Paweł nie wrócił. Jego rzeczy zniknęły. W szafie wisiały same puste wieszaki. Na stoliku leżała kartka z poszarpanego papieru: Nie wytrzymałem. Przepraszam.
Gdy Alicja zachorowała, świat nie upadł — on po prostu przestał oddychać.
Na początku pojawiła się osłabienie, bóle ciała, potem gorączka, której nie obniżały żadne leki ani zastrzyki. A potem przyszłaby ból w klatce piersiowej, jakby ktoś wbił tam rozgrzany pręt i powoli nim kręcił. Leżała na kanapie, owinięta kocem, patrząc w sufit, próbując zrozumieć: To zwykłe przeziębienie? Czy coś gorszego?
Tamtego wieczora Michał wrócił późno. Zrzucił kurtkę, rzucił klucze na komodę i nawet na nią nie spojrzawszy, wypalił:
Znowu leżysz? Naczyń nie pozmywałaś. W domu bałagan.
Tak, wyszeptała. Nie mogę wstać.
Westchnął, jakby to była jej wina, że choruje, że leży, przeszkadza mu w wieczorze.
No to leż. Idę pod prysznic.
Nie podszedł. Nie przytulił.
Alicja milczała. Nawet na urazę nie starczyło sił.
Nazajutrz zabrano ją do szpitala. Diagnoza brzmiała jak wyrok: obustronne zapalenie płuc, skomplikowane infekcją wirusową, podejrzenie komponentu autoimmunologicznego. Lekarze mówili szybko, sucho, bez emocji, ale w ich oczach Alicja odczytała: To może skończyć się źle.
Poprosiła pielęgniarkę o telefon, żeby zadzwonić do Michała.
Pielęgniarka przyniosła aparat. Alicja wybrała numer. Nie odebrał.
Dzwoniła jeszcze raz po godzinie. Potem kolejny raz. I jeszcze raz.
Za czwartym razem odebrał. Głos był obojętny, jakby obudziła go w środku ważnego snu.
Co?
Alicja: „Michał, zabrali mnie do szpitala. Jest poważnie. Muszę…”
Nie zdążyła dokończyć, przerwał jej.
Jestem w pracy, Alicja. Nie czas na to.
Jesteś dorosłą kobietą. Lekarze obok. Czego chcesz? Żebym wszystko rzucił i przyjechał?
Zamilkła. W gardle stanął guzek.
Dobrze, szepnęła cicho. Przepraszam, że zawracałam głowę.
Nie odpowiedział. Po prostu odłożył słuchawkę.
Trzeci dzień w szpitalu.
Alicja leżała z kroplówką w żyle i patrzyła w okno. Za szybą szare niebo, mokry asfalt, sporadyczni przechodnie w płaszczach. W sali panowała cisza — tylko tykanie zegara i szum wentylacji.
Znowu wybrała numer Michała. Sygnały. Znowu sygnały.
Potem przyszła współlokatorka i powiedziała:
Nie dzwoń do niego. Wyjechał. Klucze zostawił u mnie.
Wyjechał? Dokąd?
Nie precyzował. Po prostu spakował rzeczy i odjechał.
Alicja zamknęła oczy. W piersi coś się przerwało. Nie serce, coś niewidzialnego, cienkiego, co od lat łączyło ją z nim.
Nie płakała. Nawet na to nie było sił.
Siódmego dnia przyjechała mama.
Wpadła do sali z torbami, siatkami i takim wzrokiem, jakby była gotowa roznieść cały szpital, jeśli ktoś skrzywdzi jej córkę.
O rety! wyszeptała, widząc Alicję. Jak on mógł?!
Alicja próbowała się uśmiechnąć, ale wyszło słabo.
Cicho, cicho. Jestem tu. Teraz jestem z tobą.
Mama została. Spała na składanym łóżku przy łóżku, gotowała buliony i przynosiła je w termosie, prosiła lekarzy o najlepsze leki, kłóciła się z pielęgniarkami, gdy coś wydawało się nie tak.
Nie jesteś sama, powtarzała każdego ranka. Nie jesteś sama, Alicjo.
I po raz pierwszy od dawna Alicja uwierzyła, że to prawda.
Wypis.
Po trzech tygodniach wypisano ją. Słaba, wychudzona, z cieniami pod oczami, ale żywa.
W domu wszystko pozostało takie, jak zostawiła. Tylko kurz na półkach i zapach stęchlizny. Naczynia brudne. Michał nie wrócił. Jego rzeczy zniknęły. W szafie puste wieszaki. Na stoliku kartka: Nie wytrzymałem. Przepraszam.
Alicja długo wpatrywała się w te słowa. Potem ścisnęła kartkę i wyrzuciła.
Mama pomagała jej sprzątać mieszkanie, myć okna, wietrzyć pokoje.
Zaczniemy od czystej kartki, powiedziała.
Alicja skinęła głową.
Pierwszy miesiąc po chorobie.
Ledwo chodziła. Oddychało się ciężko. Ale każdego dnia robiła o dziesięć kroków więcej niż wczoraj. Potem dwadzieścia. Później wychodziła na balkon, a potem do ogrodu.
Z pracy dzwonili. Pytali, kiedy wróci.
Wkrótce, odpowiadała.
Chociaż sama nie wiedziała, czy w ogóle wróci.
Powrót.
Po sześciu tygodniach pojawiła się w biurze. Koledzy patrzyli ostrożnie, jakby na delikatną porcelanową figurkę, którą można przypadkowo stłuc.
Jesteśmy tak szczęśliwi, że cię widzimy! powiedziała przełożona, obejmując ją.
Alicja uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dawna szczerze.
Praca stała się wybawieniem. Zapominała o bólu, o pustce w piersi, o tym, że kiedyś kochała człowieka, który opuścił ją w najciemniejszym momencie życia.
Wieczorami pisała w dzienniku. Nie narzekała, po prostu zapisywała:
*Dzisiaj przeszłam trzy kwartały bez zadyszki.
Dzisiaj zjadłam całe jabłko.
Dzisiaj nie myślałam o nim.*
Jesień.
Opadały liście. Alicja kupiła sobie nowy, ciepły płaszcz w kolorze bordowym. Kolor życia, a nie choroby.
Zaczęła chodzić na jogę. Potem na kurs fotografii. A w soboty do biblioteki.
Życie nie stało się idealne. Ale stało się jej własne.
Pewnego wieczoru, wracając z pracy, zobaczyła w witrynie sklepu małą witrażową figurkę konia ze szkła kolorowego.
Zatrzymała się.
