Byłam przekonana, że pożegnanie człowieka, którego kochałam przez całe życie, okaże się najboleśniejszą próbą, jaką kiedykolwiek przyjdzie mi przejść. Nie wiedziałam jeszcze, że prawdziwy powód jego niespodziewanego powrotu do mojego życia poznam dopiero wtedy, gdy jego już nie będzie.
Deszcz cicho bębnił o szybę salonu w niewielkim wynajmowanym mieszkaniu, a ja siedziałam przy stole i bezmyślnie mieszałam łyżeczką kawę rozpuszczalną. Nawet ona stała się wydatkiem, nad którym musiałam się zastanawiać. Miałam siedemdziesiąt trzy lata i po ponad pół wieku znów mieszkałam w mieście, z którego wyjechałam jako siedemnastolatka. Patrząc przez okno, odnosiłam dziwne wrażenie, że te ulice pamiętają mnie lepiej niż ja je.
Emerytura nie wystarczała na spokojne życie. Wyciągnęłam więc z szuflady stary pielęgniarski identyfikator, przypięłam go do nowego fartucha i zatrudniłam się w miejscowym szpitalu. Po tylu latach znów robiłam właściwie to samo, czym zajmowałam się przed odejściem na emeryturę.
Sama emerytura po prostu nie wystarczała.
Powrót w rodzinne strony był osobliwym doświadczeniem. Budynki się zmieniły, sklepy miały inne szyldy, a ulice wyglądały wężej, niż zapamiętałam. A jednak gdzieś pod powierzchnią wszystko wydawało się dokładnie takie jak dawniej.
Nigdy nie wyszłam za mąż. Nie miałam również dzieci. Przez lata zdarzały mi się randki, poznawałam porządnych, życzliwych mężczyzn, z kilkoma mogłabym być szczęśliwa. Tylko że żaden z nich nie był Andrzejem.
Andrzej.
Nie wypowiedziałam tego imienia na głos od ponad pięćdziesięciu lat.
Był moją pierwszą miłością. Mieliśmy wtedy po siedemnaście lat i oboje byliśmy wystarczająco młodzi, żeby wierzyć, że słowo „zawsze” jest obietnicą, której nie da się złamać. Ja dostałam się do szkoły pielęgniarskiej w innym mieście. On postanowił zostać i pomagać ojcu w rodzinnym sklepie gospodarczym.
— Proszę cię, Heleno, nie wyjeżdżaj — powiedział Andrzej na dworcu autobusowym, trzymając mnie za ręce tak mocno, jakby siłą mógł zatrzymać odjeżdżający autobus.
— Muszę, kochanie. Zbyt długo na to pracowałam.
— Więc właśnie łamiesz mi serce.
To był ostatni raz, kiedy go widziałam.
Przynajmniej przez kolejne pięćdziesiąt sześć lat byłam o tym przekonana.
Telefon zadzwonił tak gwałtownie, że drgnęłam i rozlałam trochę kawy na spodek. Zanim podniosłam słuchawkę, wiedziałam już, kto dzwoni.
— Helenko, kochana, Roman z tej strony. Pomyślałem, że sprawdzę, jak radzi sobie moja ulubiona kuzynka.
Ulubiona kuzynka.
Przez trzydzieści lat niemal ze sobą nie rozmawialiśmy. Odkąd jednak wróciłam do miasta, Roman zaczął telefonować niemal co tydzień. Zawsze brzmiał serdecznie, energicznie, jak troskliwy krewny, który nagle przypomniał sobie o rodzinnych więzach. Tyle że każda rozmowa wcześniej czy później prowadziła do tych samych tematów.
— I jak mieszkanie? — zapytał. — Wynajem w naszym wieku potrafi człowieka zrujnować, prawda?
— Daję sobie radę, Roman.
— A wszystkie sprawy masz uporządkowane? Dokumenty? Testament? Wiesz, samotna kobieta powinna szczególnie o to zadbać.
Zmusiłam się, by mój głos zabrzmiał pogodnie.
— Wszystko jest w porządku. Naprawdę.
— Ja na przykład przed śmiercią cioci Wandy odwiedzałem ją co tydzień. Pomagałem we wszystkim. W papierach, rachunkach, banku. Rodzina przecież powinna się sobą zajmować, prawda?
Kawa nagle wydała mi się bardziej gorzka niż wcześniej.
Nie potrafiłam wskazać, co dokładnie było nie tak. Roman nie powiedział przecież niczego otwarcie groźnego. A jednak sposób, w jaki przeciągał słowa „rodzina” i „sprawy”, sprawił, że poczułam nieprzyjemne ukłucie w żołądku.
— To bardzo troskliwe z twojej strony — odpowiedziałam. — Muszę kończyć. Niedługo zaczynam zmianę.
Odłożyłam słuchawkę, zanim zdążył zatrzymać mnie przy telefonie na kolejne pół godziny.
Szpitalny korytarz pachniał dokładnie tak, jak pachną chyba wszystkie szpitale: środkiem dezynfekującym, czystą pościelą i cichym ludzkim lękiem. Pchałam wózek, sprawdzając numery sal. Nie było jeszcze dziesiątej, a moje nogi już dawały znać o wieku.
Sala numer dwieście dwadzieścia.
Nowy pacjent. Leczenie długoterminowe.
Otworzyłam drzwi, weszłam do środka i z przyzwyczajenia spojrzałam do karty.
Mój wzrok przesunął się po pierwszej linijce.
I zatrzymał.
Andrzej.
Przez kilka sekund wpatrywałam się w nazwisko pod imieniem, jakbym zapomniała, jak się czyta.
Nie.
To nie mógł być on.
Ilu Andrzejów mogło mieszkać w całym województwie? Tysiące. Dziesiątki tysięcy.
Podniosłam oczy.
Mężczyzna leżący na łóżku patrzył prosto na mnie.
Rozpoznałam go natychmiast.
Pięćdziesiąt sześć lat nie wystarczyło, by wymazać tę twarz z mojej pamięci.
Był znacznie chudszy, niż powinien. Choroba odebrała mu kolor, zaostrzyła rysy i pozostawiła na twarzy ślad długiego cierpienia. Włosy miał siwe, dłonie wychudzone.
Ale oczy pozostały takie same.
Dokładnie tymi oczami patrzył na mnie jako siedemnastolatek, kiedy na dworcu błagał, żebym nie odjeżdżała.
Uśmiechnął się.
Nie jak człowiek zaskoczony przypadkowym spotkaniem.