– Nie jesteś naszą rodziną – oznajmiła teściowa, odkładając kawałki mięsa z talerza Marty z powrotem do garnka.
Marta zamarła przy kuchence, ściskając talerz. Na nim wciąż został sos od gulaszu, który dopiero co przygotowała Teresa Kowalska. Kawałki mięsa znikały jeden po drugim, jakby teściowa liczyła je po kolei.
– Przepraszam? – zapytała Marta, nie wierząc własnym uszom.
– Co tu jest niejasnego? – Teresa wytrzepała dłonie o fartuch i odwróciła się do synowej. – Nie przyjęliśmy cię do rodziny. Sama się do nas przyczepiłaś.
W kuchni zapadła cisza tak gęsta, że słychać było bulgotanie zupy na kuchence. Marta odłożyła talerz na stół i odrzuciła kosmyk włosów z czoła. Ręce jej drżały.
– Teresa, ja nie rozumiem… Jesteśmy z Michałem w związku małżeńskim już pięć lat! Mamy córkę…
– I co z tego? – przerwała teściowa. – Liza jest naszą krwią, to prawda. Ale ty zawsze pozostaniesz obca.
Drzwi kuchni otworzyły się i wszedł Michał. Rozczochrany, z rozpiętą koszulą, najwyraźniej drzemał chwilę na kanapie po pracy.
– Co tu się dzieje? – spytał, rozglądając się po żonie i matce. – Dlaczego krzyczymy?
– Nie krzyczymy – odpowiedziała spokojnie Teresa. – Po prostu rozmawiamy. Tłumaczę twojej żonie, jak zachowywać się w naszym domu.
Michał zmarszczył brwi i spojrzał na Martę. Stała blada, z zaciśniętymi wargami.
– Mamo, co ty powiedziałaś?
– Prawdę. Że nie każdy dostanie mięso. Rodzina jest duża, a kawałków mało.
Marta poczuła, jak w gardle pojawia się gul. To wszystko. Pięć lat uważała się za część rodziny. Pięć lat starała się przypodobać teściowej, znosiła jej kąśliwe uwagi, wierzyła, że z czasem relacje się poprawią.
– Michał, pojadę do domu – wyszeptała do męża. – Do mamy.
– Jaki dom? – oburzyła się Teresa. – Twój dom jest tutaj. Czy myślisz, że możesz przychodzić i odchodzić, kiedy ci się podoba?
– Mamo, dość – Michał podszedł do Marty. – Co się stało?
Marta milczała. Jak wytłumaczyć mężowi, że jego matka właśnie dała jej do zrozumienia, że tu jest nikim? Że nawet talerz gulaszu dla niej jest zbyt wielkim przywilejem?
– Zbiorę Lizę – powiedziała zamiast odpowiedzi. – I zabiorę ją do mamy na weekend.
– Po co? – podniosła się Teresa. – Babcia jest obok, po co dziecko zabierać?
– Babcia uważa, że jej matka nie jest rodziną – odpowiedziała cicho Marta. – Może i wnuczce gdzieś będzie lepiej.
Odwróciła się i wyszła z kuchni. Michał chwycił ją za rękę.
– Marto, zatrzymaj się! Wytłumacz, co się stało.
Marta spojrzała na niego. Mąż patrzył z niedowierzaniem, a teściowa stała przy kuchence, udając, że miesza zupę.
– Zapytaj mamę – powiedziała Marta. – Ona ci lepiej opowie.
W pokoju dziecięcym trzyletnia Liza bawiła się lalkami. Gdy zobaczyła mamę, radośnie podbiegła.
– Mamusia! Zobacz, karmię Kasię!
– Brawo, skarbie – Marta kucnęła i objęła córkę. – Chcesz jeść?
– Chcę! Babcia mówiła, że dzisiaj będzie gulasz.
– Będzie, słoneczko. Tylko pojedziemy z tobą do babci Gali.
– Do twojej mamy? – ucieszyła się Liza. – Hurra! A tata jedzie?
– Nie, tata zostaje w domu.
Marta zaczęła pakować rzeczy dla dziecka do torby. Sukienki, rajstopy, zabawki – wszystko, co potrzebne na kilka dni. Gdy układała ubrania, do pokoju zajrzał Michał.
– Marto, co to za dzieciarnia? Przez jakąś głupotę wyjeżdżać?
– Dzieciarnia? – Marta wyprostowała się i spojrzała na męża. – Twoja matka powiedziała mi, że nie jestem rodziną! Zabrała mi jedzenie! To jest głupota?
– A ileż ona może powiedzieć! – odparł Michał. – Wiesz, że jest wybuchowa. Jutro zapomni.
– A ja nie zapomnę, Michał! Nie pierwszy raz.
– Daj spokój! Matka po prostu jest zmęczona. Problemy w pracy, to i wybuchła.
Marta zaśmiała się, lecz śmiech był gorzki.
– Zmęczona? Pięć lat zmęczenia?! I wszystko na mnie zrzuca.
– Nie zwracaj na to uwagi!
– Nie zwracam uwagi, że nazywają mnie obcą w moim własnym domu? Michał, słyszysz, co mówisz?
Michał przeszedł się po pokoju, pocierając kark. Gest znajomy – zawsze tak robił, gdy nie wiedział, co powiedzieć.
– Marto, dokąd pójdziesz? Jesteśmy rodziną. Mamy dziecko.
– Dlatego właśnie wyjeżdżam. Nie chcę, żeby Liza słyszała, jak upokarzają jej matkę!
– Kto cię upokarza? – Matka wyraziła swoje zdanie.
– Swoje zdanie? – Marta przestała pakować rzeczy i spojrzała na męża. – Michał, zabrała mi jedzenie! Powiedziała, że jestem obca! To jest zdanie?
– Może powiedziała mocno. Ale wiesz, matka całe życie samotnie dźwigała rodzinę. Ojciec odszedł wcześnie, wychowywała nas z bratem. Przyzwyczajona do kontroli.
– I mam teraz do końca życia znosić jej kontrolę?
Michał usiadł na skraju łóżka i chwycił ręce żony.
– Marto, nie kłóćmy się. Porozmawiam z matką, wytłumaczę.
– Co wytłumaczysz? Że też jestem człowiekiem? Że mam uczucia?
– Tak. Powiem, żeby nie była niemiła.
Marta pokręciła głową.
– Michał, chodzi nie o niemiłość. Chodzi o to, że twoja matka mnie nie akceptuje! I wiesz o tym.
– Pięć lat to mało?! Ile jeszcze czekać?
Z kuchni rozległ się głos Teresy:
– Michał! Idź jeść! Wszystko ostygnie!
Michał wstał.
– Chodź, zjemy normalnie. Potem porozmawiamy.
– Nie, dziękuję. Nie mam apetytu.
Mąż postał chwilę, potem wyszedł. Marta słyszała, jak rozmawia z matką w kuchni, lecz nie mogła rozróżnić słów. Głosy raz podnosiły się, raz cichły.
Wyciągnęła telefon i wybrała numer mamy.
– Mamo? To ja. Możemy przyjechać na parę dni?
– Oczywiście, córko. Co się stało?
– Później opowiem. Już wyjeżdżamy.
– Dobrze. Ugotowałam barszcz, starczy dla wszystkich.
Marta mimowolnie się uśmiechnęła. Zabrała Lizę, pocałowała ją w ciepły pukiel, założyła kurtkę i wyszła z mieszkania. Za plecami cicho zatrzasnęły się drzwi, a w zamku z metalicznym kliknięciem pozostał klucz na szafce w przedpokoju. W samochodzie Marta odpaliła silnik, spojrzała w lusterko: w oknie kuchni paliło się samotne światło. Potem ruszyła i nie oglądała się za siebie.

