„Nie jestem już dziewczynką, żeby się tam skrobać” — usłyszałem od 57-letniej kobiety, kiedy poprosiłem ją o coś dla mnie oczywistego… i wtedy zrozumiałem, że nie potrafię żyć z taką „naturalnością”

Galina leżała obok mnie — rozluźniona, zadowolona, z rękami rozrzuconymi po poduszce — zupełnie nieświadoma tego, co działo się w mojej głowie. Byliśmy u mnie, w sypialni, którą wcześniej dokładnie przewietrzyłem i przygotowałem świeżą pościel. A ja patrzyłem w sufit i myślałem tylko o jednym: jak najszybciej wstać i pójść pod prysznic, żeby zmyć z siebie to uczucie, jakbym przed chwilą był blisko nie z kobietą, ale z jakimś zaniedbanym, spoconym facetem w kobiecej peruce.

Mam pięćdziesiąt osiem lat. Nie jestem żadnym amantem: trochę brzucha, zaczynająca się łysina — ale dbam o siebie. Zawsze uważałem, że wiek to nie wymówka, żeby przestać o siebie dbać. W łazience mam trymer i regularnie go używam. Pachy, okolice intymne — to dla mnie podstawa higieny, szczególnie latem, kiedy temperatury sięgają trzydziestu stopni. Włosy zatrzymują pot, łapią zapach. To po prostu nieprzyjemne.

Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że współczesne kobiety — zwłaszcza te z miasta, wykształcone — rozumieją to bez tłumaczenia. Jak się okazało — nie wszystkie. Dla niektórych „naturalność” okazuje się ważniejsza niż komfort drugiej osoby.

Poznałem ją miesiąc wcześniej, na jubileuszu mojego starego znajomego, Pawła. Impreza w kawiarni nad rzeką, gwar, śmiech, dużo ludzi. I ona — Grażyna. Krewna żony Pawła, kuzynka z prowincji, która kilka lat temu przeniosła się do miasta.

Miała pięćdziesiąt siedem lat. I trzeba przyznać — prezentowała się dobrze. Sukienka dobrze leżała, włosy starannie ułożone, subtelne perfumy. Zaczęliśmy rozmawiać, potem zatańczyliśmy. Okazała się ciekawą kobietą, oczytaną, pracowała w archiwum. Mówiła spokojnie, miękkim głosem. Jako rozwiedziony mężczyzna od razu zwróciłem na nią uwagę. Pomyślałem: może właśnie taka kobieta — bez wygórowanych oczekiwań, spokojna — to ktoś, z kim można godnie przeżyć resztę życia.

Zaczęliśmy się spotykać. Spacery po parku, karmienie wiewiórek, kino — jakaś lekka komedia. Zachowywała się naturalnie: ani się nie narzucała, ani nie grała niedostępnej. Dużo rozmawialiśmy — o dzieciach (jej dorosły syn mieszkał w Warszawie), o zdrowiu, o życiu.

Było z nią po prostu łatwo. Nawet zacząłem myśleć, że może z czasem moglibyśmy zamieszkać razem. Samotność najbardziej doskwiera wieczorami, kiedy wraca się do pustego mieszkania, gdzie słychać tylko ciszę i telewizor.

Na piątym spotkaniu zaprosiłem ją do siebie. Przygotowałem wszystko: kolację, dobre wino, sery, owoce. Wieczór minął przyjemnie — rozmowy, muzyka, taniec w salonie. Potem przeszliśmy do sypialni. Byłem w dobrym nastroju, brakowało mi bliskości, ciepła.

Rozebrała się. Jak na swój wiek — wyglądała naprawdę dobrze. Ale kiedy położyliśmy się, a ona uniosła ręce, żeby objąć mnie za szyję…

Najpierw pomyślałem, że się mylę. Pod pachami miała gęste, ciemne włosy, długości kilku centymetrów. To nie było „zapomniałam wczoraj”. To wyglądało na coś, czego nie ruszano od bardzo dawna. I wtedy poczułem zapach — ciężki, zmieszany z perfumami, nieprzyjemny.

W jednej chwili wszystko we mnie zgasło. Ale nie potrafiłem tego przerwać. Dokończyłem wszystko mechanicznie, starając się nie patrzeć i oddychać jak najmniej. Było mi zwyczajnie niedobrze. Miałem wrażenie, że ten zapach wsiąknął we mnie.

Przez kilka dni się nie odzywałem. Próbowałem to jakoś sobie wytłumaczyć. Może przypadek. Może coś się wydarzyło. Nie chciałem przekreślać wszystkiego — bo jako człowiek naprawdę mi się podobała. Postanowiłem porozmawiać.

Spotkaliśmy się na kawie. Atmosfera była napięta, rozmowa się nie kleiła. Dopiero kiedy szliśmy już w stronę przystanku, zebrałem się na odwagę.

— Grażyna, naprawdę mi na tobie zależy. Ale jest jedna sprawa… Tylko proszę, nie obraź się.

Spojrzała na mnie czujnie:

— O co chodzi?

Starałem się mówić delikatnie:

— Ja bardzo dbam o higienę. O siebie. I byłoby dla mnie ważne, żebyś ty też zwracała uwagę na takie rzeczy jak… pachy. To po prostu bardziej schludne, i nie ma zapachu.

Myślałem, że się speszy. Tymczasem ona wybuchnęła śmiechem:

— Ty mówisz poważnie? Mam pięćdziesiąt siedem lat! Ja mam się teraz golić jak jakaś dziewczynka? Mam wrażliwą skórę, potem mam podrażnienia. I w ogóle — to jest naturalne. Skoro natura tak stworzyła, to tak ma być. Mojemu mężowi to nigdy nie przeszkadzało. Jesteś po prostu rozpieszczony.

Próbowałem spokojnie wytłumaczyć, że nie chodzi o modę, tylko o higienę. Ale przerwała mi ostro:

— Nie zamierzam tego zmieniać. Kto chce, niech mnie bierze taką, jaka jestem. A jak komuś nie pasuje — jego problem.

I wtedy dotarło do mnie coś ważniejszego niż same włosy. Ona po prostu nie liczyła się z tym, co ja czuję.

Później zauważyłem też, że nie usuwa włosów z nóg. I wtedy wszystko stało się dla mnie jasne.

Nie ciągnąłem tej znajomości. Napisała jeszcze kilka razy, odpowiadałem zdawkowo, aż kontakt sam się urwał.

Dużo o tym myślałem i doszedłem do kilku wniosków.

Dla mnie zadbany wygląd i poczucie kobiecości mają znaczenie. Chcę czuć różnicę między ciałem mężczyzny a kobiety.

Higiena to dla mnie forma szacunku wobec drugiej osoby. Ja się staram — i oczekuję tego samego.

I wreszcie — stosunek do samego siebie. Dbanie o siebie to nie kwestia wieku, tylko chęci życia pełnią życia, a nie byle jak.

Dziś jestem sam. Piątkowy wieczór, cisza. Mógłbym być z nią — ale wiem, że nie potrafiłbym ignorować tego, co mnie odpycha.

Może ktoś powie, że przesadzam. Ale dla mnie to ważna część bliskości.

Nie wiem, czy jeszcze kogoś poznam. Ale jedno wiem na pewno: nie zamierzam zmuszać się do akceptowania czegoś, co budzi we mnie sprzeciw.

Jak wy to widzicie — to naprawdę tak błahy szczegół, czy jednak coś, o czym można i powinno się rozmawiać?

„Nie jestem już dziewczynką, żeby się tam skrobać” — usłyszałem od 57-letniej kobiety, kiedy poprosiłem ją o coś dla mnie oczywistego… i wtedy zrozumiałem, że nie potrafię żyć z taką „naturalnością”
Zgubiona pośród zimowego boru