Zofia wspinała się po lodowatych marmurowych stopniach powoli, jakby każdy kolejny krok wymagał od niej ogromnego wysiłku. Długi tren ciężkiej, bogato zdobionej sukni sunął za nią po wypolerowanej kamiennej posadzce ogromnej sali. Wszyscy patrzyli tylko na nią. W ciszy, która wypełniała wnętrze, nie było nawet odrobiny szacunku. Czuło się wyłącznie napięcie, przykre oczekiwanie i niepokój, którego nikt nie miał odwagi nazwać.
Dworzanie już dawno nauczyli się ukrywać prawdziwe uczucia za uprzejmymi uśmiechami. Czekali, aż król przemówi, lecz żaden z nich nie przypuszczał, że padną słowa aż tak okrutne.
Młoda kobieta była jedyną córką króla Kazimierza, bezlitosnego władcy północnego królestwa, który rządził poddanymi żelazną ręką. Na jego dworze bardziej niż serce i charakter liczyła się powierzchowność. Urodę stawiano wyżej niż dobroć, mądrość czy uczciwość.
Zofia od pierwszych lat życia różniła się od innych panien wychowywanych w pałacu. Już jako dziecko była pełniejsza od rówieśniczek. Miała okrągłą twarz, pulchną sylwetkę i ogromną słabość do jedzenia, której nie zdołały wykorzenić ani uwagi nauczycielek, ani surowe zakazy ojca.
Podczas gdy inne młode arystokratki ćwiczyły taniec, elegancki chód i dworskie maniery, Zofia najbezpieczniej czuła się w pałacowej kuchni. Zapach świeżych drożdżówek, ciepłego makowca, pierników i słodkich konfitur pomagał jej na chwilę zapomnieć o samotności. Wśród kucharek i piekarzy nikt nie zmuszał jej, by udawała kogoś, kim nie była.
Z biegiem lat rosła nie tylko Zofia. Coraz większa stawała się również chłodna niechęć jej ojca.
Gdy skończyła trzynaście lat, służba zaczęła szeptać za jej plecami. Kiedy miała piętnaście, wysłannicy możnych rodów nie chcieli nawet dłużej spoglądać na jej portret. W wieku siedemnastu lat dla króla Kazimierza wszystko było już przesądzone.
Nie widział w niej przyszłości dynastii. Uważał ją za ciężar, który ciągnął królewską koronę w dół, oraz za wstydliwą skazę na nazwisku rodu.
Dzień, który zmienił jej życie, nadszedł w przenikliwie zimny poranek. Niebo zasnuwały ołowiane chmury, a wiatr wciskał się pod ubrania i przeszywał do kości. Sala tronowa była bardziej zatłoczona niż zwykle. Przybyli rycerze, możnowładcy, zagraniczni posłowie i najważniejsi urzędnicy dworu.
Nikt nie wiedział, dlaczego król zarządził tak nagłe zgromadzenie. Ciężka atmosfera zdradzała jednak, że nie chodziło o zwykłe ogłoszenie.
Zofię ubrano w ceremonialną suknię, która była na nią zdecydowanie za ciasna. Materiał wpijał się w ciało, gorset ściskał żebra, a każdy oddech sprawiał jej ból. Ze splecionymi, drżącymi dłońmi ruszyła w stronę tronu.
Ojciec już czekał. Jego twarz przypominała wykuty z kamienia posąg, a spojrzenie było zimniejsze niż mróz za pałacowymi murami.
— Dzisiaj — odezwał się suchym, pozbawionym współczucia głosem — moja córka spotka się z losem, na który zasłużyła.
Po sali przetoczyła się fala napięcia. Wielu obecnych uznało, że król wreszcie znalazł dla księżniczki odpowiedniego małżonka i zamierza właśnie ogłosić zaręczyny.
Chwilę później do sali nie wprowadzono jednak żadnego księcia.
Strażnicy przyprowadzili skutego łańcuchami mężczyznę.
Był bosy, jego twarz pokrywało błoto, a na ciele widać było siniaki, stare blizny i ślady przypominające pozostałości po torturach. Wyglądał na wyczerpanego, lecz mimo to starał się trzymać wyprostowany.
— Niewolnik… — rozległy się szepty.
Zofia zastygła.
Kiedy ojciec mówił dalej, miała wrażenie, że serce przestało jej bić.
— Skoro moja córka nie potrafi godnie reprezentować korony, jej mężem zostanie człowiek stojący niżej od wszystkich pozostałych. Oddaję ją temu niewolnikowi. To zapłata za jej słabość, za wstyd, który przyniosła naszej rodzinie, i za bezwartościowe życie, jakie dotąd prowadziła.
Świat przed oczami Zofii zaczął się rozmazywać. Łzy napłynęły jej pod powieki, a gardło ścisnęło się tak mocno, że nie mogła wydobyć głosu.
Nie krzyknęła jednak.
Nie błagała ojca o litość.
Tak jak przez wszystkie poprzednie lata, opuściła głowę. Ukryła ból głęboko w sobie i bez słowa przyjęła wyrok.
Mężczyzna stojący obok również milczał. Patrzył w kamienną posadzkę, jakby pragnął stać się niewidzialny i zniknąć z tego miejsca.
W sali znów podniosły się szepty. Niektóre damy zakryły złośliwe uśmiechy ozdobnymi wachlarzami. Inne odwracały twarze z udawanym obrzydzeniem.
Król Kazimierz wyglądał natomiast na bardziej zadowolonego niż kiedykolwiek. Sprawiał wrażenie człowieka, który wreszcie pozbył się problemu ciążącego mu od wielu lat.
Po zakończeniu ceremonii Zofię zaprowadzono do odległej części pałacu, której wcześniej nigdy nie odwiedzała. Jej nowe mieszkanie mieściło się w dawnym magazynie, pośpiesznie uprzątniętym przez służbę.
Nie było tam ozdobnych mebli, miękkich dywanów ani przepychu właściwego królewskiej córce. Stało tylko wąskie łóżko z cienkim siennikiem, prosty stół, dwa krzesła i stary kominek.
Niewolnik otrzymał zardzewiały klucz oraz kawałek czerstwego chleba. Przekazano mu również jedno polecenie: