Powietrze na oddziale położniczym było ciężkie od zapachu środków dezynfekcyjnych. Sterylna biel ścian, połysk płytek i cisza przerywana jedynie odległym piskiem aparatury sprawiały, że Marek czuł się tam jak ktoś przypadkowy, kto przez pomyłkę wszedł do cudzego życia.
Przez chwilę stał przed szerokimi drzwiami sali, ściskając w dłoniach ogromny bukiet białych chryzantem. Helena Wysocka, jego teściowa, uwielbiała te kwiaty od lat. Wydawały jej się eleganckie, spokojne i pozbawione przesadnej słodyczy.
Tego dnia nic jednak nie było spokojne.
Narodziny bliźniąt podzieliły całą rodzinę. Jedni mówili z podziwem, że Helena wykazała się niezwykłą odwagą. Inni szeptali, że w wieku pięćdziesięciu pięciu lat człowiek powinien myśleć o odpoczynku, a nie zaczynać wszystko od nowa.
— Przecież ona znowu będzie wstawać po nocach, prać śpioszki i zmieniać pieluchy — oburzała się jedna z sąsiadek z ogródków działkowych. — To już nie odwaga. To szaleństwo.
Marek nie wdawał się w podobne rozmowy. Najważniejsze było dla niego to, że Katarzyna promieniała ze szczęścia. Jako jedynaczka przez całe dzieciństwo marzyła o rodzeństwie. Kiedy była mała, prosiła rodziców o brata albo siostrę niemal przy każdej okazji. Teraz, gdy sama miała już dobrze po trzydziestce, to dawne pragnienie spełniło się w sposób, którego nikt nie potrafiłby przewidzieć.
Helena urodziła chłopca i dziewczynkę.
— Podwójne szczęście za jednym razem — żartowali lekarze.
Dla personelu był to rzadki przypadek i dowód na to, jak wiele potrafi współczesna medycyna. Dla dalszej rodziny stanowił temat niekończących się telefonów, komentarzy i domysłów.
Marek patrzył na zamknięte drzwi sali i nadal nie potrafił zdecydować, czy powinien wejść.
— Proszę pana, zamierza pan tak stać do wieczora? — odezwała się nagle pielęgniarka. — Może pan wejść, ale tylko na kilka minut. Pacjentka jest bardzo osłabiona. Wizyta nie może potrwać dłużej niż dziesięć minut. I proszę założyć fartuch ochronny. To nie warsztat samochodowy.
Marek bez słowa włożył cienki, szeleszczący fartuch. Materiał kleił mu się do rękawów koszuli i przy każdym ruchu wydawał irytujący dźwięk. Potem nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Helena leżała na wysokim łóżku ustawionym przy ścianie. Poród zostawił na jej twarzy wyraźny ślad. Miała bladą skórę, zapadnięte policzki i sine cienie pod oczami. Wyglądała, jakby w ciągu jednej nocy postarzała się o kilka lat.
A jednak jej spojrzenie było pełne światła.
Za każdym razem, gdy zerkała na dwa przezroczyste łóżeczka stojące przy oknie, zmęczenie znikało z jej twarzy. W oczach pojawiały się duma, triumf i bezgraniczne szczęście. Marek nigdy wcześniej nie widział u niej tak gwałtownej, niemal zachłannej miłości.
— Podejdź, Marku — powiedziała cicho. — Zobacz ich. Tylko spójrz, jakie są cudowne.
Położył kwiaty na szafce. Helena nawet na nie nie spojrzała.
Najpierw pochylił się nad dziewczynką. Spała spokojnie, z maleńkimi piąstkami zaciśniętymi przy policzkach. Jej twarz była jeszcze lekko pomarszczona, a usta drżały od czasu do czasu, jakby śniło jej się coś, czego nikt dorosły nie potrafiłby zrozumieć.
Marek uśmiechnął się bezwiednie. Pomyślał, że siła kobiety rzeczywiście nie zna granic.
Potem odwrócił się ku drugiemu łóżeczku.
Chłopiec był odrobinę większy. Leżał na boku, przykryty jasnym kocykiem, i poruszał ustami przez sen.
Marek nachylił się bliżej, chcąc zobaczyć jego twarz.
Wtedy wszystko w nim zamarło.
Tuż pod lewym uchem dziecka znajdowało się znamię. Miało nieregularny kształt i wielkość małej monety. Delikatnie odcinało się od jasnej skóry szyi.
Marek poczuł, jak po plecach spływa mu lodowaty dreszcz.
Znał ten kształt.
Znał każdą jego linię.
Miał identyczne znamię w dokładnie tym samym miejscu od dnia swoich narodzin.
Nieświadomie uniósł dłoń do szyi. Opuszki palców dotknęły skóry pod lewym uchem, a serce zaczęło walić mu tak mocno, że przez chwilę słyszał tylko jego głuche uderzenia.
To samo znamię.
Nie podobne.
Takie samo.
Obraz przed oczami nagle mu się rozmazał. Białe ściany zaczęły wirować, a powietrze, jeszcze przed chwilą chłodne, stało się gęste, gorące i duszne, jakby salę wypełniła lepka mgła. Marek chwycił oparcie krzesła obiema rękami. Ścisnął je tak mocno, że zbielały mu knykcie.
— Marku? — głos Heleny dobiegł do niego jakby zza grubej szyby. — Co ci jest? Jesteś blady jak papier.
— Nic… Po prostu… tutaj jest bardzo gorąco — wykrztusił.
Cofnął się o krok, potem drugi. Nie czekał na kolejne pytanie. Wyszedł z sali niemal biegiem, ignorując zaniepokojony głos teściowej.
Na korytarzu oparł plecy o zimne kafelki i zaczął łapczywie nabierać powietrza. Przed oczami, wbrew jego woli, pojawiły się obrazy z wieczoru, o którym przez dziewięć miesięcy próbował nie myśleć.
Był środek lata.
Urodziny Katarzyny obchodzili na działce jej rodziców. Od rana pachniało skoszoną trawą, dymem z grilla i nagrzanym drewnem altany. Na stole stały półmiski z karkówką, sałatką jarzynową, ogórkami małosolnymi i domowym ciastem. Andrzej Wysocki, ojciec Katarzyny, jak zwykle przyniósł własną nalewkę i przekonywał wszystkich, że jedna mała kolejka nikomu nie zaszkodzi.
