— Nie zamierzam być darmową sprzątaczką dla twojej matki. Ma własną córkę — niech ona doprowadza jej mieszkanie do porządku! — powiedziała Ewa po ośmiu godzinach pracy z rocznym dzieckiem na rękach

Ewa jedną ręką przytrzymywała rocznego Kacpra, a drugą poprawiała zsunięty śliniaczek. Chłopiec wiercił się w spacerówce, wyciągał pulchne dłonie i usiłował złapać gołębie, które z wielką powagą maszerowały wzdłuż osiedlowego placu zabaw.

Dzień był wyjątkowo duszny. Powietrze stało nieruchomo, rozgrzane słońcem, a zwykły spacer przeciągnął się znacznie dłużej, niż Ewa planowała. Właśnie miała zawrócić w stronę domu, kiedy w kieszeni sukienki rozdzwonił się telefon.

Na ekranie zobaczyła imię męża.

— Cześć, kochanie. Jak tam w pracy?

— Normalnie. Słuchaj, mama przed chwilą dzwoniła. Po remoncie ma w mieszkaniu straszny bałagan i potrzebuje pomocy. Pojedziesz do niej jutro i wszystko posprzątasz.

Ewa zatrzymała wózek na środku alejki.

Marcin miał niezwykły dar przedstawiania własnych decyzji tak, jakby były już wspólnie uzgodnione. Nie pytał, czy żona ma czas, siłę albo ochotę. Po prostu oznajmiał jej, co ma zrobić.

— Co dokładnie trzeba tam posprzątać?

— Nic wielkiego. Zetrzeć kurz, umyć kilka rzeczy. Sama rozumiesz.

— Nie, nie rozumiem. Co oznacza „kilka rzeczy”?

— Ewa, mama sama sobie nie poradzi. Beata pracuje i nie ma czasu. A ty jesteś teraz na macierzyńskim, więc właściwie masz wolne.

Palce Ewy zacisnęły się mocniej na rączce wózka.

Wolne.

Jakby karmienie dziecka o każdej porze dnia i nocy, pranie stosów ubranek, gotowanie, sprzątanie, zmienianie pieluch i niekończące się pobudki były luksusowym urlopem w nadmorskim pensjonacie.

— Dobrze. Ale zabiorę Kacpra.

— Oczywiście. Mama lubi dzieci. Nie będzie jej przeszkadzał.

Przed urodzeniem syna Ewa pracowała jako fryzjerka w jednym z najbardziej cenionych salonów w centrum miasta. Klientki rezerwowały u niej terminy z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, a niektóre przekładały spotkania i brały wolne, byle tylko trafić właśnie do niej.

Wtedy Marcin chętnie opowiadał znajomym, że jego żona ma talent, jest rozchwytywaną specjalistką i zarabia naprawdę dobre pieniądze.

Po narodzinach Kacpra jego podejście zaczęło się jednak zmieniać.

Coraz częściej mówił, że Ewa „tylko siedzi w domu”, jakby dziecko wychowywało się samo, a mieszkanie sprzątało dzięki jakiejś niewidzialnej sile.

Następnego ranka Marcin, jak zwykle, wyszedł do pracy w zakładzie produkcyjnym.

Ewa spakowała pieluchy, butelki, mokre chusteczki, zapasowe ubranie, zabawki i kocyk. Nakarmiła Kacpra, ubrała go i ruszyła do teściowej.

Pani Jadwiga mieszkała niedaleko, w sąsiednim bloku z wielkiej płyty, na trzecim piętrze. Budynek nie miał windy.

Zanim Ewa wniosła po schodach spacerówkę, ciężką torbę i synka, ramiona zaczęły ją boleć.

Kacper marudził coraz głośniej. Zbliżała się pora jego drzemki, a w obcym miejscu chłopiec zwykle długo nie potrafił zasnąć.

Pani Jadwiga otworzyła niemal natychmiast.

— Ewuniu, nareszcie jesteś! Wchodź szybko. Już się bałam, że jednak nie przyjdziesz.

Teściowa miała na sobie czysty, wyprasowany szlafrok. Wyglądała na wypoczętą i pełną sił. Z pewnością nie przypominała osoby, która nie byłaby w stanie wziąć do ręki ścierki albo mopa.

Ewa przekroczyła próg i stanęła jak wryta.

Mieszkanie wyglądało, jakby przeszła przez nie wichura.

Na podłodze walały się kawałki gazet, folie ochronne i paski taśmy malarskiej. Na linoleum zastygły krople farby. Meble, parapety i kaloryfery pokrywała gruba warstwa szarego pyłu.

Ściany rzeczywiście były świeżo pomalowane na delikatny błękit, ale w wielu miejscach widniały na nich brudne ślady dłoni i narzędzi pozostawione przez ekipę remontową.

— I jak ci się podoba? — zapytała zadowolona pani Jadwiga, rozkładając ręce. — Ładnie wyszło, prawda? Tylko fachowcy zostawili po sobie potworny bałagan.

Kacper rozpłakał się na dobre.

Ewa zaczęła lekko kołysać wózkiem, próbując go uspokoić.

— Pani Jadwigo, co dokładnie mam zrobić?

— Nic szczególnego. Trzeba wszystko przetrzeć, porządnie umyć podłogi, doprowadzić okna do ładu. W łazience też jest okropnie. Beata, jak wiesz, pracuje od rana do wieczora. Ma odpowiedzialne stanowisko. A ty jesteś w domu, więc masz więcej czasu.

Ewa nie odpowiedziała.

Wyjęła z torby składany kojec i zaczęła rozstawiać go w przedpokoju.

Kiedy mocowała zatrzaski, teściowa stała obok i wymieniała kolejne zadania.

— Kuchnię trzeba wyszorować bardzo dokładnie. Panele są całe w tynku. Listwy przypodłogowe umyjesz w każdym pokoju. I nie zapomnij o balkonie. Po szlifowaniu ścian jest tam tyle pyłu, że nie da się oddychać.

— Beata dzisiaj nie przyjdzie? — zapytała Ewa.

— Oczywiście, że nie. Przecież jest w pracy. Tłumaczyłam ci, że odpowiada za księgowość w dużym markecie. Nie może ot tak wszystkiego rzucić.

Ewa posadziła Kacpra w kojcu i położyła obok niego kilka zabawek.

Chłopiec natychmiast chwycił kolorowe kółko od piramidki i wsunął je sobie do ust.

Pani Jadwiga przeszła do pokoju, zostawiając synową samą pośród poremontowego chaosu.

W kuchni było jeszcze gorzej niż w przedpokoju.

Panele ścienne pokrywały zaschnięte bryzgi gipsu. Na frontach szafek zostały tłuste odciski dłoni, a odpływ zlewu był zatkany kawałkami zaprawy, folii i innymi resztkami budowlanymi.