„Masz na myśli, że naprawdę wciągasz tę miękką małą dziedziczkę z salonu na Blackthorn Ridge?”
Gideon Hart wsunął banknoty do wewnętrznej kieszeni płaszcza. „Zabieram ją wystarczająco daleko, aby pokazać jej różnicę między pragnieniem góry a przetrwaniem na niej.”
Wade zaśmiał się. „A co jeśli udowodni, że się mylisz?”
Gideon spojrzał za niego w stronę rozjeżdżonej ulicy, gdzie Margaret Whitmore właśnie zebrała spódnicę w jedną rękę i przeskoczyła przez kole wozu, nie czekając, aż ktoś zaoferuje pomoc.
„Nie udowodni,” powiedział.
Mylił się, zanim pokonali pierwszą milę.
Gideon nie posadził jej na koniu. Jego dwa muły były załadowane materacami, jedzeniem, narzędziami, liną, nabojami i rodzajem zapasów awaryjnych, które mężczyzna zabierał, gdy rozumiał, że dzika przyroda nigdy nie przeprasza. Jeśli Margaret Whitmore chciała gonić za roszczeniem górniczym jak poszukiwacz, mogła użyć własnych nóg. Poprowadził ją z Grace Hollow stromą drogą, a potem opuścił drogę na wąski szlak, który wspinał się przez ciemne jodły i żółknące osiki, niemal całkowicie obnażone przez twardą krawędź jesieni.
Na początku czekał na pytania.
Kobiety z miasta zawsze miały pytania, gdy ziemia nachylała się w górę. Jak daleko teraz? Czy ten hałas to wilk? Czy błoto zrujnuje suknię? Czy powietrze ma tak palić w płucach?
Margaret nie zadała żadnego.
Po drugiej mili jej oddech stał się ostry. Po trzeciej, błoto wdarło się na przód jej spódnicy, a kolczasty krzak podrapał brzeg, aż wisiał w postrzępionych nitkach. Po czwartej, starannie wypolerowane palce jej butów były zarysowane i matowe, a rondo jej kapelusza opadło, gdzie gałąź, którą Gideon celowo pozwolił się odbić, zrzuciła mokry śnieg na nią. Dwa razy usłyszał, jak potknęła się. Dwa razy szedł dalej.
Przy strumieniu pokrytym lodem zatrzymał się, aby muły mogły się napić. Oparł jedno ramię o pień sosny, skrzyżował ramiona i przygotował się na przedstawienie.
Margaret dotarła do brzegu minutę później.
Wyglądała na zrujnowaną.
Jej twarz była zarumieniona głębokim, gorączkowym czerwonym kolorem. Jej włosy wysunęły się z wsuwek, a jej klatka piersiowa unosiła się i opadała w desperackich małych wybuchach, gdy walczyła o powietrze, które wydawało się zbyt cienkie, by je złapać. Błoto pokrywało jej brodę. Jedna rękawiczka była podarta na dłoni, a krew przyciemniła materiał. Głupia piórko, które machało z jej kapelusza w mieście, zniknęło, pozostawiając tylko zwisający pasek wstążki.
Gideon pozwolił wzrokowi przejść po błocie na jej sukni. „To wystarczy. Miasto jest w dół. Mogę cię z powrotem włożyć do porządnego łóżka przed kolacją. Ciepła kąpiel, ugotowany posiłek, czyste prześcieradła. Możesz im powiedzieć, że dałaś temu odważną próbę.”
Margaret minęła go bez odpowiedzi, uklękła na brzegu strumienia i ściągnęła obie rękawiczki. Jej dłonie były surowe i podrapane. Wrzuciła je do lodowatej wody.
Gideon prawie się cofnął.
Ona nie.
Oblała sobie twarz, wzięła jeden ostry oddech, a potem przycisnęła mokre palce do tyłu szyi. Kiedy się wyprostowała, kolor z jej policzków zniknął, ale jej oczy stały się jasne i twarde.
„Czy zatrzymaliśmy się, bo muły potrzebują kazania,” zapytała, „czy dlatego, że ty potrzebujesz?”
Przez chwilę Gideon nie miał gotowej odpowiedzi.
Irytacja przyszła mu na ratunek. „Mamy cztery godziny światła dziennego.”
„To może powinieneś je wykorzystać mądrze.”
Po tym uczynił wspinaczkę gorszą.
Miękki dolny szlak stał się złamanym kamieniem. Wiatr zyskał zęby. Stary śnieg ukrył się w kieszeniach pod jodłami, skostniały na wierzchu i zdradziecki pod spodem. Kiedy ścieżka się dzieliła, Gideon wybierał okrutniejszą gałąź, kierując się w stronę grzbietu, który ludzie w Grace Hollow nazywali Saint’s Bend. To nie była najszybsza droga. Była wystarczająco surowa, aby udowodnić to, co przyszedł udowodnić. Słuchał kapitulacji za sobą. Szlochanie. Prośba. Przekleństwo.
Jedynym dźwiękiem, który słyszał, był zgrzyt jej butów o skałę.
Pod koniec popołudnia, utykanie Margaret nie mogło być ukryte. Jej prawy but pękł blisko podeszwy, a ona związała go paskiem zerwanym z jej spódnicy. Ciało, z którego mężczyźni w saloonie się śmiali, że jest zbyt miękkie, wciąż poruszało się w stałym, upartym rytmie, który niepokoił Gideona bardziej niż słabość. Nie było w tym nic eleganckiego. Żadnej wyrafinowanej wschodniej elegancji. Tylko wola. Krok, oddech, krok, oddech, krok.
O zmierzchu rozbił obozowisko pod półką skalną, gdzie małe sosny nisko się pochylały od lat wiatru. Zbudował ognisko wystarczająco duże, aby utrzymać zimno z zabójczym, a wystarczająco małe, aby nie zapraszać pogody bliżej. Potem rzucił Margaret pasek suszonego mięsa.
Przyglądała mu się. „Czy to ma być jedzone, czy naprawiane na siodło?”
„To było mięso, zanim je wędziłem.”
Ugryzła w nie. Żuła. Wciąż żuła. Przełknęła z widoczną determinacją. Potem wzięła kolejny kęs.
Gideon siedział naprzeciwko niej z bawołem owiniętym wokół ramion. „Twój ojciec zabierał cię na takie szlaki?”
Cień przeszedł po jej zmęczonej twarzy. „Nie. Chciał. Moja matka wierzyła, że góry należą do obrazów, a nie pod stopy córek.”
„Twoja matka miała sens.”
„Moja matka miała strach,” powiedziała cicho Margaret. „To nie to samo.”
Ogień strzelił. Poza występem zimno spadło z brutalną prędkością. Gideon obserwował, jak stara się nie drżeć. Miała koc, ale nie wystarczająco. Mógłby jej podać swój płaszcz. Nie zrobił tego. Jakaś twarda, złośliwa część niego wciąż czekała, aż się złamie, bo jeśli się złamie, świat znowu ustawi się w porządku.
Miękkie osoby należały do miękkich pokoi. Bogate córki nie należały pod niebo w kolorze wilków. Kobiety, które były wyśmiewane przez obcych, miały się zwinąć do wewnątrz, a nie patrzeć mężczyznom w oczy i odpowiadać im. Margaret Whitmore łamała zasady, o których Gideon nie wiedział, że nosi je w sobie.
Kiedy położył się, mruknął: „Nie zamarznij. Ciągnięcie cię z powrotem byłoby niewygodne.”
„Postaram się umrzeć z grzecznością,” odpowiedziała.
Odwrócił się, zanim mogła zobaczyć, jak blisko był do uśmiechu.
W głębi nocy Gideon obudził się na dźwięk, którego nie mógł od razu zidentyfikować. To nie były wilki. Nie wiatr. Nie dzwonki mułów.
To była pieśń.
Margaret siedziała prosto przy ognisku, ciasno owinięta w swój cienki koc, śpiewając cicho, głosem zgrubiałym od zimna. To była jakaś stara melodia kościelna, powolna i niestabilna. Nie śpiewała, ponieważ czuła spokój. Śpiewała, ponieważ to powstrzymywało jej zęby przed zbyt głośnym szczękaniem. Światło ognia muskało złotem i czerwienią jej twarz. Wyglądała na wyczerpaną, przestraszoną i wściekłą, że jest jednocześnie.
Gideon obserwował ją przez długi czas.
Potem przewrócił się na bok i udawał, że nie widział.
Poranek nastał jasny i bezlitosny. Szron pokrył wszystko. Świat wyglądał jak nowo stworzony i całkowicie niechętny, by ich powitać.
Gideon otworzył oczy, aby zobaczyć, że Margaret już się obudziła, wrzucając cienkie gałązki do żaru. Zaparzyła igły sosnowe w puszce. Jej usta miały lekko niebieski odcień. Jej dłonie drżały tak bardzo, że gorąca woda spływała po boku kubka.
„Wciąż tu jesteś,” powiedział Gideon.
Spojrzała na niego przez parę. „To wydaje się cię niepokoić.”
„To mnie dziwi.”
„Zapłaciłam za przewodnika, panie Hart. Nie za przyjemny spacer.”
„Rozumiesz, że dzisiaj jest gorzej.”
„Przypuszczałam, że najgorsze z twojej osobowości zostawiłeś na drugi dzień.”
Patrzył na nią. Potem, wbrew wszelkim swoim zamiarom, zaśmiał się raz.
To był mały dźwięk, zardzewiały i nieużywany, i zniknął prawie natychmiast. Margaret i tak to zauważyła. Zmęczona mała tryumf rozgrzała jej twarz.
Gideon wstał i zakopał ognisko śniegiem. „Pakuj się. Przechodzimy przez Widow’s Comb, zanim pogoda się zmieni.”
Jej wyraz twarzy się zmienił. „Widow’s Comb?”
„Nazwisko ci przeszkadza?”
„Zauważyłam, że mężczyźni nazywają miejsca Widow’s Something, gdy chcą gratulacji za powrót do domu.”
„Czasami nazywają je tak, ponieważ wdowy to, co te miejsca tworzą.”
„To prowadź,” powiedziała.
Do południa kraj stał się niczym innym jak kamieniem, lodem i niebem. Drzewa przerzedziły się w wygięte, torturowane kształty. Szlak zwężał się wzdłuż zboczy łupków, które przesuwały się pod każdym krokiem. Wiatr przychodził w gwałtownych wybuchach, rzucając luźny śnieg na boki. Zrujnowany but Margaret w końcu się poddał, a ona usiadła na głazie wystarczająco długo, aby owinąć obie stopy paskami zerwanymi z jej spódnicy.
Gideon obserwował jej palce. Były niezdarne od zimna, ale nieustępliwe. Wąska linia wyschłej krwi oznaczała jedną kostkę.
„Wciąż chcesz zobaczyć martwą kopalnię?” zapytał.
Zaciągnęła węzeł zębami. „Chcę wiedzieć, czy mężczyźni kłamali mi.”
„Mężczyźni zazwyczaj kłamią.”
„Dlatego wynajęłam takiego, który wyglądał na zbyt źle wychowanego, by mnie schlebiać.”
Mruknął. „Uważaj. Mogę pomyśleć, że mnie komplementujesz.”
„Możesz myśleć, co pozwala ci twoja duma.”
Burza ujawniła się tuż po tym, jak dotarli na grzbiet Widow’s Comb.
Chmury zaczęły się toczyć nad zachodnimi szczytami, ciężkie i posiniaczone, ciągnąc za sobą zasłony śniegu. Światło stało się dziwne, płaskie i zielono-szare. Gideon poczuł, jak stara ostrzeżenie przeszło przez jego kości. Taka pogoda nie przychodzi grzecznie. Przybywa jak armia.
Ostrym ruchem się obrócił. „Teraz ruszamy szybko.”
Margaret spojrzała w górę. „Jak źle?”
„Na tyle źle, że strach byłby sensowny.”
„W takim razie szybko będę sensowna.”
Prawie ją podziwiał za to.
Prawie.
Zaczęli przekraczać grzbiet.
Szlak ledwie był szlakiem, tylko ostrzem skały z stromymi spadkami po obu stronach. Kulki lodu uderzały ich w twarze jak rzucane żwir. Muły stały się niespokojne, uszy przyciśnięte płasko. Gideon prowadził pierwsze zwierzę instynktownie i z pamięci, testując każdy kawałek ziemi swoimi butami, zanim mu zaufał.
Widoczność zmniejszyła się z pięćdziesięciu jardów do dwudziestu, z dwudziestu do dziesięciu, a potem do prawie niczego. Margaret stała się zamazaną postacią za nim, jedna ręka trzymała pasek drugiego muła. Słyszał jej oddech. Zbyt szybki. Zbyt płytki. Ale wciąż tam był.
Pęknięcie rozdarło burzę.
To nie było grzmot. Grzmoty się toczą. Ten dźwięk pękł.
Gideon spojrzał w górę na czas, aby zobaczyć półkę lodu i skały, która oderwała się od stoku nad nimi.
„W dół!” ryknął.
Uderzył w prowadzącego muła mocno, popychając go do przodu. Zwierzę zadrżało, ciągnąc za sobą drugiego muła. Margaret potknęła się do tyłu. Gideon sięgnął po nią, ale góra uderzyła pierwsza.
Grzbiet eksplodował.
Skała uderzyła w skałę. Lód rozpadł się. Śnieg pochłonął świat. Coś uderzyło Gideona w bok z siłą uciekającego wozu. Poczucie skręciło go, upadł i uderzył o skałę. Ból przeszył jego prawą nogę tak gwałtownie, że przez jedną białą błysk zobaczył twarz swojego brata Nathana, młodego i śmiejącego się, tak wyraźnie, jakby śmierć otworzyła drzwi.
Potem nastała cisza.
Nieprawdziwa cisza. Burza wciąż wrzeszczała. Kamyczki wciąż stukały w dół stoku. Ale po hałasie lawiny świat wydawał się wydrążony.
Gideon otworzył oczy.
Jego noga była uwięziona pod płytą granitową. Nie zakopana w śniegu. Nie złapana pod gałęzią. Przypięta. Skała miażdżyła jego dolną nogę o grzbiet, a gdy próbował się ruszyć, ból przeszył go tak gwałtownie, że żółć wznosiła się do jego gardła.
Pchnął obiema rękami. Skała się nie przesunęła.
Przeklinał. Pchnął ponownie.
Nic.
„Panno Whitmore!” krzyknął.
Brak odpowiedzi.
Zimno w nim zmieniło kształt. „Margaret!”
Kaszel wydobył się z białej plamy. Potem coś się poruszyło, czołgając się po złamanej skale i śniegu. Margaret wyłoniła się przez burzę z krwią spływającą z cięcia w pobliżu linii włosów. Jej kapelusz zniknął. Jej suknia była prawie nie do rozpoznania. Upadła obok niego, zobaczyła skałę i stała się bardzo nieruchoma.
„Możesz się ruszyć?” zapytała.
„Nie.”
Oboje oparli się o płytę i pchnęli. Gideon prawie powiedział jej, żeby nie obrażała ich obojga. Pchnęła ponownie, jej twarz skrzywiła się od wysiłku. Góra nie dbała.
„Przestań,” powiedział. „Wydasz całą swoją siłę.”
Spojrzała na jego nogę. Pod krwią i brudem jej twarz stała się blada.
Gideon usłyszał ostry brzeg szoku w swoim własnym głosie i nienawidził tego. „Muły zniknęły. Zapasy też, najprawdopodobniej. Szlak jest zniszczony. Podążaj w dół grzbietu po lewej. Trzymaj ścianę przy ramieniu. Jeśli dotrzesz do linii drzew przed zmierzchem, możesz przeżyć.”
Patrzyła na niego. „Nie opuszczę cię.”
Jego śmiech wyszedł brzydko i źle. „Myślisz, że to historia z jednego z twoich salonów? Skończyłem. Noga złamana, może gorzej. Burza się zbliża. Jeśli zostaniesz, umrzesz obok mężczyzny, który cię oszukał.”
Jej oczy się zwęziły. „Co?”
„Wziąłem twoje pieniądze, bo myślałem, że się poddasz.” Słowa wylewały się surowo i gorzko. Może chciał, aby była na tyle wściekła, by go porzucić. Może chciał, aby jedna szczera rzecz została powiedziana, zanim góra zamknęła się nad nim na dobre. „Była zakład w mieście. Myślałem, że wciągnę cię pięć mil w górę, zobaczę, jak płaczesz, i zatrzymam połowę twojej opłaty za kłopot. Wziąłem cię jako żart, panno Whitmore. Bogaty, miękki żart.”
Na chwilę nawet burza wydawała się zatrzymać.
Usta Margaret rozchyliły się. Gideon czekał na łzy. Zasłużył na nie. Zasłużył na jej nienawiść. Miał nadzieję, że nienawiść uratuje ją.
Zamiast tego zbliżyła się na tyle, że mógł zobaczyć kryształki lodu przylegające do jej rzęs.
„W takim razie żart się skończył,” powiedziała.
Stanęła i zniknęła w wirującym śniegu.
Gideon zamknął oczy. Dobrze. Niech idzie. Niech jedno z nich przeżyje.
Potem usłyszał ciągnięcie.
Otworzył oczy i zobaczył Margaret, która wciąga martwą gałąź sosny prawie dwa razy wyższą od siebie. Zmagała się z nią przez zgliszcza, upadła raz, wstała ponownie i wciągnęła ją do płyty. Jej oddech był szorstki, przerywany, ale nie płakała. Wcisnęła jeden koniec pod granit i wsadziła mniejszy kamień pod nią.
„Marnujesz czas,” warknął Gideon.
„Kiedy pchnę,” powiedziała, „ty ciągniesz.”
„Nie podniesie się.”
„Kiedy pchnę, ty ciągniesz.”
„Nie masz siły.”
Margaret odwróciła się do niego z taką wściekłością, że zamknął usta.
„Przez całe moje życie,” powiedziała, jej głos drżał, „ludzie mówili mi, że moje ciało jest za dużo. Za ciężkie do tańca. Za szerokie do ładnych sukienek. Za miękkie, by być podziwiane. Dziś, panie Hart, zamierzam wykorzystać każdy funt, z którego się śmiano. Kiedy pchnę, ty ciągniesz.”
Rzuciła się na dźwignię.
Gałąź sosny się wygięła. Włókna drewna jęczały. Margaret krzyknęła, nie z przerażenia, ale z wysiłku. Gideon oparł obie ręce o ścianę skały i pociągnął do tyłu ze wszystkim, co w nim pozostało.
Na początku nic się nie działo.
Potem płyta się poruszyła.
Jedna cal, potem kolejna.
Ból prawie oślepił go. Gideon ryknął i wyrwał swoją nogę, gdy gałąź pękła na pół. Margaret krzyknęła z wysiłku, trzymając jedną chwilę dłużej, niż wydawało się ludzkie. Gideon stoczył się na bok. Gałąź pękła. Skała z hukiem wróciła na miejsce, wystarczająco mocno, aby zrzucić śnieg z grzbietu.
Margaret upadła obok niego.
Przez kilka sekund żadne z nich się nie poruszyło.
Gideon leżał, wpatrując się w burzę, wciągając powietrze do płuc. Jego noga czuła się tak, jakby należała do jakiegoś innego mężczyzny karanego w piekle. Odwrócił głowę. Margaret zmuszała się na kolana, jej ręce były podrapane na krwawo, jej ramiona drżały.
Czołgała się do niego i zerwała kolejny pasek ze swojej sukni. „Jak źle?”
Spojrzał w dół i żałował, że tego nie zrobił. Krew przesiąkała przez podartą skórę. Dolna noga szybko puchła.
„Źle,” powiedział. „Ale nie skończone.”
„To powiedz mi, jak to utrzymać.”
Nie było w jej głosie już żadnej miękkości. Żadnego blasku salonu. Tylko rozkaz.
Gideon przełknął. „Zwiąż powyżej najgorszego krwawienia. Mocno, ale nie zabij nogi, chyba że nie ma innego wyboru.”
Posłuchała. Jej ręce drżały, ale węzeł trzymał.
„Teraz?” zapytała.
„Teraz znajdziemy schronienie.”
„Możesz chodzić?”
„Nie.”
„Więc skacz.”
Spojrzał na nią.
„Zostaw mnie,” wyszeptał.
„Nie.”
„Ty uparta kobieto.”
„Ty kłamliwy mężczyzna.”
Pomimo bólu coś bliskiego śmiechu przeszło przez jego pierś.
„Gdzie?” zapytała. „Twierdzisz, że znasz tę górę. Udowodnij to.”
Zmuszał swoje myśli przez mgłę. „Stara szałas pasterski poniżej grzbietu. Człowiek imieniem Keller używał go, zanim whiskey go skończyła. Może pół mili. Trzy spalone sosny i rozłam granitowej ściany.”
„To tam idziemy.”
Pół mili zajęło prawie cztery godziny.
Poruszali się w kawałkach. Dziesięć kroków. Zatrzymaj się. Oddychaj. Przeklinaj. Dziesięć więcej. Gideon opierał się na Margaret tak mocno, że każdy krok wbił jej buty głęboko w śnieg. Dwa razy upadli razem. Raz stracił przytomność i obudził się, gdy ona uderzała go w policzek.
„Gideon Hart,” krzyknęła przez wiatr, „jeśli umrzesz po tym, jak kazałeś mi ciągnąć twoje niegrzeczne ciało tak daleko, będę niezwykle niezadowolona.”
„Rozmawiasz tak z wszystkimi umierającymi mężczyznami?”
„Tylko z irytującymi.”
Trzymał się tego głosu. Stał się znakiem, który śledził. Jej głos, szorstki od zimna. Jej ramię pod jego ramieniem. Jej ręka trzymająca jego pas. Jej oddech liczący kroki, gdy sam już nie mógł ich liczyć.
Znaleźli szałas tuż przed tym, jak noc pochłonęła górę.
Było to płytkie schronienie wykute w zboczu pod pochylonymi sosnami, wzmocnione starymi belkami i częściowo zakopane w śniegu. Wewnątrz pachniało wilgotną ziemią, starym dymem i myszami, ale wiatr nie mógł ich tam dosięgnąć. Margaret pomogła Gideonowi osunąć się na tylną ścianę. Prawie natychmiast zapadł w ciemność.
Kiedy się obudził, było ognisko.
Małe, dymiące, niemożliwe ognisko.
Margaret klęczała obok niego, wrzucając wióry z zepsutej skrzynki do płomieni. Znalazła zapałki zapieczętowane w puszce i wgnieciony garnek, a ona topiła śnieg. Jej twarz wyglądała na wydrążoną z wyczerpania. Krew wyschła wzdłuż jej skroni. Jej ręce były owinięte w materiał, który już był czerwony.
Zobaczyła, że jego oczy się otworzyły. „Pij.”
Pił. Ciepła woda uderzyła w jego żołądek i przypomniała mu, że ból wciąż czeka.
„Noga,” wyszeptał.
„Wiem.”
Odcięła zniszczoną skórę wokół rany. Rozcięcie było głębokie i brzydkie. Kość nie przebiła się przez skórę, ale tkanka rozdarła się na tyle, aby zaprosić infekcję.
„Whiskey,” powiedział Gideon. „W wewnętrznej kieszeni płaszcza.”
Znalazła flaszkę.
„Wlej to. Potem igłę i katgut w mojej torbie.”
Margaret zamarła. „Chcesz, żebym cię zszyła?”
„Nie, chcę, żebyś ozdobiła poduszkę. Tak, zszyj mnie.”
Jej twarz stała się jeszcze bielsza.
Gideon próbował złagodzić swój głos i odkrył, że mało w tym praktyki. „Kiedykolwiek zajmowałeś się raną?”
„Moja matka była chora przez sześć lat,” powiedziała Margaret. „Czyściłam krew. Zmieniałam opatrunki. Obserwowałam ból. Ale nigdy nie szyłam nogi mężczyzny w dziurze pod górą.”
„Pierwszy raz na każdy koszmar.”
Spojrzała na niego wtedy, naprawdę spojrzała, i coś przeszło między nimi, co nie miało nic wspólnego z pieniędzmi, dumą czy zniewagą. Może strach. Może zaufanie. Oba nosiły tę samą kurtkę.
„Ugryź to,” powiedziała, podając mu skórzany uchwyt swojego noża.
„Tak, pani.”
Wlała whiskey.
Gideon ugryzł tak mocno, że jego szczęka pękła. Ogień przeszył jego nogę. Szałas zniknął za czerwoną mgłą. Usłyszał zwierzęcy dźwięk i zdał sobie sprawę, że pochodził od niego.
Potem przyszła igła.
Margaret pracowała powoli na początku. Zbyt ostrożnie. Potem jej ręce się ustabilizowały. Zszywała rozerwaną tkankę z ponurą precyzją, węzeł po węźle, szew po szwie. Pot na jej czole błyszczał mimo zimna. Gideon obserwował ją przez zwężone oczy. Ta kobieta, którą wyśmiewał jako miękką. Ta kobieta, którą próbował upokorzyć. Była pochylona nad jego zrujnowaną nogą jak chirurg na polu bitwy, szeptając przeprosiny za każdym razem, gdy igła przechodziła przez niego.
Kiedy to się skończyło, owinęła ranę paskami z tego, co pozostało z jej halki i usiadła na piętach, drżąc.
Gideon splunął na uchwyt noża. Jego głos był szorstki. „Twój ojciec nauczył cię tego też?”
„Mój ojciec nauczył mnie map, cyfr i jak rozpoznać głupców.” Wytarła policzek pięścią jednej ręki. „Moja matka nauczyła mnie wytrwałości.”
Spojrzał w ogień, ponieważ patrzenie na nią stało się trudne. „Myliłem się co do ciebie.”
„Tak.”
„Możesz udawać, że jesteś skromna.”
„Jestem zbyt zmęczona.”
Zaśmiał się cicho, a potem jęknął z bólu, który to przyniosło. Po chwili powiedział: „Miałem brata. Nathana. Wierzył w roszczenia, mapy i obietnice mężczyzn. Podążał za właścicielem kopalni imieniem Silas Vane w górę przez siedem lat. Wrócił do domu w skrzyni, co mogli z niego znaleźć. Vane nazwał to wypadkiem.”
Margaret podniosła wzrok. „Silas Vane?”
„Ten sam. Dlatego wziąłem roszczenie twojego ojca dla ducha innego bogatego człowieka. Mężczyźni tacy jak Vane sprzedają głód głupcom i nazywają to okazją.”
„Mój ojciec nie był głupcem.”
„Zaczynam w to wierzyć.”
Zaciągnęła koc wokół ramion. „Napisał do mnie przed śmiercią. Powiedział: „Maggie, jeśli mówią ci, że góra jest pusta, zapytaj, dlaczego tak chętnie chcą ją posiadać.” Myślałam, że miał na myśli srebro. Może miał na myśli mężczyzn.”
Na zewnątrz głos burzy osłabł. Wewnątrz ogień rzucał drgające światło na ziemne ściany.
Gideon wyciągnął rękę. Jego blizniona, szeroka dłoń ostrożnie zamknęła się wokół jej zimnych palców. Spodziewał się, że się odsunie.
Nie zrobiła tego.
„Margaret,” powiedział, używając jej imienia po raz pierwszy bez kpin, „jeśli nadejdzie poranek i będę mógł stać, zabiorę cię do Bright Mercy.”
„A jeśli nie będziesz mógł stać?”
„Wtedy będę pełzł wystarczająco złośliwie, by przestraszyć śnieg.”
Uśmiechnęła się, słabo, ale szczerze. „To brzmi jak ty.”
Trzymał jej rękę, aż sen go wziął.
Poranek nastał czysty, cichy i bezlitosny.
Burza przeszła, pozostawiając góry pogrzebane pod świeżym śniegiem, który błyszczał pod twardym niebieskim niebem. Gideon obudził się z gorączką, ale żywy. Margaret przez całą noc utrzymywała ogień przy życiu. Nie spała, nie więcej niż kilka minut na raz. Cienie siniaków pod jej oczami, ale gdy się poruszył, już przygotowywała się do ruchu.
„Nie,” powiedział. „Potrzebujesz odpoczynku.”
„Ty też.”
„Mam dziurę w nodze. Wygrywam.”
„Ty też masz okropny nawyk wydawania rozkazów, których nikt nie słucha.”
Znalazła stary uchwyt do kilofa i związała go w kule. Pierwsza próba stania prawie odesłała Gideona z powrotem w ciemność. Druga udała się tylko dlatego, że Margaret wcisnęła się pod jego ramię i przeklinała z tak zaskakującą płynnością, że wpatrywał się w nią.
Złapała spojrzenie. „Mój ojciec zatrudniał ludzi z kolei. Słuchałam.”
Bright Mercy leżało za następnym grzbietem, w ukrytej dolinie w kształcie otwartej dłoni. Dotarcie do niego zajęło większość dnia. Gideon poruszał się powoli, każdy krok był wojną. Margaret pozostawała przy jego boku, czasami niosąc jego ciężar, czasami idąc naprzód, aby sprawdzić drogę, czasami przyciskając śnieg do jego gorączkowej twarzy. Dwa razy próbował zmusić ją, by poszła bez niego. Dwa razy go zignorowała.
W pobliżu południa dotarli na szczyt grzbietu.
Dolina otworzyła się poniżej nich, otoczona czarną skałą i białymi zboczami. W połowie wschodniej ściany, prawie ukryta przez powalone drewno, stał wejście do kopalni oprawione starymi podporami. Zniszczony znacznik pochylał się obok, litery rzeźbione ledwo widoczne pod lodem.
A. WHITMORE.
Margaret wydała dźwięk, który Gideon zapamięta do ostatniego tchu. To nie był szloch. To nie był śmiech. To było coś pomiędzy żalem a zwycięstwem.
„Tam,” wyszeptała. „Tato.”
Potem Gideon zobaczył dym.
Cienka szara wstążka wznosiła się w pobliżu wejścia do kopalni.
Chwycił Margaret za ramię i pociągnął ją za głaz. Ból przeszył jego nogę, ale zignorował to. Trzy konie były związane w pobliżu powalonych drzew. Trzech mężczyzn poruszało się wokół małego obozu. Jeden rozwijał zapalnik, podczas gdy inny niósł beczki prochowe w kierunku szybu.
Twarz Margaret straciła kolor. „Mają zamiar to zniszczyć.”
Gideon zmarszczył oczy. „Clay Mercer. Rzeźnik Vane’a. Wysoki w czerwonym szaliku.”
„Znasz go?”
„Znam go. Mężczyźni mają tendencję do znikania w jego pobliżu.”
Mercer śmiał się z czegoś, co powiedział jeden z jego ludzi, a potem kopnął śnieg z progu kopalni. Był szeroki, z grubą szyją i wygodny w przemocy. Mężczyzna, który zbyt długo żył bez konsekwencji, stał w szczególny sposób, a Mercer opanował to.
Margaret zamknęła dłoń wokół kamienia, aż jej kostki stały się białe. „Musimy ich powstrzymać.”
„Mam jeden karabin, jedną złą nogę i może połowę mojej krwi w odpowiednim miejscu.”
„Masz też mnie.”
„To jest część, która mnie niepokoi.”
Spojrzała na niego. „Umiesz strzelać?”
„Tak.”
„W takim razie sprawię, że będą patrzeć gdzie indziej.”
„Nie.”
„Tak.”
„Margaret—”
Zanim mógł ją powstrzymać, stanęła.
Wyszła zza głazu i poszła w dół stoku w kierunku kopalni, jej podarta śliwkowa sukienka powiewała na wietrze, jej włosy luźno opadały na ramiona, jej ciało było posiniaczone i zranione, ale stała prosto. Gideon przeklinał pod nosem i podniósł Winchestera.
Clay Mercer zobaczył ją pierwszy. Jego ręka opadła w kierunku rewolweru. Potem rozpoznanie rozprzestrzeniło się na jego twarzy.
„Cóż, cholera,” zawołał. „Panna Whitmore. Pan Vane powiedział, że góra cię ustatkuje.”
„Próbowała,” powiedziała Margaret. „Uznała mnie za nieprzyjemną.”
Jeden z ludzi Mercera zaśmiał się.
Mercer nie.
„Gdzie jest Hart?”
„Martwy,” powiedziała.
Gideon mocno chwycił karabin.
Mercer uśmiechnął się. „Dobrze. Ten człowiek był starym długiem czekającym na spłatę.”
Margaret zrobiła kolejny krok. „Naruszasz moje ojcowskie roszczenie.”
„To?” Mercer wskazał na kopalnię. „To jest zagrożenie. Pan Vane robi publiczności przysługę, zamykając ją.”
„To czemu przynosisz proch przed orzeczeniem sądu?”
Uśmiech Mercera zniknął.
Głos Margaret niósł się przez dolinę, wystarczająco głośno, aby uderzyć w skałę. „Bo jest tu srebro. Bo mój ojciec je znalazł. Bo pan Vane o tym wiedział. I ponieważ cokolwiek jest w tej kopalni przeraża go bardziej niż prawo.”
Mercer wyciągnął rewolwer. „Panno, powinnaś była sprzedać, gdy byłaś jeszcze ładna.”
Gideon strzelił.
Strzał rozległ się przez dolinę. Mężczyzna niosący beczkę prochową obrócił się i upadł, krzycząc, gdy kula przebiła mu ramię. Beczka potoczyła się bezpiecznie w śnieg.
Mercer przeklinał i rzucił się za belką. Jego drugi człowiek strzelił w kierunku głazu. Kawałki skały wybuchły blisko twarzy Gideona. Gideon przeładował, oddychał przez gorączkę i strzelił ponownie. Karabin drugiego mężczyzny wyleciał mu z rąk, gdy upadł do tyłu, trzymając się za ramię.
Mercer pobiegł po zapalnik.
Margaret to zobaczyła i ruszyła, zanim Gideon mógł krzyknąć.
Rzuciła się na niego.
Nie w sposób piękny. Nie delikatnie. Obniżyła ramię i uderzyła Clay’a Mercera z całej siły, jaką miała w ciele, z którego mężczyźni się śmiali. Uderzenie odepchnęło go na bok od linii prochu. Warknął, uderzył ją w twarz grzbietem ręki, a ona upadła mocno w pobliżu wejścia do kopalni.
„Maggie!” zawołał Gideon.
Mercer podniósł rewolwer w kierunku jej klatki piersiowej.
Gideon strzelił z kolan.
Kula trafiła Mercera w nadgarstek. Rewolwer wyleciał w śnieg. Mercer krzyknął i upadł, trzymając się za roztrzaskaną rękę.
Gideon wciągnął się w dół stoku, używając karabinu jako kulasa, aż mógł wymierzyć go w głowę Mercera.
„Słuchaj uważnie,” powiedział Gideon, jego głos był niski i zimniejszy niż śnieg. „Zabierzesz swoich ludzi i pojedziesz z powrotem do Grace Hollow. Powiesz Silasowi Vane’owi, że roszczenie Margaret Whitmore jest zajęte, świadczone i bronione. Jeśli wrócisz, pochowam cię tam, gdzie nawet Bóg nie będzie się starał szukać.”
Mercer wpatrywał się w niego, nienawiść wykrzywiała jego twarz. „Vane ma szeryfa.”
„To przynieś szeryfa,” powiedziała Margaret, podnosząc się na nogi z krwią na wargach. „Przyniosę sędziego federalnego.”
Coś w sposobie, w jaki to powiedziała, sprawiło, że Mercer spojrzał w bok jako pierwszy.
W ciągu kilku minut on i jego ranni ludzie zniknęli, pędząc w dół doliny, zostawiając proch, narzędzia i półoświetlony oboz za sobą.
Gideon opuścił karabin. Jego ręce drżały teraz, gdy walka się skończyła. Margaret dotarła do niego i złapała go, zanim upadł.
„Nieposłuszna jesteś gorsza niż ktokolwiek, kogo kiedykolwiek spotkałem,” mruknął.
„Strzelasz całkiem dobrze jak na umierającego mężczyznę.”
„Nie umieram dzisiaj.”
„Dobrze,” powiedziała. „Wciąż potrzebuję świadka.”
Razem weszli do Bright Mercy.
Wewnątrz powietrze było zimne, suche i ciche. Margaret znalazła wiszącą na gwoździu lampę naftową i zapaliła ją drżącymi rękami. Płomień wzrósł, rzucając złoto na belki i kamienne ściany. Na początku Gideon widział tylko kwarc.
Potem lampa przesunęła się głębiej.
Srebro błysnęło.
Nie wąski, pełen nadziei wątek. Nie fantazja górnika. Jasne żyły srebra biegły przez ścianę jak zamrożony błyskawica, grube i skręcone, żywe pod blaskiem lampy. Gideon zapomniał o bólu. Margaret powoli wysunęła się do przodu, jedna ręka przyciśnięta do ust.
Jej ojciec nie był szalony. Nie gonił za fantomem. Znalazł fortunę ukrytą w żebrach góry.
Margaret dotknęła srebra opuszkami palców i w końcu zapłakała.
Łzy spływały bez dźwięku. Nie zwinęła się. Nie lamentowała. Stała przed dowodem prawdy swojego ojca, a żal, który niosła z salonu do pociągu, do powozu, do przełęczy górskiej, spłynął po jej zranionych policzkach.
Gideon spojrzał na srebro, potem na nią i wiedział, która z nich zmieniła jego życie.
„Jest więcej,” powiedziała nagle.
Zauważyła małą żelazną skrytkę wciśniętą za powalonym deszczem. Gideon pomógł jej wydobyć ją, chociaż wysiłek zamazał mu wzrok. Zamek osłabł od rdzy. Kilka uderzeń kilofa otworzyło go.
Wewnątrz były papiery owinięte w olejowato.
Margaret ostrożnie je rozwinęła.
Pierwszy był szkicem oceny jej ojca. Drugi był mapą. Trzeci sprawił, że Gideon zapomniał, jak oddychać.
Umowa partnerska.
Nathan Hart.
Gideon wpatrywał się w podpis swojego brata, jakby tusz mógł się poruszyć.
„Nie,” wyszeptał.
Margaret spojrzała z kartki na niego. „Nathan Hart był twoim bratem?”
Gideon nie mógł odpowiedzieć. Wziął papier palcami, które skórzyły jelenie, ładowały karabiny, łamały lód i grzebały wspomnienia. Imię Nathana leżało tam prosto i żywe, siedem lat po tym, jak Vane odesłał jego ciało do domu w przybitej skrzyni.
Pod umową leżała strona dziennika napisana ręką Arthura Whitmore’a.
Margaret przeczytała na głos, jej głos był niestabilny. „Jeśli coś mi się stanie, niech zostanie zapisane, że Nathan Hart nie zginął w wypadku ani z powodu pijaństwa. Znalazł ludzi Vane’a, którzy solili fałszywy szyb i przesuwali znaki rudy. Clay Mercer groził mu dwie noce przed eksplozją. Obawiam się, że odkryliśmy wystarczająco bogactwa, aby uczciwi ludzie stali się bogaci, a nieuczciwi morderczy.”
Gideon zamknął oczy.
Przez siedem lat nosił żal jak kamień za żebrami, nigdy nie wiedząc, gdzie go wyrzucić. Teraz góra wręczyła mu prawdę, a prawda była cięższa niż smutek.
Margaret dotknęła jego rękawa. „Gideon.”
Otworzył oczy. W nim żyła złość, tak, ale pod nią było coś bardziej odkrytego. Jego brat nie był głupcem. Był odważny. Został zamordowany za to, że stał zbyt blisko chciwości innego mężczyzny.
„Myślałem, że twój ojciec to tylko kolejny bogaty marzyciel,” powiedział Gideon chrapliwie.
„A ja myślałam, że przyszłam tylko po imię mojego ojca,” szepnęła Margaret. „Wygląda na to, że oboje przyszliśmy po zmarłych.”
Gorączka wzięła go przed zachodem słońca.
W jednej chwili Gideon nalegał, że może jechać jednym z porzuconych koni Mercera w dół szlaku. W następnej jego kolana ugięły się na zewnątrz, a on uderzył w śnieg tak mocno, że oddech opuścił jego płuca. Margaret uklękła obok niego i położyła rękę na jego czole.
Palił.
Rana spuchła pod opatrunkiem, zagniewana i gorąca. Infekcja zaczęła działać.
„Nie,” powiedziała, jakby śmierć mogła być odmówiona tylko przez dobre maniery. „Nie, nie robisz tego teraz.”
Gideon próbował się uśmiechnąć. „Władcza.”
„Nie masz pojęcia.”
Po tym podjęła decyzje szybko. Zebrała próbki rudy i dokumenty, zamykając je w swojej torbie. Wzięła liny, płótno i dwie dźwięczne deski z porzuconego obozu. Znalazła jednego z koni Mercera, wciąż związane dalej wśród drzew, przestraszone, ale żywe. Zwierzę mogło nieść zapasy, ale Gideon nie mógł usiąść w siodle, nie upadając.
Więc Margaret zbudowała travois.
Jej ojciec kiedyś pokazał jej rysunki ludzi z równin używających ram do sanek za końmi. Zapamiętała, ponieważ liczby, kąty i praktyczne rzeczy zawsze pocieszały ją bardziej niż komplementy. Z drżącymi rękami związała słupy do płótna i zrobiła ciągnioną nosidło. Cal po calu przewróciła Gideona na nie, podczas gdy on dryfował w gorączce.
W pewnym momencie jego oczy się otworzyły. „Zostaw papiery. Weź siebie.”
Zaciągnęła uprząż z liny na ramionach. „Biorę obie.”
„Za ciężko.”
Spojrzała na niego, włosy powiewały na jej posiniaczonej twarzy. „Mówiono mi, że jestem za ciężka od dwunastego roku życia. Zobaczmy, czy ciężkość w końcu znalazła swoje przeznaczenie.”
Pociągnęła.
Pierwsza mila prawie ją zabiła.
Koń pomagał tam, gdzie szlak się poszerzał, ale w wąskich lub złamanych miejscach Margaret musiała ciągnąć travois sama, prowadząc zwierzę za sobą. Śnieg przesiąkał przez szmaty na jej stopach. Jej ramiona paliły się. Jej dłonie ponownie pękały pod liną. Gideon mruczał w gorączce, czasami wołając ją Maggie, czasami wołając Nathana, raz przepraszając kogoś imieniem Ruth, kogo zgadywała, że była jego matką.
Drugiego dnia upadła i nie wstała przez kilka minut.
Koń stał parując w zimnie. Gideon leżał nieprzytomny. Góry patrzyły bez litości.
Margaret wcisnęła twarz w śnieg. Każda część jej bolała. Jej ciało, oceniane, mierzone i wyśmiewane przez tak długi czas, stało się maszyną przetrwania, a maszyna zawiodła. Na chwilę wyobraziła sobie sen. Tylko trochę. Tylko na tyle długo, aby przestać czuć linę wcinającą się w jej ramiona.
Potem przypomniała sobie dłoń ojca pokrywającą jej dłoń na mapie.
„Te góry nie dbają, co nazywają cię na wschodzie, Maggie,” powiedział jej, gdy miała czternaście lat i płakała, ponieważ kuzyn powiedział, że żaden mężczyzna nigdy nie poprosi dziewczyny w jej kształcie do tańca. „Góra zadaje tylko jedno pytanie. Czy będziesz szła dalej?”
Margaret podniosła się.
„Tak,” powiedziała na głos do pustego szlaku. „Będę.”
W pobliżu południa trzeciego dnia, wóz towarowy nadjeżdżający z Red Creek Flats zatrzymał się tak nagle, że woźnica prawie stracił miejsce.
Wade Mercer widział dziwne rzeczy w wysokich górach Kolorado. Widział muła, który przeżył upadek, który powinien go zabić, kaznodzieję wygrywającego bójkę nożem i pijanego górnika żeniącego się z kobietą, którą znał przez sześć minut. Ale nigdy nie widział niczego takiego jak Margaret Whitmore wychodząca z drzew, pokryta krwią i błotem, ciągnąca Gideona Harta na ręcznie zrobionym saniach z koniem związanym za sobą i karabinem przypiętym na plecach.
Wade zeskoczył. „Słodki Panie.”
Margaret spojrzała na niego przez spuchnięte oczy. „Doktor,” powiedziała.
Potem zemdlała.
Grace Hollow usłyszało historię, zanim wóz dotarł do miasta.
Wieści podróżowały szybciej niż koła. Do czasu, gdy wóz towarowy Wade’a wjechał na Main Street z Margaret opartą o burtę i Gideonem nieprzytomnym na travois, mężczyźni wyszli z saloonów, biur oceny, domów gościnnych i pokoi hazardowych. Ta sama deska, na której się z niej śmiali, zamilkła.
Nikt nie żartował o cieście. Nikt nie wspomniał o miękkich rękach.
Kapelusze zdjęto.
Dr Eleanor Finch, lekarz miejski i jedna z nielicznych dusz w Grace Hollow, która miała odwagę obrazić mężczyznę, ratując mu życie, rzuciła okiem na Gideona i zaczęła wydawać rozkazy.
„Wnieście go do środka. Ty, zagotuj wodę. Ty, przynieś karbol. Wade, przestań krążyć jak winny anioł i podnieś jego ramiona.”
Margaret próbowała ich śledzić do kliniki i prawie znów się przewróciła. Dr Finch złapała ją.
„Ty też potrzebujesz łóżka.”
„Potrzebuję, żeby on żył.”
„Kobiety, które to mówią, zazwyczaj potrzebują szwów.”
„Mam dokumenty,” nalegała Margaret. „Ludzie Vane’a próbowali wysadzić roszczenie. Potrzebuję sędziego Hollisa. Jurysdykcja federalna. Oszustwo górnicze. Próbę morderstwa.”
Dr Finch spojrzała na nią przez jedną ostrą sekundę. Potem krzyknęła w stronę drzwi: „Ktoś przynieście sędziego Hollisa i marszałka Reeda. Jeśli szeryf Doyle przyjdzie pierwszy, niech czeka na zewnątrz, gdzie uczciwe powietrze może go obserwować.”
Szum przeszedł przez pokój. Wszyscy wiedzieli, że szeryf Doyle pił whiskey Vane’a i zapominał o zbrodniach Vane’a.
Margaret nie odpoczywała. Nie porządnie. Podczas gdy dr Finch przecinała szwy Gideona, czyściła infekcję i usuwała odłamki kości, Margaret siedziała na krześle z oboma bandażowanymi stopami i torbą przyciśniętą do piersi. Kiedy Gideon miotał się z gorączką, trzymała jego rękę. Kiedy wołał imię Nathana, zbliżała się i mówiła: „Znaleźliśmy go. Znaleźliśmy prawdę.”
Przed świtem przybył Silas Vane.
Przyszedł w czarnym wełnianym płaszczu z srebrnymi guzikami, otoczony przez dwóch adwokatów i szeryfa Doyle’a. Vane był przystojny w sposób, w jaki drogie noże są przystojne, wypolerowane i stworzone do cięcia. Jego włosy były srebrne w skroniach. Jego rękawiczki były nieskazitelne mimo błota na zewnątrz.
„Panno Whitmore,” powiedział z progu kliniki, jakby cierpienie wewnątrz obrażało jego poczucie porządku. „Jakie to ulga widzieć cię żywą. Obawialiśmy się, że Hart wciągnął cię w katastrofę.”
Margaret powoli wstała. Każdy siniak w jej ciele protestował. Zignorowała je.
„Twój człowiek Mercer wciągnął się w katastrofę,” powiedziała.
Wyraz Vane’a ledwie się zmienił. „Zatrudniam wielu ludzi. Nie mogę odpowiadać za każdy lekkomyślny czyn.”
„Możesz odpowiedzieć za Nathana Harta.”
Na łóżku Gideon poruszył się, jego gorączkowe oczy otworzyły się lekko.
Vane spojrzał na niego, a potem z powrotem na Margaret. „Nie wiem, co masz na myśli.”
Margaret otworzyła swoją torbę i wyjęła pakunek z olejowato. „Będziesz wiedział.”
Jego adwokaci ruszyli natychmiast. Jeden sięgnął po papiery. Margaret cofnęła się, a dr Finch podniosła piłę kostną z tacy narzędzi.
„Dotknij jej,” powiedziała lekarz, „a usunę coś, co cenisz.”
Adwokat się zatrzymał.
Sędzia Hollis przybył dziesięć minut później z marszałkiem Reedem. W przeciwieństwie do lokalnego szeryfa, federalny marszałek nie zawdzięczał swoich butów pieniądzom Vane’a. Słuchał bez wyrazu, gdy Margaret przedstawiła umowę partnerską, stronę dziennika Arthura Whitmore’a, próbki rudy i relację o ataku Mercera. Wade złożył swoje oświadczenie. Dwaj górnicy, którzy słyszeli Mercera chwalącego się kilka dni wcześniej, złożyli swoje. Dr Finch zeznała, że rana Gideona i obrażenia Margaret pasowały do historii.
Vane uśmiechał się przez większość z tego.
Potężni mężczyźni często się uśmiechają, gdy wierzą, że pokój należy do nich.
Potem Gideon przemówił z łóżka.
Jego głos był słaby, ale wszyscy w klinice go usłyszeli. „Nathan Hart nosił kieszonkowy zegarek. Mosiężny, pęknięty po lewej stronie. Nasza matka wyryła Psalm Dwudziesty Trzeci wewnątrz tylnej części, ponieważ jako chłopiec bał się ciemności i nienawidził przyznawać się do tego.”
Margaret zamarła.
Z silosów wzięła nie tylko papiery, ale mały materiałowy woreczek, którego jeszcze nie otworzyła. Drżącymi palcami rozwiązała go.
Mosiężny zegarek wpadł jej w dłoń.
Lewa strona była pęknięta.
Gideon wydał dźwięk jak człowiek uderzony w serce.
Margaret otworzyła tył. Jej oczy się napełniły.
„Psalm Dwudziesty Trzeci,” wyszeptała.
Po raz pierwszy uśmiech Silasa Vane’a całkowicie zniknął.
Marszałek Reed zwrócił się do niego. „Mówiłeś, że nie znasz Nathana Harta.”
„Nie powiedziałem—”
„Powiedziałeś dokładnie to,” warknęła dr Finch.
Sędzia Hollis wziął zegarek, zbadał go, a potem spojrzał na Vane’a z zimną cierpliwością człowieka, który lubił pozwalać kłamcom czuć, jak lina się zaciska. „Panie Vane, wierzę, że ta sprawa posunęła się daleko poza spór graniczny.”
Szeryf Doyle odchrząknął. „Sędzio, z szacunkiem, panna Whitmore jest wyczerpana i emocjonalna. Kobieta w jej stanie—”
Margaret zwróciła się do niego. „Jakim stanem jest to, szeryfie?”
Spojrzał na nią od stóp do głów, a stara okrutność deski próbowała znów wkraść się do pokoju. „Wiesz, co mam na myśli.”
„Tak,” powiedziała. „Masz na myśli posiniaczoną, odmrożoną i niewygodnie żywą.”
Kilku górników się zaśmiało, tym razem nie kpiąc, ale z dziką aprobatą.
Marszałek Reed aresztował Clay’a Mercera dwa dni później w stajni na zewnątrz Silverton. Do tego czasu jeden z rannych ludzi Mercera postanowił, że więzienie wygląda bezpieczniej niż lojalność i złożył pełne zeznanie. Silas Vane został oskarżony o oszustwo, spisek, próbę morderstwa i utrudnianie federalnego prawa górniczego. Szeryf Doyle zrezygnował, zanim ktokolwiek mógł zmusić go do zrobienia tego publicznie.
Kiedy Gideon w końcu obudził się z jasnym umysłem, minął tydzień.
Pokój kliniki pachniał mydłem, lekarstwami i dymem z drewna. Jego noga była związana od kolana do kostki. Ból siedział w nim jak drugi szkielet, ale żył. Światło słoneczne prześlizgiwało się przez koronkową zasłonę. Obok łóżka Margaret spała na krześle, jedna policzek oparty na złożonych ramionach. Jej włosy, umyte i zaplecione, wciąż miały smugę wyschłej krwi, którą dr Finch przeoczyła w pobliżu skroni. Jej bandażowane stopy były oparte na stołku.
Gideon obserwował ją przez długi czas.
Pamiętał deskę. Zakład. Swoją okrutność. Jej stojącą w burzy z krwią na twarzy. Jej ręce zszywające jego ranę. Jej ramię pod jego ramieniem. Jej ciało pochylone w uprząż linową, ciągnące go przez śnieg, ponieważ postanowiła, że śmierć nie ma ostatniego głosu.
Nagle otworzyła oczy, jakby poczuła jego spojrzenie.
„Jesteś obudzony,” powiedziała.
„Wygląda na to, że jestem.”
„Wiesz, gdzie jesteś?”
„W klinice.”
„Wiesz, kim jestem?”
Spojrzał na nią. „Kobieta, której byłem zbyt głupi, by szanować.”
Jej usta zadrżały w uśmiechu. „Dr. Finch powiedziała, że zamieszanie jest możliwe, ale to brzmi jak jasność.”
Próbował się poruszyć i syknął.
„Nie ruszaj się,” rozkazała.
„Tak, pani.”
To sprawiło, że jej uśmiech się poszerzył.
Cisza osiadła między nimi, delikatna tym razem.
Potem Gideon powiedział: „Nathan?”
Jej uśmiech zniknął. Sięgnęła do szuflady obok łóżka i wyjęła mosiężny zegarek. Położyła go w jego dłoni.
Gideon zamknął palce wokół niego. Na chwilę twardy górski człowiek z Grace Hollow zniknął, a Margaret zobaczyła tylko brata, który czekał na prawdę przez siedem lat.
„Nie chcę srebra dla Nathana.”
„Nie,” powiedziała. „Ale możesz użyć go, aby zbudować coś, co by go uszczęśliwiło.”
Spojrzał na nią.
Margaret wyprostowała się, zbierając odwagę. „Nie sprzedam spekulantom. Rozwinę kopalnię, ale nie tak, jak Vane. Odpowiednie wsparcia. Sprawiedliwe płace. Fundusz dla wdów. Lekarz opłacany z książek firmy, a nie z jałmużny. Żaden mężczyzna nie wysłany do szybu, którego bałabym się wejść sama.”
Gideon wpatrywał się. „Znasz górnictwo?”
„Znam rachunki. Wiem, kiedy mężczyźni kłamią. Wiem, jak zatrudniać ludzi, którzy wiedzą to, czego nie wiem.” Jej ręce raz skręciły się w jej lapie, pierwszy znak niepewności, jaki widział od czasu przebudzenia. „Ale potrzebuję partnera, który zna górę. Szlaki, pogodę, mężczyzn, niebezpieczeństwa. Kogoś wystarczająco upornego, aby powiedzieć mi, kiedy się mylę.”
„Ta ostatnia część może być moim powołaniem.”
Spojrzał na zegarek w swojej dłoni. Potem na nią.
„A co ty dostajesz?”
Spojrzała mu w oczy. „Być traktowaną jak ktoś, kto został.”
Gideonowi zaciśnięte gardło.
Margaret zaśmiała się lekko. „To brzmiało mniej głupio w mojej głowie.”
„Nie,” powiedział. „Brzmiało prawdziwie.”
Sięgnął po jej rękę. Pozwoliła mu ją wziąć.
„Wzięłem cię jako żart,” powiedział.
„Tak.”
„Będę tego żałował, dopóki nie będę pod ziemią.”
„Dobrze. Żal może poprawić twoje maniery.”
Śmiech wydobył się z niego, a chociaż bolało, nie przestał. Margaret też się zaśmiała, cicho i zaskoczona, a pokój wydawał się cieplejszy.
„Nie wiem, jak być partnerem dla damy,” powiedział Gideon.
„Na szczęście mam małe zainteresowanie byciem traktowaną jak jedna.”
„Czego więc chcesz?”
Jej oczy spotkały się z jego. „Być traktowaną jak ktoś, kto został.”
Gideon uniósł jej bandażowaną rękę i ostrożnie przycisnął ją do swoich ust.
„Zostałaś,” powiedział. „A jeśli mnie zechcesz, Margaret Whitmore, to ja też zostanę.”
Bright Mercy zmieniło Grace Hollow.
Nie z dnia na dzień. Żadne miejsce zbudowane na chciwości nie staje się przyzwoite w tydzień. Ale zmiana zaczęła się w dniu, w którym Margaret Whitmore weszła do biura oceny z srebrem w swojej torbie, odmrożeniem na stopach i federalnym nakazem w ręku. Mężczyźni, którzy się z niej śmiali, nauczyli się spuszczać wzrok. Mężczyźni, którzy ją niedoceniali, nauczyli się, że pamięta imiona. Kobiety, którym powiedziano, że biznes nie jest ich domeną, obserwowały, jak podpisuje kontrakty, zatrudnia kierowników, odrzuca oszustów i zadaje ostrzejsze pytania niż jakikolwiek bankier w Denver.
Gideon powoli wracał do zdrowia. Jego noga nigdy nie wygoiła się prosto. Chodził z ciężkim utykiem przez resztę swojego życia, a gdy przychodziły burze, stara rana bolała przed pojawieniem się chmur. Twierdził, że to przydatne, barometr z kości. Margaret nazywała to wymówką, by być dramatycznym.
Często się kłócili.
Ona chciała odpowiednich biur. On chciał prowadzić operacje z werandy z kawą. Ona chciała wydrukowanych zasad bezpieczeństwa. On mówił, że mężczyźni nie czytają zasad. Ona odpowiadała, że mężczyźni mogą się uczyć, albo mogą znaleźć pracę gdzie indziej. On chciał nazwać pierwszy nowy tunel imieniem Nathana. Ona nalegała, że zaszczyt powinien należeć zarówno do Nathana Harta, jak i Arthura Whitmore’a, ponieważ żaden z mężczyzn nie znalazł prawdy sam.
Zawarli kompromis.
Kopalnia Whitmore-Hart otworzyła szyb Nathan-Arthur z wzmocnionymi belkami, zamontowanymi dzwonkami ewakuacyjnymi i zatrudniła dr Eleanor Finch na stałą pensję. Kiedy pierwsza wdowa górnika otrzymała emeryturę zamiast uścisku dłoni i modlitwy, połowa miasta nazwała Margaret sentymentalną. Kiedy pracownicy z byłych kopalń Vane’a zaczęli odchodzić, aby dołączyć do jej, druga połowa nazwała ją niebezpieczną.
Gideon nazywał ją „szefową” publicznie, a „Maggie” tylko wtedy, gdy najpierw się uśmiechała.
Pewnego wiosennego wieczoru, prawie rok po burzy, Margaret stała na zewnątrz biura kopalni, obserwując, jak zachód słońca zamienia szczyty w różowo-złote. Nosiła teraz praktyczną wełnianą sukienkę, ciemnozieloną i prostą, przeznaczoną do ruchu, a nie do aprobaty. Jej

