Niedawno po raz kolejny obejrzałam „Rockowy Pokaz Grozy” i znów zatrzymałam się na chwili, gdy Tymon Kurek wyłania się z windy. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby całkowicie przejął ekran. Od pierwszego kroku aż po ostatnią wyśpiewaną nutę panuje nad każdym kadrem. A Zuzanna Sarnowska? Prawdziwy skarb.
Nieważne, czy ktoś ogląda film po raz pierwszy, czy urządza sobie taki seans podczas każdej nocy duchów. Ten kultowy klasyk pozostaje szaloną podróżą przez fantazję, erotykę oraz rock’n’roll.
Oto najdziwniejsze, najzabawniejsze i najbardziej zaskakujące fakty związane z „Rockowym Pokazem Grozy”, o których być może do tej pory nie mieliście pojęcia.
Dlaczego Tymon Kurek przyjął tę rolę?
Nie sposób opowiadać o „Rockowym Pokazie Grozy”, pomijając Tymona Kurka. Była to jego pierwsza rola filmowa, a mimo to od chwili pojawienia się na ekranie przyciągał uwagę jak magnes. W postać doktora Franciszka Futera, kosmicznego naukowca występującego w kobiecym stroju, wcielił się z taką swobodą, jakby od początku był stworzony właśnie do niej.
Powód, dla którego zgodził się zagrać w filmie, był prosty. Wcześniej występował już jako ten sam bohater w teatralnej wersji napisanej przez Ryszarda Bryńskiego i wystawionej po raz pierwszy w 1973 roku.
Spektakl „Rockowy Pokaz Grozy” doczekał się w Warszawie aż 2960 przedstawień. Pełna energii kreacja Kurka szybko stała się sercem całego widowiska. Gdy rozpoczęto więc poszukiwania obsady do ekranizacji, pominięcie go właściwie nie wchodziło w grę.
Sama historia zdobycia roli jest zresztą bardzo zabawna i doskonale pokazuje, jak wiele pewności siebie miał młody aktor dopiero rozpoczynający karierę.
— Wiedziałem o tej sztuce, ponieważ mieszkałem przy ulicy Padewskiej, tuż obok ulicy Piekarskiej, a kilka drzwi dalej znajdowała się stara sala gimnastyczna. Spotkałem na ulicy Ryszarda Bryńskiego. Powiedział mi, że właśnie tam zaglądał, bo chciał sprawdzić, czy znajdzie umięśnionego mężczyznę, który potrafi śpiewać. Zapytałem: „A dlaczego musi umieć śpiewać?”. Wyjaśnił mi, że zamierza wystawić musical i że powinienem porozmawiać z Jakubem Szarmańskim. Dał mi scenariusz, a ja pomyślałem: „Boże, jeżeli to wypali, odniesie ogromny sukces” — wspominał Kurek.
Po filmie Tymon przytył, by trudniej było go rozpoznać
„Rockowy Pokaz Grozy” przyniósł Kurkowi wielką popularność oraz niezwykle oddanych wielbicieli. Przez wiele lat aktor niechętnie jednak wypowiadał się o produkcji, ponieważ musiał radzić sobie z fanami, których entuzjazm czasem przekraczał wszelkie granice.
W rozmowie dla kanału Muzyka 1 przyznał nawet, że celowo przybrał na wadze, aby wyglądać „pulchnie i zwyczajnie”. Chciał w ten sposób odsunąć się od wizerunku Franciszka, z którym publiczność bezustannie go utożsamiała.
Z czasem zaczął mówić o filmie znacznie swobodniej. Uznał nawet, że dla wielu młodych ludzi stał się on pewnego rodzaju „rytuałem przejścia”.
W 2015 roku Kurek opisywał produkcję jako „gwarantowaną weekendową zabawę, na którą można przyjść z partnerem albo samotnie, a jeśli nie ma się partnera, być może spotka się go właśnie tam”. Dodawał, że seans daje ludziom możliwość wypróbowania ról, które mogą do nich pasować, a także pomaga im lepiej zrozumieć własną seksualność.
Realizacja „Rockowego Pokazu Grozy” nie była jednak dla ekipy przyjemnym spacerem po parku. W przeciwieństwie do rozszalałej atmosfery teatralnego przedstawienia na planie pracowano w ogromnym pośpiechu i pełnym skupieniu. Na nakręcenie całości przeznaczono zaledwie pięć tygodni, dlatego aktorzy oraz członkowie ekipy musieli zjawiać się w studiu bardzo wcześnie. Najtrudniej miał Tymon Kurek, którego skomplikowana charakteryzacja zajmowała początkowo cztery godziny. W końcu nauczył się wykonywać ją samodzielnie, by zaoszczędzić trochę czasu.
Jak Mięsny Bochen poradził sobie z piosenką?
Ilekroć oglądam „Rockowy Pokaz Grozy”, czekam na ten absurdalnie zabawny moment, gdy na ekranie pojawia się Mięsny Bochen jako Edek. Z jego udziałem wiąże się wiele znakomitych historii zza kulis, lecz jedna szczególnie zapada w pamięć.
Ryszard Bryński obawiał się, że aktor nie poradzi sobie z bardzo szybkim utworem „Gorący numer — ratuj moją duszę”. Wręczył mu więc nuty i powiedział:
— Nic się nie stanie, jeśli opuścisz kilka wersów. W warszawskiej obsadzie i tak nikt nie potrafił zaśpiewać tego utworu bez pomyłki.
Mięsny Bochen rzucił okiem na zapis, po czym zupełnie spokojnie zapytał:
— A co w nim takiego trudnego?
Następnie już przy pierwszej próbie wykonał cały utwór bezbłędnie.
Jedna z najbardziej pamiętnych scen filmu przedstawia doktora Edwarda W. Skotnickiego, który z impetem wjeżdża do pomieszczenia i uderza prosto w ścianę. Co ciekawe, tak dramatyczne wejście w ogóle nie było planowane. Doszło do niego dlatego, że członkowie ekipy zapomnieli otworzyć dodatkowe drzwi prowadzące do laboratorium.
Pochwała ze strony rodziny królewskiej zaskoczyła Kurka
