Wsiadając do warszawskiego metra, Joanna nagle zobaczyła byłą teściową, która pożyczyła od niej dużą sumę na własny kąt, a potem zniknęła bez śladu

Joanna usiadła na miejscu, które właśnie zwolniło się w wagonie metra, i sięgnęła do torebki po telefon. Chciała przejrzeć wiadomości, zanim pociąg przemknie przez kolejne tunele pod Warszawą.

Poranek był chłodny i wietrzny, dlatego po kilku minutach spędzonych na ulicy ciepło panujące w wagonie wydawało się wyjątkowo przyjemne.

Odwróciła głowę i nagle dostrzegła kobietę o twarzy tak znajomej, że przez chwilę zabrakło jej tchu.

To była osoba, która kilka lat wcześniej pożyczyła od Joanny sporą sumę pieniędzy, a później rozpłynęła się w mieście, jakby nigdy nie istniała.

Joanna doskonale pamiętała, ile razy po rozwodzie próbowała się do niej dodzwonić. Pamiętała też rozmowy z byłym mężem, który za każdym razem znajdował dla matki nowe usprawiedliwienie, aż w końcu po prostu zablokował numer Joanny.

Dyskretnie uruchomiła aparat i zrobiła kilka zdjęć, pilnując, by kobieta nie zauważyła uniesionego telefonu.

Potem otworzyła komunikator, wysłała fotografie mężowi i dopisała jedno krótkie zdanie.

Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast. Joanna uśmiechnęła się pod nosem. Paweł zawsze działał zdecydowanie i nie należał do ludzi, którzy godzinami rozważają każdą możliwość, zanim wykonają pierwszy krok.

Ciemne okulary przeciwsłoneczne, które miała w kieszeni płaszcza, okazały się teraz wyjątkowo przydatne.

Przez ostatnie lata Joanna bardzo się zmieniła. Ścięła włosy krótko, zaczęła farbować je na zupełnie inny kolor, a po urodzeniu syna jej sylwetka stała się pełniejsza.

Była prawie pewna, że nikt z dawnych znajomych nie rozpoznałby jej od razu.

Z głośników dobiegła zapowiedź stacji Młynów. Krystyna zaczęła się zbierać. Schowała reklamową ulotkę do torby, podniosła się z siedzenia i ruszyła w stronę drzwi.

Joanna również wstała, lecz trzymała się wśród innych pasażerów, nie chcąc podejść zbyt blisko byłej teściowej.

Tamta sobota sprzed sześciu lat na zawsze utkwiła jej w pamięci. Słońce świeciło wtedy ostro, a ciężkie chmury, które jeszcze dzień wcześniej wisiały nad miastem, zniknęły bez śladu.

Krystyna zjawiła się już rano. W rękach trzymała dużą torbę zielonych jabłek kupionych po drodze na bazarku.

— Asiu, może upieczemy szarlotkę? — zaproponowała, wchodząc prosto do kuchni, jakby była u siebie, i zaczęła wykładać zakupy na stół. — Popatrz tylko, jakie piękne. Twarde, soczyste, idealne do ciasta!

W tamtym czasie Joanna pracowała w dużej firmie i zarabiała na tyle dobrze, że w domu nie brakowało pieniędzy na codzienne potrzeby. Niedługo wcześniej sprzedała działkę po babci, położoną w niewielkiej wsi niedaleko Żyrardowa, dzięki czemu rodzinne oszczędności znacznie się powiększyły. Życie wydawało się spokojne, uporządkowane i bezpieczne, a najpoważniejsze problemy finansowe należały do odległej przeszłości.

— Wiesz, Asiu, mam do ciebie wielką prośbę — powiedziała Krystyna, odkładając ostatnie jabłko. Kiedy spojrzała na synową, jej twarz nagle spoważniała. — Potrzebuję siedemdziesięciu tysięcy złotych. Chcę kupić mały pokój w dawnym hotelu pracowniczym i wynajmować go lokatorom. Emerytura jest niska, a taki czynsz dawałby mi co miesiąc dodatkowy dochód.

Joanna odpowiedziała bez wahania. Nawet nie próbowała szukać powodu, by odmówić. Teściowa zawsze była wobec niej serdeczna: często dzwoniła, pytała o domowe sprawy, prosiła o pomoc przy zamówieniu czegoś przez internet albo znalezieniu potrzebnej informacji.

Wtedy Joannie wydawało się nie do pomyślenia, by odmówić komuś bliskiemu, kto znalazł się w takiej sytuacji.

— Oczywiście, że pani pomogę, pani Krystyno.

O pokwitowaniu, umowie czy jakimkolwiek formalnym zabezpieczeniu nikt nawet nie wspomniał. Joanna wierzyła, że wzajemne zaufanie w tej rodzinie jest trwałe jak skała.

— Jak leziesz, babo?! — wrzasnął korpulentny mężczyzna w średnim wieku, kiedy Joanna, wychodząc po schodach z przejścia podziemnego, przypadkiem zahaczyła o jego but.

— Przepraszam, nie zauważyłam — odpowiedziała cicho i przyspieszyła, bo bała się, że straci znajomą sylwetkę z oczu.

Krystyna szła powoli ulicą Górczewską, od czasu do czasu zatrzymując się przy witrynach niewielkich sklepów.

W osiedlowym spożywczaku kupiła bochenek krojonego chleba i karton mleka, po czym skręciła między szare dziewięciopiętrowe bloki z wielkiej płyty.

Budynki miały małe betonowe balkony przypominające pudełka. Zimą mieszkańcy często wystawiali na nie garnki i łatwo psującą się żywność, wykorzystując mróz jak dodatkową lodówkę.

Joanna przyspieszyła i zdołała wejść do klatki tuż za byłą teściową. Na drugim piętrze Krystyna niespodziewanie się zatrzymała i obejrzała, jakby wyczuła na plecach czyjś wzrok.

Joanna udała, że zamierza iść wyżej. Krystyna nie rozpoznała dawnej synowej. Po chwili uspokoiła się i zaczęła szukać kluczy w przepastnej torbie.

Joanna zniknęła za zakrętem schodów, wyjęła telefon i wysłała Pawłowi dokładny adres.

Pół godziny spędzone na półpiętrze ciągnęło się bez końca. Co chwilę miała ochotę zerknąć na ekran albo zejść na zewnątrz i przejść się kawałek, żeby rozruszać zdrętwiałe nogi.