Gdy tylko Agnieszka przekroczyła próg, od razu zrozumiała, że Marcin nie wrócił do domu sam.
Na podłodze w przedpokoju stały jasne buty na wysokiej platformie, których nigdy wcześniej nie widziała. Obok ktoś niedbale rzucił małą damską torebkę, a z salonu dobiegał kobiecy głos — swobodny, pewny siebie i zupełnie obcy.
— Tę wielką szafę usunęłabym w pierwszej kolejności. Zajmuje pół pokoju i niepotrzebnie przytłacza wnętrze. Ściany też trzeba będzie przemalować. Ten beż dawno przestał być modny.
Agnieszka powoli odstawiła swoją torbę, zamknęła za sobą drzwi tak cicho, że zamek ledwie kliknął, i przez chwilę stała bez ruchu.
Tego dnia wróciła niemal cztery godziny wcześniej niż zwykle. Klient w ostatniej chwili przełożył spotkanie, a jazda do biura tylko po to, by podpisać kilka dokumentów, nie miała najmniejszego sensu. W drodze do domu planowała, że przesadzi rośliny przy tarasie, później spokojnie przygotuje kolację i może wreszcie usiądzie z książką.
Teraz wiedziała już, dlaczego rano Marcin tak natarczywie wypytywał, o której dokładnie wróci.
Zdjęła lekki płaszcz, poprawiła włosy i ruszyła w stronę salonu.
Mąż stał przy oknie.
Obok niego znajdowała się kobieta około trzydziestki. Wysoka, starannie ubrana, zadbana, w eleganckim jasnym garniturze ze spodniami. W jednej dłoni trzymała próbkę materiału obiciowego, a pomieszczenie oglądała z taką swobodą, jakby już uważała się za jego właścicielkę.
Na niskim stoliku leżały katalogi meblowe. Jeden był otwarty na rozkładówce z sofami. Obok stały dwie filiżanki po kawie oraz talerz z równo pokrojonymi owocami.
Nieznajoma pierwsza dostrzegła Agnieszkę.
Przez ułamek sekundy na jej twarzy pojawił się niepokój, ale niemal natychmiast ustąpił zdumieniu. Kobieta wyraźnie nie rozumiała, kim jest osoba, która weszła do środka bez dzwonienia.
Marcin zbladł tak szybko, jakby ktoś nagle zgasił w nim światło.
— Agnieszka? Dlaczego jesteś już w domu?
— Spotkanie przełożono.
— Mogłaś chociaż uprzedzić.
— Nie wiedziałam, że muszę meldować, kiedy wracam do własnego domu.
Nieznajoma ostrożnie odłożyła próbkę tkaniny na stolik.
— Marcin, kto to jest?
Agnieszka przeniosła wzrok na męża.
Otworzył usta, lecz nie zdążył wydobyć z siebie słowa.
— Mam na imię Agnieszka — powiedziała spokojnie. — Jestem jego żoną.
Kobieta odwróciła się do Marcina tak gwałtownie, że materiał marynarki napiął się na jej ramionach.
— Żoną?
— Mieliśmy się rozwieść — wyrzucił z siebie pospiesznie.
— Mieliśmy? — powtórzyła Agnieszka. — Ciekawe. Kiedy zamierzałeś mnie o tym poinformować?
Marcin nerwowo potarł kark.
— Tylko nie róbmy sceny.
— Jeszcze nawet nie podniosłam głosu.
Nieznajoma patrzyła raz na niego, raz na Agnieszkę.
— Mówiłeś, że wszystko między wami jest już ustalone.
— Od dawna praktycznie nie żyjemy jak małżeństwo — oświadczył Marcin. — Nasz związek istnieje tylko na papierze.
Agnieszka zerknęła na rozłożone katalogi.
— Widzę, że ta papierowa formalność nie przeszkadza wam wybierać nowych mebli.
Kobieta wyprostowała plecy.
— Marcin powiedział, że po rozwodzie zamieszkamy tutaj. Nie wiedziałam, że może pani wrócić wcześniej.
— W to akurat ani przez chwilę nie wątpię.
Agnieszka podeszła do stolika i zamknęła katalog jednym spokojnym ruchem.
— Chyba jednak pominięto jeden istotny szczegół. Ten dom jest zapisany wyłącznie na mnie.
Kobieta znieruchomiała.
Po kilku sekundach bardzo powoli zwróciła twarz w stronę Marcina.
— Co to znaczy: na nią?
Nie odpowiedział.
— Zapewniałeś mnie, że sam go zbudowałeś — ciągnęła. — Mówiłeś, że to twój dom, a żona po prostu nie chce się wyprowadzić.
Na ustach Agnieszki pojawił się ledwie widoczny uśmiech.
W jednej chwili wszystkie brakujące elementy ułożyły się w całość.
O romansie męża wiedziała od dawna.
Nie przypuszczała jednak, że Marcin zdążył już słownie przywłaszczyć sobie jej nieruchomość, a potem zaprosić kochankę, by wybierała kolor ścian.
Jeszcze kilka lat wcześniej w tym miejscu nie było żadnego domu.
Rozciągała się tu tylko pusta działka na obrzeżach niewielkiej miejscowości pod Warszawą, porośnięta wysoką trawą, krzakami i młodymi brzozami.
Agnieszka kupiła ziemię, kiedy miała trzydzieści dwa lata.
Pracowała wtedy jako dyrektorka finansowa w firmie zajmującej się dostawami sprzętu medycznego. Zarabiała dobrze, ale nie doszła do tego łatwo. Po studiach przez kilka lat mieszkała w akademiku, później wynajmowała pokój, brała dodatkowe zlecenia i krok po kroku awansowała.
O własnym domu marzyła od dzieciństwa.
Nie chciała pałacu z kolumnami, kutą bramą i dziesiątkami pokoi.
Wyobrażała sobie jasny, parterowy budynek z dużymi oknami, osobnym gabinetem, szerokim tarasem i ogrodem, do którego można wyjść rano boso i poczuć pod stopami chłodną trawę.
Nigdy nie lubiła mieszkania w bloku.
Brakowało jej powietrza, ciszy i poczucia, że przestrzeń wokół naprawdę należy do niej.
Początkowo planowała kupić gotowy dom.
Po kilku oględzinach zrozumiała jednak, że albo będzie musiała przepłacić, albo niemal całkowicie przebudować to, co kupi.
