Anna po raz pierwszy przekroczyła próg mieszkania pani Jadwigi w październiku, mniej więcej pół roku przed ślubem. Paweł trzymał ją wtedy mocno za rękę, uśmiechał się uspokajająco i co chwilę powtarzał półgłosem:
— Nie denerwuj się. Moja mama jest całkiem normalna.
Później Anna wracała pamięcią do tych słów wiele razy. Za każdym razem dochodziła do tego samego wniosku: ze wszystkich określeń, jakich można było użyć wobec przyszłej teściowej, „normalna” pasowało do niej najmniej.
Mieszkanie pani Jadwigi przypominało elegancką ekspozycję, w której nie tylko nie wolno było dotykać eksponatów, lecz nawet oddychać zbyt głośno. Widelce w kuchennej szufladzie leżały w równych szeregach, wszystkie zębami w tę samą stronę i w identycznych odstępach. Serwetki na stole tworzyły idealne trójkąty, a ich rogi stykały się tak dokładnie, jakby ktoś mierzył je linijką. Książki na półkach nie były ustawione według autorów, tematów ani gatunków, tylko według wysokości. Anna dowiedziała się później, że powieść wojenna mogła bez problemu stać między encyklopedią kuchni polskiej a atlasem Europy, jeśli ich grzbiety miały zbliżony rozmiar.
— Usiądź, Aniu — powiedziała pani Jadwiga, wskazując fotel.
Anna posłusznie usiadła. Fotel stał przy ścianie pod osobliwym kątem — ani prosto, ani po skosie. Wyglądało to tak, jakby jego położenie ktoś wcześniej obliczył za pomocą kątomierza. Dopiero po wizycie Anna zapytała Pawła, dlaczego mebel ustawiono właśnie w ten sposób.
Odpowiedział zupełnie poważnie:
— Pod kątem pięćdziesięciu stopni. Mama zawsze tak go ustawia.
— Pięćdziesięciu? — powtórzyła Anna, niepewna, czy narzeczony żartuje.
— Tak. Twierdzi, że wtedy światło pada właściwie.
Nawet obuwie w przedpokoju ustawiono według rozmiarów. Najpierw stały kapcie w rozmiarze trzydzieści sześć, potem zapasowa para dla gości w rozmiarze trzydzieści osiem, a dalej kolejne, rosnąco. Anna patrzyła na ten bezbłędny porządek i czuła, jak budzi się w niej niemal dziecięca chęć, by coś naruszyć. Przesunąć solniczkę o centymetr. Położyć jeden widelec w poprzek pozostałych. Obrócić fotel nie o pięćdziesiąt, lecz o pięćdziesiąt jeden stopni, wyłącznie po to, by zobaczyć minę gospodyni.
Nic jednak nie ruszyła. Siedziała spokojnie, trzymała filiżankę ustawioną dokładnie pośrodku spodka, piła herbatę i uprzejmie się uśmiechała.
— Paweł wspominał, że masz własne mieszkanie — zauważyła pani Jadwiga, dolewając jej herbaty bez pytania. — Zostało ci po dziadku?
— Tak — odpowiedziała Anna. — Dziadek zamieszkał teraz u mojej mamy, a mieszkanie przepisał na mnie.
— Duże?
— Wystarczająco przestronne.
— To dobrze. Bardzo dobrze.
Wtedy Anna nie zrozumiała, dlaczego przyszła teściowa powtórzyła te słowa. Sens dotarł do niej później, kiedy pani Jadwiga po raz pierwszy odwiedziła ich już po ślubie.
Było to dwa tygodnie po uroczystości. Teściowa weszła, wolno rozejrzała się po wnętrzu i przez pierwsze kilka minut nie odezwała się ani słowem. Nie było to zwyczajne milczenie. Miało ciężar oględzin mieszkania przed remontem, gdy ktoś w myślach sporządza listę usterek.
— Aniu — zaczęła w końcu — tę półkę warto byłoby urządzić inaczej.
— To znaczy?
— Książki trzeba ustawić według wysokości. Od razu będzie schludniej. Poduszki na kanapie powinny stać na krawędzi, nie leżeć płasko. I jeszcze obrus… Spójrz, z jednej strony zwisa mniej więcej dwa centymetry niżej niż z drugiej.
Anna stała pośrodku własnej kuchni i słuchała, jak obca osoba tłumaczy jej, dlaczego jej własny dom został urządzony niewłaściwie.
— Zaraz pokażę ci, jak to zrobić — powiedziała pani Jadwiga, wyciągając rękę w stronę regału. — To nic trudnego, trzeba tylko nabrać odpowiednich nawyków.
— Pani Jadwigo — odezwała się Anna spokojnie, ale wyraźnie. — To jest moje mieszkanie.
— Oczywiście, rozumiem, tylko że…
— Nie, chyba pani nie rozumie. To moje mieszkanie, mój dom i moje zasady. Tylko ja decyduję, w jakiej kolejności stoją książki, gdzie leżą widelce, pod jakim kątem ustawiam fotel i ile centymetrów ma zwisać obrus. Jeżeli coś się pani tutaj nie podoba, mogę jedynie wyrazić ubolewanie. Niczego jednak nie będę przestawiać.
Pani Jadwiga powoli cofnęła dłoń. Popatrzyła na synową tak, jakby widziała ją po raz pierwszy. Potem bez słowa usiadła przy stole i do końca wizyty zwracała się wyłącznie do syna.
Kiedy wyszła, Paweł tylko wzruszył ramionami.
— Ona już taka jest. Nie przejmuj się.
— Nie przejmuję się. Ale jeśli jeszcze raz spróbuje przesuwać moje rzeczy, usłyszy dokładnie to samo.
— Dobrze, dobrze. Najważniejsze, że mamy własny dom. Prawda?
— Prawda — zgodziła się Anna.
W tamtym czasie naprawdę wierzyła, że Paweł rozumie różnicę między „naszym domem” a „domem, który powinien spełniać normy pani Jadwigi”.
Teściowa nigdy więcej nie próbowała osobiście przestawiać przedmiotów. Znalazła wygodniejszą metodę: zaczęła działać przez syna.
Dzwoniła codziennie. Anna nie podsłuchiwała celowo, ale nie zamierzała też zatykać uszu. Paweł zwykle rozmawiał z matką w kuchni, a do pokoju docierały urwane zdania: