— Barszcz jest bez smaku, podłoga brudna, a dziecko bez przerwy płacze. Nie zamierzam dłużej tak żyć — rzucił mąż. W niedzielę Anna podała mu kurtkę, klucz i kartkę z adresem wynajętego mieszkania

Anna po raz pierwszy przekroczyła próg mieszkania pani Jadwigi w październiku, mniej więcej pół roku przed ślubem. Paweł trzymał ją wtedy mocno za rękę, uśmiechał się uspokajająco i co chwilę powtarzał półgłosem:

— Nie denerwuj się. Moja mama jest całkiem normalna.

Później Anna wracała pamięcią do tych słów wiele razy. Za każdym razem dochodziła do tego samego wniosku: ze wszystkich określeń, jakich można było użyć wobec przyszłej teściowej, „normalna” pasowało do niej najmniej.

Mieszkanie pani Jadwigi przypominało elegancką ekspozycję, w której nie tylko nie wolno było dotykać eksponatów, lecz nawet oddychać zbyt głośno. Widelce w kuchennej szufladzie leżały w równych szeregach, wszystkie zębami w tę samą stronę i w identycznych odstępach. Serwetki na stole tworzyły idealne trójkąty, a ich rogi stykały się tak dokładnie, jakby ktoś mierzył je linijką. Książki na półkach nie były ustawione według autorów, tematów ani gatunków, tylko według wysokości. Anna dowiedziała się później, że powieść wojenna mogła bez problemu stać między encyklopedią kuchni polskiej a atlasem Europy, jeśli ich grzbiety miały zbliżony rozmiar.

— Usiądź, Aniu — powiedziała pani Jadwiga, wskazując fotel.

Anna posłusznie usiadła. Fotel stał przy ścianie pod osobliwym kątem — ani prosto, ani po skosie. Wyglądało to tak, jakby jego położenie ktoś wcześniej obliczył za pomocą kątomierza. Dopiero po wizycie Anna zapytała Pawła, dlaczego mebel ustawiono właśnie w ten sposób.

Odpowiedział zupełnie poważnie:

— Pod kątem pięćdziesięciu stopni. Mama zawsze tak go ustawia.

— Pięćdziesięciu? — powtórzyła Anna, niepewna, czy narzeczony żartuje.

— Tak. Twierdzi, że wtedy światło pada właściwie.

Nawet obuwie w przedpokoju ustawiono według rozmiarów. Najpierw stały kapcie w rozmiarze trzydzieści sześć, potem zapasowa para dla gości w rozmiarze trzydzieści osiem, a dalej kolejne, rosnąco. Anna patrzyła na ten bezbłędny porządek i czuła, jak budzi się w niej niemal dziecięca chęć, by coś naruszyć. Przesunąć solniczkę o centymetr. Położyć jeden widelec w poprzek pozostałych. Obrócić fotel nie o pięćdziesiąt, lecz o pięćdziesiąt jeden stopni, wyłącznie po to, by zobaczyć minę gospodyni.

Nic jednak nie ruszyła. Siedziała spokojnie, trzymała filiżankę ustawioną dokładnie pośrodku spodka, piła herbatę i uprzejmie się uśmiechała.

— Paweł wspominał, że masz własne mieszkanie — zauważyła pani Jadwiga, dolewając jej herbaty bez pytania. — Zostało ci po dziadku?

— Tak — odpowiedziała Anna. — Dziadek zamieszkał teraz u mojej mamy, a mieszkanie przepisał na mnie.

— Duże?

— Wystarczająco przestronne.

— To dobrze. Bardzo dobrze.

Wtedy Anna nie zrozumiała, dlaczego przyszła teściowa powtórzyła te słowa. Sens dotarł do niej później, kiedy pani Jadwiga po raz pierwszy odwiedziła ich już po ślubie.

Było to dwa tygodnie po uroczystości. Teściowa weszła, wolno rozejrzała się po wnętrzu i przez pierwsze kilka minut nie odezwała się ani słowem. Nie było to zwyczajne milczenie. Miało ciężar oględzin mieszkania przed remontem, gdy ktoś w myślach sporządza listę usterek.

— Aniu — zaczęła w końcu — tę półkę warto byłoby urządzić inaczej.

— To znaczy?

— Książki trzeba ustawić według wysokości. Od razu będzie schludniej. Poduszki na kanapie powinny stać na krawędzi, nie leżeć płasko. I jeszcze obrus… Spójrz, z jednej strony zwisa mniej więcej dwa centymetry niżej niż z drugiej.

Anna stała pośrodku własnej kuchni i słuchała, jak obca osoba tłumaczy jej, dlaczego jej własny dom został urządzony niewłaściwie.

— Zaraz pokażę ci, jak to zrobić — powiedziała pani Jadwiga, wyciągając rękę w stronę regału. — To nic trudnego, trzeba tylko nabrać odpowiednich nawyków.

— Pani Jadwigo — odezwała się Anna spokojnie, ale wyraźnie. — To jest moje mieszkanie.

— Oczywiście, rozumiem, tylko że…

— Nie, chyba pani nie rozumie. To moje mieszkanie, mój dom i moje zasady. Tylko ja decyduję, w jakiej kolejności stoją książki, gdzie leżą widelce, pod jakim kątem ustawiam fotel i ile centymetrów ma zwisać obrus. Jeżeli coś się pani tutaj nie podoba, mogę jedynie wyrazić ubolewanie. Niczego jednak nie będę przestawiać.

Pani Jadwiga powoli cofnęła dłoń. Popatrzyła na synową tak, jakby widziała ją po raz pierwszy. Potem bez słowa usiadła przy stole i do końca wizyty zwracała się wyłącznie do syna.

Kiedy wyszła, Paweł tylko wzruszył ramionami.

— Ona już taka jest. Nie przejmuj się.

— Nie przejmuję się. Ale jeśli jeszcze raz spróbuje przesuwać moje rzeczy, usłyszy dokładnie to samo.

— Dobrze, dobrze. Najważniejsze, że mamy własny dom. Prawda?

— Prawda — zgodziła się Anna.

W tamtym czasie naprawdę wierzyła, że Paweł rozumie różnicę między „naszym domem” a „domem, który powinien spełniać normy pani Jadwigi”.

Teściowa nigdy więcej nie próbowała osobiście przestawiać przedmiotów. Znalazła wygodniejszą metodę: zaczęła działać przez syna.

Dzwoniła codziennie. Anna nie podsłuchiwała celowo, ale nie zamierzała też zatykać uszu. Paweł zwykle rozmawiał z matką w kuchni, a do pokoju docierały urwane zdania:

— Wiem przecież… No tak, ona jest do tego przyzwyczajona… Nie, nie będę jej tego mówił… Dobrze, może później.

To „później” nadeszło po narodzinach Mai.

Dziewczynka przyszła na świat w marcu. Na początku lata mieszkanie wyglądało już tak, jak nieuchronnie wygląda każde miejsce, w którym pojawia się niemowlę. Na podłodze leżały zabawki. Na oparciu krzesła wisiały pieluszki tetrowe. Na kuchennym stole stały butelki. W łazience suszyły się kaftaniki. Paczka pieluch niemal zawsze pozostawała otwarta, bo zamykanie jej po każdym użyciu oznaczało stratę cennych trzydziestu sekund, a pół minuty z krzyczącym dzieckiem na rękach potrafi ciągnąć się jak wieczność.

Paweł zaczął się zmieniać. Nie z dnia na dzień, lecz stopniowo.

Najpierw tylko krzywił się w milczeniu, kiedy nadepnął na grzechotkę. Potem pojawiły się ciężkie westchnienia. Następnie zaczął nerwowo przekładać rzeczy z miejsca na miejsce. W końcu przyszły uwagi — krótkie, kłujące, podobne do drobnych kamyków rzucanych wciąż w ten sam bolesny punkt.

— Anka, naprawdę nie możesz chociaż sprzątnąć talerzy ze stołu?

— Możesz zrobić to ty. Masz wolne obie ręce, a ja trzymam Maję.

— Dopiero wróciłem z pracy.

— A ja jestem na nogach od szóstej rano.

Nie sprzątał. Siadał w fotelu i wyciągał telefon.

W sierpniu odwiedziła ich Krystyna, siostra pani Jadwigi. Charakterem niemal nie różniła się od krewnej. Wycieraczka przed jej drzwiami zawsze leżała równolegle do progu, a ręczniki w łazience dzieliła według kolorów. Jej dzieci wychowały się w domu, w którym wszystko mierzono, sortowano i wyrównywano, więc uważały taki sposób życia za jedyny właściwy.

Krystyna wolno obejrzała mieszkanie Anny, po czym zwróciła się do siostrzeńca.

— Paweł, jak ty w ogóle tutaj funkcjonujesz?

— Jak widzisz, jakoś żyję — odpowiedział ponuro.

— Jadzia opowiadała, ale sądziłam, że trochę przesadza. A tu naprawdę panuje… bałagan.

Anna karmiła właśnie Maję w sąsiednim pokoju, lecz słyszała każde słowo.

Wyszła z córką na rękach.

— Pani Krystyno, czy przed chwilą nazwała pani mój dom bałaganem?

— Aniu, nie chciałam cię urazić. Po prostu wszystko można zorganizować znacznie lepiej. Kiedy moje dzieci były małe, każda rzecz miała swoje miejsce. To kwestia dyscypliny.

— Jak było u pani, to pani sprawa. O tym, czy w moim mieszkaniu jest bałagan, decyduję ja. Paweł, może chciałbyś coś powiedzieć?

Mąż milczał. Stał, patrząc gdzieś obok.

— Paweł — Krystyna lekko trąciła go łokciem.

— A co mam powiedzieć? — rozłożył ręce. — Znalazłem się między młotem a kowadłem.

— Nie — odpowiedziała Anna spokojnie. — Jesteś we własnym domu. Nie stoisz między dwiema stronami. Albo jesteś po stronie swojej rodziny, albo nie.

Paweł spuścił wzrok.

Krystyna wyjechała mniej więcej godzinę później. Wieczorem zadzwoniła pani Jadwiga. Paweł rozmawiał z nią prawie czterdzieści minut. Anna w tym czasie usypiała Maję i liczyła nie minuty, lecz wszystkie zdania, których mąż po raz kolejny nie wypowiedział w jej obronie.

Jesienią niezadowolenie Pawła stało się częścią codzienności. Drażniły go zabawki na podłodze, pognieciona narzuta, kubek odstawiony nie tam, gdzie powinien, poranny płacz dziecka i zapach zużytych pieluch.

Pewnego wieczoru wrócił do domu, usiadł przy stole i przez niemal dziesięć minut nie powiedział ani słowa. Anna postawiła przed nim talerz.

— Dzięki — rzucił tonem, który znaczył raczej: „Daj mi spokój”.

— Paweł, może najpierw spróbuj, zanim będziesz siedział z taką miną.

— Z jaką znowu miną?

— Jakby ktoś codziennie urządzał ci tutaj tortury.

— Bo urządza. Ten ciągły hałas, ten bałagan, wszystko dookoła.

— Mówiąc „wszystko”, masz na myśli własną córkę?

Nie odpowiedział. Wziął widelec, podłubał chwilę w jedzeniu, po czym odłożył go idealnie prosto, równolegle do krawędzi talerza, zębami w jedną stronę.

Dokładnie tak, jak robiła to jego matka.

Do wielkiej awantury doszło w piątek.

Maja nie spała prawie od czwartej nad ranem. Ząbkowała i płakała cienko, żałośnie, z wyczerpania, milknąc najwyżej na kilka minut. W tak krótkich przerwach nie dało się zasnąć. Anna nosiła córkę po mieszkaniu, kołysała ją, śpiewała cicho i przytulała do piersi. Paweł przez cały ten czas leżał w sypialni z poduszką naciągniętą na głowę.

Wieczorem Anna ledwie trzymała się na nogach. Mimo zmęczenia ugotowała kolację, ułożyła Maję do snu i usiadła naprzeciw męża, który już czekał przy stole.

Paweł nabrał łyżkę barszczu, spróbował, odłożył sztućce obok talerza i odsunął jedzenie.

— Barszcz jest niedobry — oznajmił.

Anna nic nie powiedziała. Patrzyła na niego i czekała, aż skończy.

— Podłoga jest brudna — dodał, zataczając dłonią krąg po kuchni. Na podłodze leżał jeden dziecięcy klocek i róg pieluszki, która zsunęła się z suszarki. — Dziecko bez przerwy wrzeszczy. Nie mam zamiaru dłużej tak żyć.

— Czyli jak?

— W tym niekończącym się chaosie. Wracam do domu, a tutaj nie ma domu, tylko jakieś wysypisko. Nie można normalnie zjeść, odpocząć ani choćby posiedzieć przez chwilę w ciszy.

— Paweł, mamy małe dziecko.

— I co z tego? Miliony ludzi mają małe dzieci i jakoś potrafią żyć normalnie. Moja matka dawała sobie radę, a jednocześnie utrzymywała porządek. Ciocia Krystyna też potrafiła. A tutaj co się właściwie dzieje?

— Tutaj ja sama zajmuję się wszystkim, bo ty nie pomagasz w ogóle.

— Pracuję! Wracam zmęczony!

— A ja według ciebie nie bywam zmęczona?

— Przecież cały dzień siedzisz w domu!

Anna powoli podniosła swój talerz, zaniosła go do zlewu, a potem odwróciła się do męża.

— Powtórz.

— Co?

— Powiedz jeszcze raz, że przez cały dzień „siedzę w domu”. Chcę to usłyszeć ponownie.

— Anka, nie zaczynaj.

— To nie ja zaczęłam. Ty zacząłeś. Barszcz niedobry, podłoga brudna, dziecko płacze. Wymieniłeś właśnie trzy sprawy, w których mógłbyś pomóc, gdybyś tylko chciał. Ale nie chcesz. Dużo łatwiej siedzieć i okazywać niezadowolenie.

— Nie narzekam! Po prostu mówię, jak jest!

— Dobrze. To teraz ja też powiem, jak jest. Przez ostatni miesiąc nie umyłeś ani jednego talerza. Ani razu nie wstałeś w nocy do dziecka. Wracasz, siadasz, jesz i wpatrujesz się w telefon. Zachowujesz się, jakbyś zatrzymał się tutaj przejazdem. Chociaż nie — goście zazwyczaj przynajmniej dziękują gospodarzom.

Paweł gwałtownie wstał.

— Nie będę tego słuchać.

— A ja nie będę już tego znosić. Zresztą chyba sam podjąłeś decyzję. Powiedziałeś, że nie zamierzasz tak żyć.

— Tak, nie zamierzam. Pojadę do Łukasza na weekend. Muszę zrobić sobie przerwę.

— Przerwę — powtórzyła Anna.

— Tak. Chcę odpocząć i ochłonąć.

— Dobrze. Jedź.

Spakował torbę w niespełna dziesięć minut. Robił to sprawnie i zdecydowanie, jakby od dawna wiedział, co zabierze. Nawet nie zajrzał do pokoju córki. Drzwi zamknęły się i Anna została sama.

Nie płakała. Usiadła w kuchni i zaczęła myśleć.

Nie trwało to długo. Po około dwudziestu minutach sięgnęła po telefon i zadzwoniła do Karoliny.

— Karola, potrzebuję twojej pomocy.

— Mów.

— Wyjechał. Oświadczył, że nie będzie już tak żył. Powiedział: barszcz niedobry, podłoga brudna, dziecko płacze. Dokładnie w tej kolejności.

— No dobrze… A co zamierzasz zrobić?

— To, co powinnam była zrobić dwa miesiące temu. Znajdę mu inne mieszkanie. Skoro tutaj nie potrafi żyć, niech zamieszka osobno.

— Jesteś pewna?

— Całkowicie. Nawet nie pożegnał się z córką. Spakował torbę i wyszedł. Wiesz, co zrozumiałam? On już dawno odszedł z tej rodziny. Tylko fizycznie jeszcze przebywał obok nas.

— Jak mogę ci pomóc?

— Przyjedź rano. Zostaniesz z Mają, a ja zajmę się mieszkaniem.

— Będę o ósmej.

— Dziękuję.

Anna zakończyła rozmowę i otworzyła portal z ogłoszeniami. Przed północą miała już trzy odpowiednie propozycje. O pierwszej w nocy wysłała zgłoszenie dotyczące kawalerki w nowym bloku. Świeżo wyremontowanej, nieskazitelnie czystej, pustej i pozbawionej choćby jednego mebla.

Karolina przyjechała wpół do ósmej. Maja jeszcze spała.

— Opowiadaj, co wymyśliłaś — powiedziała, zdejmując kurtkę i wchodząc do kuchni.

— To proste. Jadę teraz obejrzeć mieszkanie i podpisać umowę. Potem wrócę i spakuję rzeczy Pawła. Kiedy zjawi się w niedzielę, dostanie ode mnie klucz oraz adres.

— A jeśli się nie zgodzi?

— Tu nie ma już czego uzgadniać. Powiedział: „Nie będę tak żył”. Wysłuchałam go bardzo uważnie.

— A jeśli zacznie przepraszać? Powie, że tylko poniosły go nerwy?

— Karola, to nie był jednorazowy wybuch. Od czterech miesięcy mówi to samo, tylko za każdym razem ubiera w inne słowa. Źle mu ze mną. Denerwuje go własne dziecko. Nie odpowiada mu dom, który, nawiasem mówiąc, należy do mnie. Po prostu pomogę mu przestać cierpieć.

— Dobrze. Zostanę z Mają. Jedź.

Anna wróciła po trzech godzinach. Położyła na kuchennym stole umowę i klucz.

— Wszystko załatwione. Remont jest świeży, a mieszkanie zupełnie puste. Nie ma łóżka, stołu ani nawet taboretu. Tylko czysta podłoga i gołe ściany.

— Naprawdę niczego?

— Kompletnie niczego. Właśnie takiego szukałam. Przecież marzył o idealnej czystości. Teraz będzie ją miał. Bez zabawek, ubrań, pieluszek i ani jednej niepotrzebnej rzeczy. Spełnienie marzeń.

Karolina spojrzała na przyjaciółkę i cicho się roześmiała.

— Jesteś bezlitosna, Anka.

— Nie. Jestem sprawiedliwa. Sam powiedział, czego chce. Ja tylko realizuję jego życzenie.

Przez całą sobotę Anna pakowała rzeczy męża. Robiła to spokojnie i dokładnie. Każdą koszulę starannie złożyła, a każdą parę butów zapakowała osobno. Ostatecznie powstały dwie duże walizki i trzy kartony. Nie zapomniała o ładowarce, maszynce do golenia ani o śmiesznym kubku z napisem „Najlepszy facet”, który kiedyś podarowała mu ciocia Krystyna.

Karolina pomagała, jednocześnie nosząc Maję na rękach.

— Anka, a później on sam będzie płacił za wynajem?

— Pierwszy miesiąc opłaciłam ja. Potem niech sobie radzi. Nie chcę, żeby opowiadał wszystkim, że żona wyrzuciła go na ulicę bez pieniędzy i dachu nad głową. Miesiąc wystarczy, by zdecydował, co zrobi ze swoim życiem.

— A co powie pani Jadwiga?

— Powinna się cieszyć. Jej syn zamieszka w idealnie czystym lokalu. Nie będzie zabawek, pieluszek ani niesmacznego barszczu. Prawdziwy raj.

W niedzielny wieczór zadzwonił domofon.

Anna otworzyła drzwi. Paweł stał na klatce schodowej wypoczęty, spokojny, a nawet niemal zadowolony.

— Cześć — powiedział. — No, wróciłem. Odpocząłem i wreszcie wszystko sobie poukładałem.

— Wejdź.

Wszedł i zaczął się rozglądać. Kartonów ustawionych pod ścianą początkowo nie zauważył. Najpierw dostrzegł własną kurtkę, wiszącą osobno od pozostałych, jakby należała do gościa.

— Co to jest? — zapytał, wskazując paczki.

— Twoje rzeczy.

— Jak to moje rzeczy?

Anna podała mu kartkę. Widniały na niej adres, numer mieszkania i kod do domofonu. Na wierzchu leżał klucz z prostym brelokiem.

— Paweł, w piątek powiedziałeś, że nie chcesz dłużej żyć w takich warunkach. Przemyślałam to i postanowiłam się z tobą zgodzić. Naprawdę nie musisz tutaj mieszkać. To adres nowego lokalu. Czynsz jest opłacony za miesiąc. Spakowałam wszystko, co do ciebie należy. Możesz zabrać rzeczy.

— Anka, ty mówisz poważnie?

— Śmiertelnie poważnie.

— Zaczekaj. Po prostu się zdenerwowałem. Powiedziałem kilka słów za dużo. Każdemu się zdarza.

— Owszem — przytaknęła Anna. — Raz się zdarza. Czasem nawet drugi. Ale kiedy ktoś powtarza to samo co tydzień, nie jest to już przypadek. To jego prawdziwe stanowisko.

— Jakie stanowisko? Byłem tylko zmęczony!

— A ja nie bywam zmęczona? Tylko że ja nie pakuję torby i nie uciekam na weekend do koleżanki, kiedy robi się trudno. Zostaję w domu i robię to, co trzeba. Ty znikasz, a potem wracasz z nadzieją, że wszystko samo naprawiło się bez twojego udziału.

— Nie możesz tak po prostu mnie wyrzucić.

— Nie wyrzucam cię. Daję ci dokładnie to, o co prosiłeś. Chciałeś czystości, ciszy i smacznego jedzenia. Mieszkanie jest czyste, osobiście sprawdziłam. Panuje tam idealny porządek. Ciszę również masz zagwarantowaną, bo nikogo w środku nie ma. A barszcz będziesz musiał ugotować sobie sam.

— Anka, to już jest absurdalne.

— Mnie wcale nie jest do śmiechu. Nie było mi do śmiechu przez ostatnie cztery miesiące. Zabieraj rzeczy.

— A Maja?

— Maja zostaje tutaj, ze mną. Możesz ją odwiedzać i spędzać z nią czas. Nie zamierzam wam tego zabraniać. Ale mieszkać będziesz osobno.

Paweł długo milczał. W końcu wyjął telefon.

— Zadzwonię do mamy.

— Dzwoń. Kartony i tak będziesz musiał stąd zabrać.

Pani Jadwiga zadzwoniła po mniej więcej dwudziestu minutach. Anna odebrała dopiero za trzecim sygnałem.

— Anno, co ty wyprawiasz? — głos teściowej był ostry i napięty.

— Dobry wieczór, pani Jadwigo. Spełniłam prośbę pani syna. Powiedział, że nie chce dłużej mieszkać w takich warunkach. Znalazłam więc miejsce, w którym będzie miał spokój i wygodę.

— Wyrzucasz własnego męża z domu!

— Z mojego mieszkania. Przypominam, że należy ono do mnie i dostałam je od dziadka. Paweł mieszkał tutaj, ponieważ go zaprosiłam. Teraz proponuję mu zamieszkać gdzie indziej.

— Nie masz prawa tak postępować!

— Mam. I pani doskonale wie, że mam.

— Zaraz zadzwonię do Krystyny. Przyjedziemy i…

— I co zrobicie? Ustawicie książki według wysokości? Obrócicie fotel dokładnie o pięćdziesiąt stopni? Pani Jadwigo, pani syn jest dorosłym człowiekiem. Dokonał wyboru. Ja jedynie pomogłam mu szybciej zetknąć się z jego konsekwencjami.

— Jakiego wyboru? On niczego nie wybierał!

— Oczywiście, że wybierał. Uznał, że barszcz jest niesmaczny, podłoga niewystarczająco czysta, a własne dziecko płacze za głośno. Zdecydował, że źle mu w rodzinie. Wybrał wyjazd i odpoczynek zamiast pozostania w domu i pomocy. To wszystko są decyzje. Ja wykonałam jedynie następny logiczny krok.

— Jesteś bez serca.

— Bez serca jest mieszkać obok człowieka i każdego dnia powtarzać, że źle ci w jego domu. To dopiero okrucieństwo. Ja po prostu położyłam temu kres.

Pani Jadwiga rozłączyła się gwałtownie.

Po godzinie zadzwoniła Krystyna. Anna nie odebrała. Chwilę później przyszła wiadomość: „Anno, musimy się spotkać i spokojnie omówić wszystko jak dorośli ludzie”.

Anna odpisała: „Sprawa została rozstrzygnięta. Nie ma już czego omawiać”.

Paweł wynosił rzeczy w milczeniu. Przeniósł walizki i kartony do samochodu, ułożył je w bagażniku i zatrzasnął klapę. Potem wrócił pod drzwi.

— Anka, czy to wszystko przez moją matkę?

— Nie, Paweł. To wszystko przez ciebie. Twoja matka może być, jaka chce — ma do tego prawo. Ty jednak mogłeś pozostać sobą. Mogłeś jej powiedzieć: „To mój dom, moja żona i moje dziecko. Jest mi tutaj dobrze”. Zamiast tego wolałeś narzekać, porównywać i za każdym razem wybierać kogoś innego niż nas.

— Naprawię wszystko.

— Być może. Ale nie dzisiaj i nie tutaj.

— To kiedy?

— Kiedy zrozumiesz, że idealnie umyta podłoga nie czyni jeszcze z mieszkania rodziny. I że widelce ułożone w równym rzędzie nie dają gwarancji szczęścia. Gdy naprawdę to pojmiesz, wtedy porozmawiamy.

— A jeśli nigdy nie pojmę?

— Wtedy zostanie ci nieskazitelnie czyste mieszkanie i bardzo dużo czasu, by cieszyć się absolutną ciszą.

Odjechał.

Anna zamknęła drzwi i wróciła do pokoju. Maja leżała na macie i z wielkim zaangażowaniem gryzła silikonowy gryzak. Karolina siedziała obok i pokazywała jej palcami „idzie rak”. Dziewczynka śmiała się głośno, mokro, bez sensu i całkowicie szczęśliwie.

Anna usiadła na podłodze przy nich.

— Wiesz, Karola, co jest najdziwniejsze?

— Co?

— Wcale nie jest mi smutno. Ani trochę. Przeciwnie, jakbym po raz pierwszy od dawna mogła swobodnie oddychać.

— To naturalne. Widocznie podjęłaś właściwą decyzję.

— On nawet nie zapytał, kiedy Maja nauczyła się obracać na brzuszek. Wczoraj zrobiła to pierwszy raz, ale jego już nie było, bo odpoczywał u Łukasza. Dzisiaj stał tutaj, patrzył na swoje pudła i myślał wyłącznie o sobie. Nawet nie zajrzał do córki.

— Jutro na pewno zadzwoni i będzie prosił, żebyś pozwoliła mu wrócić.

— Możliwe. Najpierw jednak obudzi się w pustym mieszkaniu. Walizka będzie leżała na podłodze, kartony pod ścianą. Świeże ściany, błyszcząca posadzka i zupełna cisza. Dokładnie wszystko, czego pragnął. Zobaczymy, jak długo będzie potrafił się tym rozkoszować.

— A jeśli pani Jadwiga znowu zacznie wydzwaniać?

— Niech dzwoni. Już jej wszystko wyjaśniłam. Może pojechać do syna i poukładać mu widelce w równych rzędach. Tyle że najpierw Paweł będzie musiał je sobie kupić.

Karolina podniosła Maję.

— Anka, będziesz potrzebowała pomocy? Mogę przyjeżdżać rano, żebyś miała czas zająć się pracą.

— Będę. Dziękuję. Pora zacząć porządnie zarabiać, zamiast czekać, aż ktoś łaskawie pochwali mój barszcz.

— W takim razie będę przyjeżdżać na ósmą. Przecież wiesz, że Majka jest moją ulubienicą.

Anna uśmiechnęła się i popatrzyła na córkę. Dziewczynka już zasypiała. Przytuliła policzek do ramienia Karoliny, trzymała palce w ustach, a jej długie rzęsy delikatnie drżały.

W tej chwili telefon zawibrował.

Wiadomość przyszła od Pawła:

„Tu nawet nie ma na czym usiąść”.

Anna przeczytała, pomyślała przez moment i odpisała:

„Teraz już wiesz, jak wygląda idealna czystość. Dobranoc, Paweł”.

Potem wyciszyła telefon.

— Barszcz jest bez smaku, podłoga brudna, a dziecko bez przerwy płacze. Nie zamierzam dłużej tak żyć — rzucił mąż. W niedzielę Anna podała mu kurtkę, klucz i kartkę z adresem wynajętego mieszkania
O czwartej nad ranem żona powiedziała mi, że nie jestem jej właścicielem — wtedy spakowałem torbę, zabrałem psa i po raz pierwszy od miesięcy wybrałem siebie