Ciepły czerwcowy wieczór osiadał na świeżo pomalowanych ścianach werandy łagodnym, brzoskwiniowym blaskiem. Anna stała pośrodku salonu z rękami splecionymi na piersi i z przyjemnością wdychała zapach nowych desek, farby oraz jaśminu kwitnącego tuż pod otwartym oknem. Jasnooliwkowe zasłony z prawdziwego lnu, uszyte na zamówienie w niewielkiej pracowni z Łodzi, poruszały się niemal niedostrzegalnie przy każdym podmuchu. Wyglądało to tak, jakby wraz z nimi oddychał cały dom.
— Paweł, chodź na chwilę. Musisz to zobaczyć — zawołała cicho do męża. — Czy one nie są cudowne? Czekałam na nie dwa miesiące.
Paweł wszedł z ganku, wsunął telefon do kieszeni i zajrzał do salonu. Był zmęczony. Już drugi weekend z rzędu spędzali w domku pod miastem, poprawiając ostatnie drobiazgi po remoncie. Mimo to spojrzał na żonę z prawdziwym uśmiechem.
— Wyszło pięknie — powiedział. — Jesteś niesamowita.
— Nie tylko niesamowita — odparła Anna, odwracając się ku niemu z błyskiem w oczach. — Każdą z tych ścian malowałam sama. Wszystkie krzewy sadziłam własnymi rękami. Pamiętasz, jak późną jesienią kończyłam rabatę obok altany? Palce goiły mi się potem przez tydzień.
— Pamiętam — Paweł podszedł bliżej i objął ją ramieniem. — Ale teraz mamy swoje miejsce. Ciszę, świeże powietrze i żadnych obcych ludzi dookoła.
— Właśnie o to chodzi — szepnęła, wtulając się w niego. — Nikogo poza nami. Dzieci są dorosłe i mieszkają osobno. Wreszcie mamy kąt, który należy tylko do nas. Mój własny kawałek szczęścia.
Przesunęła palcami po chłodnej tkaninie. Na lnie biegł delikatny wzór cienkich gałązek, widoczny dopiero z bliska. Anna długo wybierała materiał, kilka razy odsyłała próbki i porównywała odcienie, aż znalazła ten, który idealnie współgrał z kolorem ścian.
— Wiesz, co jest tutaj dla mnie najważniejsze? — zapytała, patrząc przez okno na równo przycięte krzewy róż. — Wszystko wybrałam sama. Każdy gwóźdź, każdą deskę, każdą roślinę. Włożyłam w ten dom tyle siły, Paweł.
— Włożyliśmy — poprawił ją łagodnie.
— Włożyliśmy — zgodziła się, choć oboje wiedzieli, na czyich barkach spoczywała większość pracy.
Paweł znów sięgnął po telefon i zaczął przeglądać wiadomości. Anna nie poczuła złości. Przywykła do tego dawno temu. Najważniejsze było, że remont dobiegł końca. Jej marzenie, pielęgnowane przez lata, wreszcie stało się prawdziwe.
Minęły niespełna trzy tygodnie.
Po wyjątkowo ciężkim tygodniu w pracy Anna jechała za miasto z bagażnikiem pełnym sadzonek. Planowała posadzić przy ścieżce lawendę i zamocować na werandzie nowe skrzynki na kwiaty. W myślach słyszała już cichą muzykę nadchodzącego weekendu: poranną kawę, chłodną ziemię pod bosymi stopami i dwa dni bez huku samochodów oraz cudzych rozmów za ścianą.
Gdy podjechała pod posesję, od razu zauważyła otwartą na oścież furtkę.
Na werandzie stały trzy wielkie torby w kratę i stara walizka na kółkach.
Anna zatrzymała się w pół kroku.
Nie zdążyła jeszcze zrozumieć, co się dzieje, ale w żołądku poczuła ciężki, nieprzyjemny ucisk.
W kuchni szumiał czajnik.
Przy stole siedziała Halina Nowak, matka Pawła. Przed nią, ustawione w równych rzędach, leżały pudełka z tabletkami, fiolki i słoiczki z lekami.
Kiedy zobaczyła synową, skinęła jej ledwie zauważalnie, jakby Anna była pracownicą pensjonatu, która przyszła sprawdzić, czy nowej lokatorce niczego nie brakuje.
— Paweł — Anna odnalazła męża przy szopie. Starała się mówić spokojnie, lecz głos już jej drżał. — Wyjaśnij mi, co się dzieje. Dlaczego twoja mama tu jest? I czyje są te wszystkie bagaże?
Paweł unikał jej wzroku.
Obracał w palcach pustą paczkę papierosów, choć nie palił od prawie dwóch lat.
— Aniu, zrozum… Mamie źle się mieszka latem w mieście. Upał, duchota, ciśnienie ciągle skacze. Lekarz zalecił jej więcej świeżego powietrza. Pomyślałem, że pobędzie tutaj przez kilka miesięcy. Do jesieni. Przecież nic wielkiego się nie stanie.
— Pomyślałeś? — Anna przełknęła ślinę. — Sam? A pomyśleć o tym, żeby zapytać mnie, już nie potrafiłeś? Nie przyszło ci do głowy, że moje zdanie także ma znaczenie?
— Chciałem do ciebie zadzwonić — odpowiedział, wreszcie podnosząc oczy. — Ale mama powiedziała, że czuje się bardzo źle i musi wyjechać natychmiast. Nie mogłem odmówić. To przecież moja matka.
— A to jest mój dom, Paweł — powiedziała Anna tak cicho, że niemal szeptała. — Przez pięć lat nie brałam porządnego urlopu. Z każdej wypłaty odkładałam pieniądze. Sama malowałam ściany, sadziłam rośliny i wybierałam meble. Ty po prostu przywozisz tu swoją matkę i nawet mnie o tym nie uprzedzasz.
— Aniu, tylko nie zaczynaj — skrzywił się. — To zaledwie parę miesięcy. Lato szybko minie. Mama odpocznie, będzie cicho siedzieć i nikomu nie przeszkodzi.
Anna patrzyła na niego długo, wciąż licząc na to, że zobaczy na jego twarzy choć odrobinę zrozumienia.
Paweł jednak znów spuścił wzrok na telefon.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Kilka miesięcy. Ale naprawdę tylko kilka. I ta rozmowa jeszcze się nie skończyła.
— Oczywiście, porozmawiamy — zgodził się szybko, z ulgą człowieka, któremu właśnie udało się uniknąć awantury.
Anna wróciła do domu.
Halina zdążyła już poczuć się jak właścicielka. Przestawiała filiżanki, przesuwała chlebak i z wyraźną dezaprobatą zaglądała do lodówki.
— Anno, macie tylko jeden czajnik? — zapytała, nawet się nie odwracając. — I po co kupujesz mleko z tak małą zawartością tłuszczu? Czegoś takiego nie pijam. Jutro przywieź porządne.
— Pani Halino, zdążyła się już pani rozpakować? — Anna zmusiła się do uśmiechu. — Pomóc przy rzeczach?
— Sama sobie poradzę — ucięła teściowa. — Lepiej zajmij się kolacją. Paweł z pewnością jest głodny. I pozamykaj okna, bo tu jest okropny przeciąg. Przy moim zdrowiu nie wytrzymam w takich warunkach nawet trzech dni.
Anna bez słowa zamknęła jedno okno.
Potem drugie.
Na końcu trzecie.
Oliwkowe zasłony znieruchomiały.
Salon przestał oddychać.
Anna także.
Minął rok.
A dokładniej trzynaście miesięcy i dziewięć dni. Anna liczyła każdy z nich.
Obiecane „kilka miesięcy do jesieni” zamieniło się w próbę, której końca nie było widać.
Pewnego piątkowego wieczoru Anna przyjechała do domku i zamarła w progu salonu.
Jej lniane zasłony zniknęły.
Na oknach wisiała tandetna firana z połyskującego tworzywa, pokryta ogromnymi bordowymi piwoniami. Halina wypatrzyła ją w katalogu wysyłkowym, zamówiła, a potem zawiesiła pod nieobecność synowej.
— Paweł — odezwała się Anna, stojąc w drzwiach. — Gdzie są moje zasłony?
— Które? — zapytał, nie odrywając wzroku od telefonu.
— Te oliwkowe. Lniane. Szyte na zamówienie. Te, na które czekałam dwa miesiące i za które zapłaciłam prawie tyle, co za połowę kuchennej zabudowy.
— A, tamte. Mama uznała, że są zbyt ponure. Powiedziała, że ten kolor źle na nią działa. Powiesiła więc swoje. Moim zdaniem nie wyglądają najgorzej.
— Nie najgorzej? — głos Anny uniósł się. — Ona wyrzuciła moje drogie zasłony!
— Nie wyrzuciła. Zaniosła je do szopy. Aniu, nie rób tragedii z kawałka materiału. Mamie było tu smutno. Jest starszą osobą.
Anna wyszła na podwórze.
W miejscu ozdobnej rabaty, którą pielęgnowała przez kilka lat, rosły teraz cebula i czosnek. Kamienie leżały zsunięte na bok, jałowiec został wykopany, a po tymianku nie pozostał nawet ślad. Ziemię przekopano brutalnie, bez najmniejszej troski.
Krzewy róż, które Anna prowadziła przez trzy sezony, ścięto prawie przy samej ziemi.
Usiadła powoli na ławce.
Nie płakała.
Łzy skończyły się wiele miesięcy wcześniej.
— Anna! — głos teściowej przeciął ciszę. — Gdzie ty się podziewasz? Czekam już godzinę! Kto pozmywa naczynia? I zupę trzeba poprawić, znowu jest za słona!
— Dzisiaj nie gotowałam zupy — odpowiedziała spokojnie, wchodząc do kuchni.
— No właśnie! Nawet obiadu nie zrobiłaś! Przyjeżdżasz, kiedy masz ochotę, jedzenia nie ma, porządku nie ma. Co z ciebie za gospodyni?
— To mój dom — powiedziała Anna bez drżenia w głosie. — Mój.
— Twój? — Halina parsknęła. — To dom Pawła. Ty jesteś tylko jego żoną. Lepiej pamiętaj, gdzie jest twoje miejsce.
Anna znalazła męża na werandzie.
Oglądał film bez dźwięku, żeby nie drażnić matki.
— Paweł, musimy porozmawiać. Tym razem naprawdę poważnie.
— Co znowu się stało? — westchnął i niechętnie zatrzymał nagranie.
— Twoja matka mieszka tutaj ponad rok. Zniszczyła moją rabatę i róże. Zdjęła moje zasłony. Rozkazuje mi w domu, który budowałam własnymi rękami. Nie mogę usiąść w swoim fotelu, bo teraz jest „jej”. Nie wolno mi słuchać muzyki. Nie mogę zaprosić koleżanek. Nie jestem w stanie wypić kawy bez wykładu o kofeinie. Przestałam czuć się tutaj gospodynią. Zrobiłeś ze mnie służącą.
— Aniu, przesadzasz — powiedział zmęczonym tonem. — Mama nie jest już młoda. Wszystko przychodzi jej trudniej. Wytrzymaj jeszcze trochę.
— Wytrzymać? — Anna zaśmiała się krótko.
Po raz pierwszy w tym śmiechu zabrzmiało coś chłodnego i twardego.
— Powtarzasz mi to od trzynastu miesięcy. „Wytrzymaj, przecież to mama”. Więc wytrzymywałam, Paweł. Bardzo długo. I dopiero teraz widzę, jak wielki popełniłam błąd.
— Co masz na myśli? — dopiero wtedy odłożył telefon.
— To, że nie zamierzam znosić tego ani dnia dłużej — odparła Anna i wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. — A skutek tej decyzji ci się nie spodoba.
Paweł wzruszył ramionami i ponownie uruchomił film.
Przywykł do tego, że żona się obraża.
Jej żal zawsze mijał.
Przynajmniej dotąd.
Tej nocy Anna nie zmrużyła oka.
Leżała w małym pokoju przechodnim, bo przestronną sypialnię od dawna zajmowała teściowa, i patrzyła w sufit.
Gniew, który gromadził się w niej przez ponad rok, przestał wrzeć.
Zastygł.
Stał się przejrzystym, lodowatym spokojem, a potem ułożył w całkowicie jasny plan.
Anna sięgnęła po telefon i zadzwoniła do siostry.
— Marto, śpisz? Potrzebuję pomocy. Tylko wysłuchaj mnie do końca i nie przerywaj.
Następny piątek zaczął się zupełnie zwyczajnie.
Paweł przyjechał do domku wcześniej niż żona. Halina już wydawała mu polecenia: kazała poprawić grządki i wymienić uszczelkę w kranie.
Anna pojawiła się przed południem.
Nie przyjechała jednak sama.
Tuż za jej samochodem na podwórze wtoczył się srebrny bus.
Boczne drzwi odsunęły się i ze środka zaczęli wysiadać pasażerowie.
Pierwsza pojawiła się Krystyna Zielińska, matka Anny. Miała siedemdziesiąt dwa lata, donośny głos, rumiane policzki i dwie ogromne torby na kółkach.
Za nią wysiadła Marta, siostra Anny.
Zaraz potem z busa wyskoczyli jej dziesięcioletni synowie bliźniacy, Kuba i Michał. Natychmiast zaczęli kopać piłkę tuż obok grządek.
Na końcu z auta zeskoczył niewielki terier o imieniu Fado i bez chwili wahania oznaczył róg werandy.
Paweł wyszedł na ganek.
Otworzył usta.
Zamknął je.
Po chwili spróbował jeszcze raz.
— Aniu… Co to wszystko znaczy?
— Co cię tak dziwi? — Żona uśmiechnęła się szeroko i niemal pogodnie. — To moja mama. Ciśnienie jej skacze, a lekarz polecił świeże powietrze. To Marta z chłopcami. Mają urlop, więc zostaną tutaj miesiąc. Dzieciom lepiej biegać po trawie, niż siedzieć w nagrzanym mieszkaniu.
— Jaki miesiąc? — Paweł wyraźnie zbladł. — Anna, ty mówisz poważnie?
— Jak najbardziej. Sam mi przecież tłumaczyłeś, że własnej matce nie można odmówić. Pamiętasz? Ja twoje słowa zapamiętałam doskonale.
Krystyna wchodziła już po schodach, uważnie rozglądając się po werandzie.
— Pawle, witaj! — zawołała śpiewnie. — Ależ tu pięknie! Aniu, macie duży telewizor? Wieczorem oglądam serial, inaczej nie zasnę.
— Duży, mamo, spokojnie — odpowiedziała Anna, przejmując jedną z toreb. — Chodź, pokażę ci pokoje.
— Anna, zaczekaj! — Paweł chwycił żonę za łokieć i odciągnął na bok. Mówił szybko i półgłosem. — Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co robisz? Mama oszaleje. Już teraz jest ciasno, a ty przywiozłaś cały tłum!
— Tłum? — Anna uniosła brwi. — To moja rodzina, Paweł. Kiedyś powiedziałeś mi: „Nie przesadzaj, lato szybko minie”. Więc ty też nie przesadzaj. Zresztą mama może zostać nie miesiąc, tylko dwa albo trzy.
— Ale to zupełnie inna sytuacja!
— Dlaczego inna?
— Bo… bo po prostu…
— Bo twoja matka jest nietykalna, a moja nie?
Paweł umilkł.
Anna spokojnie uwolniła ramię i weszła do domu.
Pierwsza awantura wybuchła po niespełna dwudziestu minutach.
Halina wyszła z kuchni i zobaczyła Krystynę siedzącą w jej ulubionym fotelu. Matka Anny rozkładała na stoliku karty i słuchała radia ustawionego bardzo głośno.
— To moje miejsce! — oburzyła się teściowa.
— Pani miejsce? — Krystyna spojrzała na nią z niewinną miną. — Ma pani akt własności fotela? Nie? To obowiązuje prosta zasada: kto pierwszy usiadł, ten siedzi.
— Paweł! — wrzasnęła Halina. — Paweł, co tu się dzieje?
— Mamo, to rodzina Anny — wymamrotał, stojąc w drzwiach.
Wyglądał, jakby znalazł się dokładnie pomiędzy dwoma pociągami pędzącymi wprost na siebie.
— Jaka rodzina? Mają natychmiast wyjechać! Potrzebuję spokoju, mam chore serce i wysokie ciśnienie!
— Ja też mam nadciśnienie — odparła Krystyna, nie odrywając wzroku od kart. — Do tego arytmię i problemy ze stawami. Dlatego zostaję w fotelu.
W tej samej chwili za oknem przemknęli bliźniacy.
Za nimi pognał Fado.
Chwilę później w powietrzu przeleciała bryła ziemi wyrwana z grządki.
— Moje warzywa! — Halina rzuciła się do okna. — Te dzieciaki zadepczą mi cały czosnek!
— To nie jest pani czosnek — powiedziała Anna, pojawiając się w drzwiach z tacą pełną filiżanek. — To moja ziemia. Wcześniej rosły tutaj moje róże, dopóki pani ich nie wykopała. Na pani miejscu nie martwiłabym się więc o los kilku główek czosnku.
— Paweł! — Halina odwróciła się gwałtownie do syna. — Słyszysz, jak ona się do mnie odzywa? Pozwalasz żonie mówić takim tonem do własnej matki?
— Mamo, uspokój się…
— Nie waż się mnie uspokajać! Natychmiast usuń tych ludzi z domu!
— Paweł — Anna postawiła tacę na stole — naprawdę chcesz wyrzucić moją mamę, siostrę i siostrzeńców? O ile pamiętam, twierdziłeś, że starszemu człowiekowi potrzebne jest świeże powietrze, a rodzinie nie wolno odmawiać. Czy ta zasada dotyczy wyłącznie pani Haliny?
Paweł nic nie odpowiedział.
Po raz pierwszy od trzynastu miesięcy zobaczył całą sytuację z drugiej strony.
I bardzo nie spodobało mu się to, co zobaczył.
Pod wieczór dom zamienił się w prawdziwy chaos.
Krystyna ustawiła telewizor niemal na maksymalną głośność. W studiu trwał krzykliwy program publicystyczny, a prowadzący wrzeszczał tak, że szyby lekko drżały.
Bliźniacy biegali od pokoju do pokoju, potrącali krzesła i śmiali się bez przerwy.
Fado odkrył grządkę z cebulą i z ogromnym zapałem zaczął kopać dołki, rozrzucając cebule po całym podwórzu.
Marta zajęła kuchnię, przygotowywała kolację dla licznej rodziny i fałszując, lecz z pełnym przekonaniem, śpiewała przebój z radia.
Halina zamknęła się w „swoim” pokoju, czyli w sypialni, która niegdyś należała do Anny i Pawła.
Nie wyszła stamtąd aż do rana.
Ściany były jednak cienkie, a chłopcy przestali biegać dopiero przed północą.
Następnego dnia napięcie jeszcze wzrosło.
Krystyna przeszła do otwartego natarcia.
— Pani Halino, co to za firany? — zapytała przy śniadaniu, które przygotowała bez pytania kogokolwiek o zgodę. — Te piwonie są wielkie jak dekoracja w świetlicy gminnej. Wcześniej Ania miała tutaj cudowne lniane zasłony, w pięknym, spokojnym kolorze. A pani powiesiła takie świecące tworzywo. Wygląda to zwyczajnie tanio.
— Nikt pani nie pytał o zdanie! — warknęła Halina.
— Ani nikt nie pytał Anny, gdy zdejmowano jej rzeczy — zauważyła spokojnie Krystyna. — Teraz przynajmniej jest sprawiedliwie.
— Paweł! — rozległ się dobrze wszystkim znany krzyk.
— Mamo, nic nie mogę zrobić — odpowiedział wyczerpany.
Na jego twarzy malowało się przerażenie człowieka stojącego w samym środku klęski żywiołowej.
— Jak to nic nie możesz? Jesteś mężczyzną czy nie?
— Jest tym mężczyzną, który przez ponad rok mówił żonie: „Wytrzymaj” — wtrąciła Anna, smarując kromkę masłem. — Teraz pani także może trochę wytrzymać. To przecież rodzina. Rodzinie się nie odmawia. Prawda, Paweł?
Widelec wypadł mu z dłoni. Wstał od stołu bez słowa i wyszedł.
Piątego dnia Halina spróbowała odzyskać kontrolę.
— Anna! Powiedz swojej matce, żeby nie ruszała moich naczyń! Psa trzeba przywiązać! A dzieci mają siedzieć w osobnym pokoju!
Anna podeszła do niej i zatrzymała się bardzo blisko.
Mówiła spokojnie, nawet się uśmiechała, lecz w tym uśmiechu było coś, co odbierało odwagę.
— Pani Halino, przez trzynaście miesięcy rządziła pani w moim domu. Zdjęła pani moje zasłony. Zniszczyła kwiaty, które pielęgnowałam latami. Zajęła pani naszą sypialnię. Nie pozwalała mi pani siadać we własnym fotelu. W mojej kuchni nazywała mnie pani złą gospodynią. Trwało to trzynaście miesięcy. A teraz nagle zrobiło się pani niewygodnie? To naprawdę niezwykłe. Pani nadal nie rozumie, co się tutaj dzieje?
— Zrobiłaś to specjalnie! — twarz Haliny poczerwieniała.
— Specjalnie? Ależ skąd. Po prostu troszczę się o własną matkę, dokładnie tak samo jak Paweł troszczył się o swoją. Wszystko jest uczciwe. A przecież nie zaprosiłam jeszcze wujka z żoną.
— Paweł! — wrzask poniósł się po całej działce.
Mąż pojawił się po minucie.
W ciągu pięciu dni jakby postarzał się o dziesięć lat.
— Aniu, porozmawiajmy — powiedział. — Spokojnie. Bez tej całej demonstracji.
— Dobrze — zgodziła się. — Przez trzynaście miesięcy próbowałam rozmawiać z tobą spokojnie. Za każdym razem odpowiadałeś: „Wytrzymaj”. Co się teraz zmieniło?
— Wszystko — Paweł ciężko usiadł na schodku. — Teraz rozumiem. Myliłem się. Nie powinienem był…
— Czego dokładnie nie powinieneś był robić? — zapytała Anna. — Przywozić matki bez mojej zgody? Pozwalać jej niszczyć to, co tworzyłam latami? Udawać, że nic się nie dzieje? Czy żądać ode mnie cierpliwości za każdym razem, gdy prosiłam cię o reakcję? Co dokładnie, Paweł?
— Wszystkiego — zakrył twarz dłońmi. — Wszystko zrobiłem źle.
— Dobrze — Anna usiadła obok. — W takim razie sam to napraw. Nie zrzucaj tego na mnie. To twoja matka i to ty przywiozłeś ją tutaj za moimi plecami. Dlatego teraz ty masz ją stąd zabrać. Najlepiej jak najszybciej.
Dziesiątego dnia Halina przyszła na śniadanie z gotową walizką.
Miała zaciśnięte usta i twarz ciemniejszą od burzowej chmury.
Krystyna siedziała w fotelu, spokojnie piła herbatę i wyglądała jak człowiek, który właśnie wygrał decydującą bitwę.
— Paweł, zawieź mnie do domu — powiedziała Halina głuchym głosem. — Nie da się tu dłużej wytrzymać. To nie domek letniskowy, tylko dom wariatów.
— Mamo, może jeszcze poczekasz…
— Powiedziałam, że masz mnie odwieźć. Natychmiast!
Paweł spojrzał na żonę.
Anna siedziała na werandzie z filiżanką kawy i patrzyła na puste miejsce po różach.
Jej twarz pozostawała całkowicie spokojna.
— Dobrze, mamo. Spakuj resztę rzeczy.
Samochód Pawła wyjechał za bramę.
Gdy tylko zniknął za zakrętem, Marta mrugnęła do siostry i klasnęła w dłonie.
— No to co? Operacja „Wielka przeprowadzka” oficjalnie zakończona?
— Zakończona — Anna objęła ją mocno. — Dziękuję. Tobie i mamie.
Krystyna podniosła się z fotela i odstawiła filiżankę.
— Aniu, dla ciebie mogłabym siedzieć tutaj jeszcze tydzień, ale dobrze, że nie było potrzeby. Chłopcy, pakujemy się! Babcia wraca do domu!
Bliźniacy natychmiast ucichli i zaczęli składać swoje rzeczy.
Fado, jakby również zrozumiał komendę, położył się na posłaniu i znieruchomiał.
Marta już wynosiła torby do busa.
— Jak ty sprawiłaś, że chłopcy zachowywali się w ten sposób? — zapytała Anna. — Przez dziesięć dni biegali po domu jak huragan.
— Sprawiłam? — Marta roześmiała się. — Dla nich to było najlepsze przedstawienie wakacji. Obiecałam podwójną porcję lodów temu, kto będzie głośniejszy i bardziej przekonujący. Powinnaś była zobaczyć, jak się starali.
— Urodzeni aktorzy — Anna pokręciła głową. — Cała nasza rodzina to jeden wielki teatr.
— Myślałaś, że zostawimy cię z tym samą? — Krystyna podeszła i ujęła córkę za rękę. — Kiedy zadzwoniłaś w środku nocy i wszystko opowiedziałaś, chciałam przyjechać od razu. Trzynaście miesięcy, Aniu. Dlaczego tak długo milczałaś?
— Miałam nadzieję, że Paweł sam zrozumie — odpowiedziała cicho. — Że pewnego dnia zobaczy, jak zachowuje się jego matka, i stanie po mojej stronie. W końcu jest moim mężem.
— Mężczyźni potrafią być zadziwiająco ślepi — westchnęła Krystyna. — Ale zrobiłaś dobrze. Nie wszczynałaś kolejnych bezsensownych awantur. Dałaś mu poczuć dokładnie to, co przez tyle czasu czułaś ty.
Dwie godziny później bus odjechał.
Anna została w domu sama.
Zdjęła z okien połyskującą firanę w piwonie, starannie ją złożyła i schowała do worka.
Potem poszła do szopy i odnalazła swoje oliwkowe zasłony.
Były pokryte kurzem, lecz nieuszkodzone.
Anna wyprała je, wysuszyła na świeżym powietrzu i ponownie zawiesiła w salonie.
Pokój ożył.
Znów zaczął oddychać.
Paweł wrócił pod wieczór.
Wszedł do salonu, stanął w progu i przez dłuższą chwilę patrzył na poruszające się lekko zasłony.
Potem usiadł na kanapie.
— Aniu — odezwał się cicho. Jego głos brzmiał inaczej niż zwykle. Nie było w nim ani zniecierpliwienia, ani odruchowej obrony. — Muszę ci coś powiedzieć.
— Słucham.
— Kiedy odwoziłem mamę do miasta, przypadkiem się wygadała.
— O czym?
— Przez cały ten czas wynajmowała swoje mieszkanie.
Anna powoli odwróciła się w jego stronę.
— Co powiedziałeś?
— Dwa dni po przeprowadzce tutaj znalazła lokatorów. Płacili jej cztery tysiące złotych miesięcznie, gotówką. Wszystko odkładała na konto oszczędnościowe.
Anna stała nieruchomo przez kilka sekund.
Potem usiadła bardzo powoli.
— Powtórz.
— Przez ponad rok wynajmowała mieszkanie. Nie potrzebowała świeżego powietrza. Chciała po prostu zarabiać. Tutaj miała darmowy dach nad głową, jedzenie i ciebie, która gotowała, prała oraz sprzątała.
W domu zapadła taka cisza, że z zewnątrz słychać było cykanie świerszczy.
— I dowiedziałeś się o tym dopiero dzisiaj? — zapytała Anna.
— Sama powiedziała o jedno zdanie za dużo. Narzekała na twoją mamę i nagle rzuciła: „Przez tę Krystynę lokatorzy zaraz mi uciekną, a nowych tak szybko nie znajdę”. Zatrzymałem samochód i zacząłem pytać. Najpierw wszystkiemu zaprzeczała, później przyznała się.
— Pięćdziesiąt dwa tysiące — obliczyła Anna bez chwili wahania. — Trzynaście miesięcy po cztery tysiące. Na naszym domu zarobiła ponad pięćdziesiąt tysięcy złotych.
— Aniu…
— Nie mów do mnie takim tonem — spojrzała mu prosto w oczy. — Przywiozłeś tutaj człowieka, który nas wykorzystywał. Przede wszystkim mnie. Moją pracę, mój dom i moją cierpliwość. A potem przez ponad rok kazałeś mi milczeć.
— Nie wiedziałem.
— Nie chciałeś wiedzieć, Paweł. To nie jest to samo.
Nie odpowiedział.
Anna podeszła do okna i przesunęła palcami po miękkim lnie.
Tkanina nadal była chłodna i delikatna, zupełnie jak trzynaście miesięcy wcześniej.
— Zadzwonię do mamy — powiedział Paweł. — Powiem jej, że już wszystko wiemy. I że…
— Że ma oddać pieniądze — dokończyła Anna. — Całe pięćdziesiąt dwa tysiące. Za każdy miesiąc, w którym mieszkała tutaj za darmo, podczas gdy ja dla niej gotowałam, sprzątałam i słuchałam, jak nazywa mnie beznadziejną gospodynią.
— Dobrowolnie tego nie zrobi.

— Zrobi — odparła spokojnie. — Bo inaczej o tej historii dowiedzą się twój brat, jego żona, wszyscy sąsiedzi i każda znajoma pani Haliny z osiedlowej grupy w internecie. Twoja matka ceni opinię ludzi nawet bardziej niż pieniądze.
— Bardzo się zmieniłaś — powiedział Paweł.
— Nie. Nadal jestem tą samą osobą. Po prostu już nie pozwalam sobą pomiatać. Nie myl jednego z drugim.
Anna otworzyła szeroko okno.
Do salonu wpadło chłodne nocne powietrze.
Oliwkowe zasłony znów się poruszyły, lekko i swobodnie.
Tak, jak powinny poruszać się od samego początku.
Trzy dni później na konto Anny wpłynęło pięćdziesiąt dwa tysiące złotych.

Cała suma, co do grosza.
Halina przelała pieniądze bez słowa. Nie zadzwoniła, nie napisała i nie próbowała się tłumaczyć.
Do tego czasu Krystyna zdążyła zupełnie przypadkiem opowiedzieć przy herbacie kilku znajomym historię o zaradnej emerytce, która wynajmowała własne mieszkanie, a sama przez ponad rok mieszkała za darmo u synowej.
Oczywiście nie podała żadnych nazwisk.
Mimo to wszyscy doskonale wiedzieli, o kogo chodzi.
Anna posadziła róże od nowa.
Na początku jesieni na młodych krzewach pojawiły się pierwsze kwiaty.