Joanna usiadła na miejscu, które właśnie zwolniło się w wagonie warszawskiego metra, i sięgnęła do torebki po telefon. Zamierzała przejrzeć wiadomości, zanim pociąg przemknie przez kolejne podziemne stacje.
Poranek był chłodny, a porywisty wiatr na ulicach przenikał przez płaszcz, dlatego ciepło panujące w wagonie wydawało się wyjątkowo przyjemne.
Odwróciła głowę i nagle dostrzegła kobietę, której twarz wywołała w niej bolesne ukłucie znajomości.
To była ona. Ta sama osoba, która kilka lat wcześniej pożyczyła od Joanny dużą sumę pieniędzy, a później rozpłynęła się w mieście, jakby nigdy nie istniała.
Joanna doskonale pamiętała wszystkie nieodebrane telefony po rozwodzie, rozmowy z byłym mężem, który za każdym razem usprawiedliwiał matkę, aż w końcu po prostu zablokował jej numer.
Dyskretnie włączyła aparat i, pilnując, by nie zwrócić na siebie uwagi, zrobiła kilka zdjęć.
Potem otworzyła komunikator, przesłała fotografie mężowi i dopisała krótką wiadomość.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. Joanna uśmiechnęła się pod nosem. Marek zawsze działał zdecydowanie i nie należał do ludzi, którzy godzinami rozważają każdy możliwy krok.
Ciemne okulary przeciwsłoneczne, które miała w kieszeni płaszcza, okazały się teraz wyjątkowo przydatne.
Przez minione lata Joanna bardzo się zmieniła. Ścięła włosy krótko, zaczęła farbować je na zupełnie inny kolor, a po narodzinach syna jej sylwetka nabrała łagodniejszych, bardziej kobiecych kształtów.
Była niemal pewna, że żaden dawny znajomy nie rozpoznałby jej od razu.
Z głośników popłynęła nazwa stacji Młociny. Halina zaczęła się zbierać. Schowała reklamową broszurę do torby, podniosła się z siedzenia i ruszyła w stronę drzwi.
Joanna również wstała. Trzymała się w tłumie, nie podchodziła zbyt blisko i pilnowała, by była teściowa ani razu nie spojrzała na nią uważniej.
Sześć lat wcześniej pewna sobota na zawsze zapisała się w jej pamięci. Za oknem świeciło ostre słońce, a ciężkie chmury, które poprzedniego dnia zasnuwały niebo, zniknęły bez śladu.
Halina zjawiła się z samego rana. W rękach trzymała dużą torbę zielonych jabłek kupionych po drodze na bazarku.
— Asiu, może upieczemy szarlotkę? — zaproponowała i, nie czekając na zaproszenie, przeszła do kuchni, po czym zaczęła wykładać owoce na stół. — Popatrz tylko, jakie dorodne. Twarde, soczyste, idealne do ciasta!
Joanna pracowała wtedy w dużej firmie i zarabiała na tyle dobrze, że w domu nie musieli odmawiać sobie zwyczajnych przyjemności. Niedługo wcześniej sprzedała działkę odziedziczoną po babci w niewielkiej miejscowości niedaleko Łowicza, a uzyskane pieniądze znacznie powiększyły ich oszczędności. Życie wydawało się spokojne, uporządkowane i przewidywalne, a poważniejsze problemy finansowe należały do odległej przeszłości.
— Słuchaj, Asiu, mam do ciebie jedną prośbę — powiedziała Halina, odkładając ostatnie jabłko. Gdy spojrzała na synową, jej twarz nagle spoważniała. — Potrzebuję pieniędzy. Siedemdziesiąt tysięcy złotych. Chcę kupić niewielki pokój w starym hotelu robotniczym i wynajmować go komuś. Emerytura jest niska, a taki czynsz dawałby mi co miesiąc dodatkowy dochód.
Joanna odpowiedziała bez długiego namysłu. Nie szukała wymówki ani powodu, by odmówić. Teściowa zawsze była dla niej serdeczna, często dzwoniła, pytała o domowe sprawy, prosiła o pomoc przy zamówieniu czegoś przez internet albo znalezieniu potrzebnej informacji.
Wtedy odmowa wobec bliskiej osoby, która znalazła się w trudnym położeniu, wydawała jej się czymś niemal niemożliwym.
— Oczywiście, pomogę pani, pani Halino.
Nikt nie wspomniał ani o pokwitowaniu, ani o umowie, ani o jakimkolwiek formalnym zabezpieczeniu. Joanna wierzyła, że wzajemne zaufanie jest między nimi trwałe i niewzruszone.
— Gdzie się pchasz, babo?! — ryknął korpulentny mężczyzna w średnim wieku, gdy Joanna, wychodząc po schodach z przejścia podziemnego, przypadkiem zahaczyła czubkiem buta o jego obuwie.
— Przepraszam, nie zauważyłam — odpowiedziała cicho i natychmiast przyspieszyła, bo bała się stracić z oczu znajomą sylwetkę.
Halina szła niespiesznie ulicą Kasprowicza, od czasu do czasu zatrzymując się przed witrynami małych sklepów.
W osiedlowym spożywczaku kupiła bochenek krojonego chleba i karton mleka, a potem skręciła między bloki z wielkiej płyty.
Budynki miały niewielkie betonowe balkony, przypominające doczepione do elewacji pudełka. Zimą mieszkańcy często trzymali na nich produkty spożywcze, korzystając z mrozu jak z dodatkowej lodówki.
Joanna przyspieszyła i weszła do klatki schodowej tuż za byłą teściową. Na drugim piętrze Halina nagle przystanęła i obejrzała się, jakby wyczuła czyjąś obecność.
Joanna udała, że zamierza wejść wyżej. Halina nie rozpoznała dawnej synowej, więc po chwili uspokoiła się i zaczęła szukać kluczy w torbie.
Joanna zniknęła za zakrętem schodów, wyjęła telefon i przesłała Markowi dokładny adres.
Pół godziny spędzone na półpiętrze ciągnęło się bez końca. Joanna co chwilę miała ochotę sprawdzić ekran telefonu albo zejść przed budynek i przejść się choć kawałek, by rozprostować zdrętwiałe nogi.
Wreszcie pojawiła się oczekiwana wiadomość. Kilka minut później na końcu korytarza zobaczyła Marka.
Wysoki, szeroki w ramionach, ubrany w ciemną kurtkę i dżinsy, robił imponujące wrażenie.
Przez lata pracy jako kierownik budowy nauczył się rozmawiać z najróżniejszymi ludźmi. Potrafił zachować spokój nawet wobec kogoś upartego, nerwowego albo nieprzewidywalnego.
— No dobrze, pokaż, za którymi drzwiami mieszka twoja dłużniczka — powiedział, przesuwając wzrokiem po rzędzie niemal identycznych wejść.
Joanna wskazała właściwe mieszkanie, a Marek pewnie zapukał w metalowe drzwi.
Po mniej więcej minucie od środka dobiegły ostrożne kroki. Drzwi uchyliły się tylko na tyle, na ile pozwalał łańcuch. W wąskiej szczelinie ukazała się zaniepokojona twarz Haliny.
— Do kogo państwo? — zapytała podejrzliwie.
Wtedy Joanna wysunęła się zza pleców męża i powoli zdjęła ciemne okulary.
— Pamięta mnie pani, pani Halino?
Reakcja była natychmiastowa. Kobieta gwałtownie cofnęła się o kilka kroków, a z jej twarzy odpłynął kolor.
— Boże… Jak mnie znalazłaś? — wydusiła, nie próbując nawet ukryć wstrząsu.
— Musimy porozmawiać. Wpuści nas pani? — Joanna mówiła spokojnie, choć pod skórą czuła narastające napięcie.
— Tak, oczywiście… Proszę, wejdźcie — odpowiedziała Halina pospiesznie, zdjęła łańcuch i odsunęła się od drzwi.
Trudno było nazwać to miejsce pełnoprawnym mieszkaniem. Bardziej przypominało pojedynczy pokój w dawnym hotelu pracowniczym, gdzie z łazienki i toalety korzystały dwie rodziny.
Wspólny przedpokój zastawiony był różnymi parami butów. Na gumowej wycieraczce stały dziecięce trampki, damskie kozaki, męskie półbuty i kilka par domowych kapci.
Joanna od razu zrozumiała, że za sąsiednimi drzwiami mieszka liczna rodzina. W powietrzu mieszały się zapachy smażonych ziemniaków, duszonej kapusty i świeżo pokrojonego chleba.
— Gdzie są moje pieniądze? — zapytała bez wstępów, nie chcąc przeciągać rozmowy.
Była teściowa spuściła wzrok i ruchem ręki zaprosiła ich dalej.
— Wejdźcie do pokoju. Tam wszystko wyjaśnię.
Otworzyła drzwi do maleńkiego pomieszczenia, w którym ledwo mieściły się najpotrzebniejsze rzeczy.
Najwięcej miejsca zajmowała rozkładana kanapa. Niewielki telewizor stał na niskiej szafce, a w kącie urządzono prowizoryczny aneks kuchenny z elektryczną płytką i kilkoma garnkami ustawionymi na wąskiej półce.
— Usiądźcie, proszę — powiedziała Halina, wskazując kanapę. — Może zrobię herbaty?
— Nie trzeba — odparł Marek. — Przejdźmy od razu do rzeczy.
Halina usiadła na jedynym krześle i splotła dłonie na kolanach.
— Wiesz, co się stało po tym, jak rozstałaś się z moim Pawłem? — spytała cicho, niemal szeptem.
— Rozwiedliśmy się, bo nie mógł mieć dzieci — odpowiedziała Joanna i lekko skinęła głową.
— Właśnie. Po rozwodzie zupełnie się zmienił. Najpierw chodził ponury, zamknął się w sobie i nie chciał z nikim rozmawiać. Potem zaczął pić. W ciągu dwóch lat wszystko mu się rozsypało. Stracił pracę, nabrał kredytów, a za nimi przyszły kolejne długi.
Joanna milczała, próbując uporządkować to, co właśnie usłyszała.

— Musiałam sprzedać mieszkanie, żeby spłacić jego zobowiązania. Dobrze, że wcześniej kupiłam ten pokój za pieniądze od ciebie. Myślałam, że zamieszkamy tu razem i jakoś damy sobie radę — mówiła Halina. Wyjęła z kieszeni chusteczkę i delikatnie osuszyła oczy. — Ale rok temu Paweł wyszedł i od tamtej pory ani razu się nie odezwał. Nawet nie wiem, gdzie teraz jest.
— A z czego pani żyje? — zapytał Marek.
— A jak mam żyć? Dostaję tysiąc osiemset złotych emerytury. Z tego trzeba opłacić rachunki, kupić jedzenie i leki. Jak mam oddawać dług, skoro ledwie starcza mi na najpotrzebniejsze rzeczy?
Joanna rozejrzała się po ubogo urządzonej izbie.
— Czyli naprawdę nie ma pani żadnych pieniędzy? — upewniła się.
— Ani grosza, Asiu — szepnęła Halina i pociągnęła nosem. — Uwierz mi, gdybym tylko miała jakąkolwiek możliwość, oddałabym ci wszystko od razu. Przysięgam.
Marek podniósł się z kanapy i skierował do wyjścia.
— Chodź, Joanno. Niczego więcej tu nie załatwimy.

Joanna również wstała, lecz przy drzwiach zatrzymała się i jeszcze raz spojrzała na byłą teściową.
— Proszę mi powiedzieć szczerze, pani Halino. Gdyby kiedyś pojawiły się u pani pieniądze, oddałaby mi pani ten dług?
— Oczywiście, Asiu! Bez wahania! Przecież nie jestem oszustką ani złodziejką — zapewniła kobieta, szybko kiwając głową. — Gdy tylko będę mogła, zwrócę wszystko co do ostatniego grosza.
Kiedy znaleźli się na klatce schodowej, Marek spojrzał na żonę z wyraźnym zdumieniem.
— Co to właściwie miało być?
Joanna ponownie założyła okulary przeciwsłoneczne i spokojnie wzruszyła ramionami.
— Widziałeś, jak ona żyje. Mam wrażenie, że los ukarał ją dotkliwiej, niż my kiedykolwiek potrafilibyśmy. A pieniądze… Pieniądze jeszcze zarobimy.