzykę i tańce. Więc pojechał sam.
W pensjonacie pod miastem było jak w mgle, ale radośnie. O wpół do pierwszej w nocy, gdy Nowy Rok już przewijał się pod sufitem, Sławomir wyszedł do holu zadzwonić do żony – ale ona już nie odbierała.
– Nic nie szkodzi – pomyślał. – Obrażanie się szkodzi. Mogła przyjechać i zabawić się.
Mama tego samego dnia skarżyła się na synową:
– Twoja Weronika nawet nas nie pogratulowała! – oburzała się. – Nie rozumie, co to znaczy prawdziwa rodzina.
A Weronika tej nocy nie miała czasu myśleć o nich. Jeśli kogoś wspominała, to męża, nie teściów i ich szeroką rodzinę. Jej rodzice, dowiedziawszy się, że córka zostaje sama na święta, zaprosili ją do siebie. Nie planowali wystawnej kolacji. Brat Weroniki był w Petersburgu, zajęty pracą, więc rodzice świętowali we dwoje. Około godziny dziewiętnastej trzydziestego pierwszego grudnia Weronika z mamą przygotowywały stół, i wtedy wszystko się zaczęło – zaczęły się skurcze.
Wezwano karetkę, mama pojechała z nią, ojciec jechał autem za nimi. Weronika przywitała Nowy Rok w szpitalu, rodzice czekali na ławce na dole, a Weronika została mamą syna.
Sławomir posłuchał rady przyjaciela i zadzwonił do szpitala.
– Pani Sergejewa? – zapytał w informacji. – Wypisała się wczoraj?
– Jak to? – odpowiedziały niespodziewanie rzeczowo.
– Tak, chłopiec. Pierwszego stycznia, za piętnaście minut północy.
– Kto odebrał ją ze szpitala?
– Młody mężczyzna, takich danych nie rejestrujemy!
Sławomir zrozumiał: odebrać mogli tylko rodzice. Kupił bukiet róż, długich jak igły, i poszedł do teściowej z teściem.
Dzwonił. Otworzył teść, ogromny jak szafa.
– Czego chcesz? – zapytał.
– Dzień dobry. Jestem tu w sprawie Weroniki. Ja, jej mąż – powiedział Sławomir.
– Weronika! – odkrzyknęła teściowa. – Chcesz rozmawiać?
– Nie. Niech idzie – odparła Weronika z głębi mieszkania.
Teść westchnął i zamknął drzwi jak pułapkę.
Sławomir zadzwonił ponownie. Tym razem otworzyła teściowa – kobieta twarda, głośna jak pociąg.
– Nie zrozumiałeś, Sławku? – zmarszczyła brwi.
– Proszę mnie wpuścić, mam prawo – nie zdążył dokończyć.
Kobieta wyrwała bukiet i uderzyła Sławomira w twarz. – Prawa wyjaśni ci adwokat – wyszeptała łagodnie. – I więcej nie dzwoń, mój wnuk śpi! – rzuciła kwiaty pod nogi i zatrzasnęła drzwi jak wieko trumny.
Sławomir w drodze powrotnej pocierał twarz – róże były piękne, ale kolce zostawiły ślady. W domu zadzwonił do matki.
– Wyobraź sobie – powiedział – nawet do mieszkania mnie nie wpuścili i na syna nie pozwolili spojrzeć.
– Nie martw się, Sławku. Weronika się uspokoi, wróci. Z dzieckiem nigdzie nie pójdzie. Nie dzwoń, nie przelewaj pieniędzy. Niech rodzice zajmą się swoim geniuszem. Sama przyjdzie po tygodniu-dwóch. A ty śpij, jutro praca – pocieszała.
Sławomir zjadł pierogi kupione w sklepie pod domem i poszedł spać. Spał twardo, nie wiedząc, że to ostatnia noc w jego mieszkaniu.
Następnego dnia po pracy wszystkie rzeczy Sławomira, starannie poukładane w szufladach i czarnych workach, stały na klatce schodowej. Zadzwonił. Otworzyła teściowa, gospodyni dwupokojowego mieszkania, w którym mieszkali z Weroniką.
– No, drogi zięciu, nie zapomniałeś adresu akademika? – rzuciła. – Pakuj manatki, resztę jutro wyrzuci sprzątaczka!
Sławomir musiał przenieść się do akademika. Rozwiedli się przez sąd. Męczyło go wynajmowanie pokoju za grosze z resztek pensji po alimentach i pięciu tysiącach na utrzymanie byłej żony.
– Oszczędzaj, Sławku! Jeszcze musisz zbierać na swoje mieszkanie – pocieszał Dymitr. – Ale za to Nowy Rok przyjąłeś królewsko!
Weronika mieszkała trzy lata u rodziców, mały Artur rósł, mieszkanie wynajmowali. Gdy Weronika wróciła do pracy, wraz z synem pojechali do swojego mieszkania. Po remoncie nie przypominało już o Sławomirze.
A wy, co sądzicie? Czy Sławomir miał rację? Podzielcie się swoimi myślami i zostawcie senne lajki.
– Nic nie szkodzi, Sławku! Nowy Rok świętowałeś na najwyższym poziomie!
