Telefon z nieznanego numeru zadzwonił w piątek wieczorem dokładnie wtedy, gdy po ciężkim tygodniu pracy wreszcie usiadłam w ciszy, zaparzyłam sobie rumianek i otworzyłam laptopa, żeby dopisać kolejną część nowego opowiadania. Na kolanach spał zwinięty w kłębek mój kot, a w mieszkaniu panował ten rzadki, gęsty spokój, którego strzegę jak najcenniejszej rzeczy przed całym hałasem świata.
Niechętnie sięgnęłam po telefon. Zwykle nie odbieram z obcych numerów, ale tamtego dnia czekałam na kuriera.
— Halo? — powiedziałam.
W słuchawce odezwał się kobiecy głos. Dźwięczny, pewny siebie i dziwnie kipiący triumfem. Tak mówią ludzie, którzy właśnie wygrali los na loterii, tylko że na cudzym nieszczęściu.
— Dobry wieczór! Czy rozmawiam z Ludmiłą? — zaćwierkała nieznajoma.
— To zależy. A z kim mam przyjemność?
— Och, jak cudownie, że się dodzwoniłam! Ja jestem żoną Damiana. Monika. Spotyka się pani z moim mężem, prawda? U pani w telefonie chyba widnieje jako „Damian Architekt”?
Kot na moich kolanach poruszył uchem z niezadowoleniem. Odstawiłam filiżankę.
Damian. Trzydzieści cztery lata. Poznaliśmy się niewiele ponad miesiąc wcześniej na wystawie ilustracji książkowej. Sam do mnie podszedł — wysoki, czarujący, z bystrym spojrzeniem i świetnym poczuciem humoru. Najpierw była kawa, potem kolejne spotkanie, później teatr. Umiał zabiegać o kobietę. Dużo opowiadał o swojej trudnej, wyczerpującej pracy, o tym, jak męczy go samotność w kawalerskim mieszkaniu i jak bardzo marzy o kobiecie, przy której można po prostu milczeć i rozumieć się bez słów.
Nie był to jeszcze wielki romans z obietnicami na całe życie. Byliśmy na etapie lekkiego flirtu, poznawania się i ostrożnego budowania zaufania. Dzień wcześniej napisał do mnie czułą wiadomość, że pilnie wyjeżdża na weekend służbowo do Poznania i przywiezie mi jakiś drobiazg.
— Żoną? — powtórzyłam, czując, jak na ułamek sekundy wszystko we mnie opada, po czym natychmiast zbiera się w napiętą, drżącą sprężynę. — To naprawdę ciekawe. A sam Damian wie, że jest żonaty? Bo mnie przedstawiał się jako człowiek po ciężkim rozwodzie i w dodatku tragicznie samotny.
Monika po drugiej stronie roześmiała się głośno, szczerze i bez najmniejszego skrępowania.
— Och, oni wszyscy tak mówią! — machnęła na to głosem starej wyjadaczki. — Jaki rozwód? Jesteśmy małżeństwem od siedmiu lat. Pani Ludmiło, niech się pani nie przejmuje. W tym roku jest pani u niego już trzecią „pokrewną duszą”. Sprawdzałam mu telefon, kiedy pluskał się pod prysznicem. Zobaczyłam tę waszą korespondencję o „delegacji”, więc postanowiłam zadzwonić i po kobiecemu uprzedzić, żeby sobie pani przypadkiem nie zaczęła wymyślać sukni ślubnych. Mój Damiu z domu nigdzie nie odejdzie. Pobiega sobie, a potem i tak wraca do mnie, do ciepłego obiadu.
Czekała. Dosłownie czułam przez słuchawkę, jak wstrzymała oddech. Liczyła, że się rozpłaczę. Że zacznę ją przepraszać. Albo że rzucę się do walki i będę jej udowadniać, że kocha właśnie mnie. Nie zadzwoniła po to, by mnie ostrzec. Dzwoniła, żeby połaskotać własne poranione ego, podbudować się cudzym kosztem i jeszcze mocniej przybić tabliczkę „prawowita właścicielka”.
Zamiast bólu poczułam nagle lodowatą, przejrzystą jasność całego tego absurdu.
— Moniko — odezwałam się spokojnie i miękko. — Z całego serca gratuluję. Naprawdę ma pani wyjątkowo wiernego i godnego zaufania męża. Wygrała pani los główny.
— No… dziękuję — odpowiedziała z wyraźnym zmieszaniem. Tego się nie spodziewała. Zepsułam jej cały scenariusz.
— Jest tylko jeden problem — mówiłam dalej, patrząc w okno na wieczorne światła. — Ten pani cudowny mąż, kiedy odgrywał przede mną rozwiedzionego samotnika, pożyczył ode mnie bardzo rzadką kolekcjonerską książkę. Poza tym zostawił w moim samochodzie kaszmirowy szalik. Nie zbieram pamiątek po cudzych mężach. Skoro już tak uprzejmie się pani ze mną skontaktowała, załatwmy to jak dorośli ludzie.
— To w czym problem? Niech pani ten szalik wyrzuci! — warknęła nerwowo Monika.
— Skądże znowu. To droga rzecz, szkoda obciążać domowy budżet. Poza tym książkę też trzeba oddać — powiedziałam tonem spikerki wiadomości. — Jutro sobota. Jak rozumiem, pani mąż wcale nie pojechał do Poznania. Będę czekała jutro o dwunastej na was oboje w kawiarni „Elegia” przy alei. Oddam wszystko z ręki do ręki.
— Nigdzie z panią nie pojadę! On też nie! — zapiszczała.
— Moniko — obniżyłam głos. — Jeśli jutro się nie pojawicie, zapakuję szalik i książkę w ładne pudełko i wyślę kurierem na wasz adres domowy. Dołączę też wydruk wszystkich tych wierszy, które pani Damiu wysyłał mi przez ostatni miesiąc. A tam jest sporo interesujących fragmentów o tym, jak dusi się w małżeństwie z, cytuję, „ciężką kobietą, która go nie rozumie”. Myślę, że będzie to dla pani bardzo pouczająca lektura. Do jutra.
Rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź. Telefon poleciał na kanapę. Pogłaskałam kota za uchem, poszłam do kuchni i nalałam sobie kieliszek wytrawnego czerwonego wina. Rozczarowanie oczywiście było. Nikomu nie jest miło odkrywać, że miał posłużyć za korek do dziury w cudzym małżeństwie. Ale jeszcze silniejsze było we mnie oczekiwanie na wielkie obnażenie tego obrzydliwie fałszywego teatru.
