— Jak długo potrafisz działać bez przerwy? I od razu wymień gwarancje.
— Jakie znowu gwarancje?
— No przecież właśnie próbujesz mi się zareklamować. Pomyślałam więc, że warto poznać wszystkie parametry.
— Kobiety za mną przepadają.
— Wszystkie bez wyjątku?
— Prawie wszystkie.
— I żadna jeszcze nie zostawiła ci opinii?
Mam na imię Agnieszka, mam czterdzieści sześć lat i jeszcze całkiem niedawno szczerze wierzyłam, że mężczyźni po pięćdziesiątce stają się spokojniejsi, rozsądniejsi i zaczynają choć odrobinę bardziej realistycznie oceniać własne zalety. Wydawało mi się, że wraz z wiekiem człowiek nabiera dystansu do siebie i nie musi już bez końca udowadniać światu swojej wyjątkowości. Okazało się jednak, że nie wszyscy z biegiem lat mądrzeją. Niektórzy po prostu dostają więcej czasu, żeby opowiadać innym, jacy są wspaniali.
Marka poznałam na portalu randkowym. Miał pięćdziesiąt dwa lata. Na zdjęciach sprawiał wrażenie człowieka poważnego, statecznego i dobrze poukładanego. Na jednej fotografii stał obok samochodu. Na drugiej pozował przy ogrodowym grillu. Na trzeciej opierał się o sporego SUV-a, który — jak później się dowiedziałam — wcale nie należał do niego, tylko do sąsiada. Krótko mówiąc, klasyczny zestaw zdjęć mężczyzny bardzo pragnącego wyglądać na bardziej zamożnego, niż wskazywałaby na to jego rzeczywista sytuacja.
Pisaliśmy ze sobą niezbyt długo, mniej więcej dziesięć dni. I niemal od samego początku zauważyłam u Marka pewną szczególną cechę. Bardzo lubił opowiadać o sobie. Chociaż nie, „lubił” to zdecydowanie za słabe określenie. On uwielbiał mówić o sobie i najchętniej prowadził każdą rozmowę właśnie w taki sposób, żeby ostatecznie wszystko sprowadzało się do jego osoby.
Gdyby gdzieś organizowano mistrzostwa świata w opowiadaniu o własnej wielkości, Marek nie tylko zdobyłby pierwsze miejsce. Najprawdopodobniej sam wręczyłby sobie puchar, medal oraz dyplom, a potem wygłosił przemowę o tym, jak bardzo na nie zasłużył.
Początkowo podchodziłam do tego spokojnie. Pomyślałam, że facet po prostu bardzo siebie lubi. Zdarza się. Nie każdy musi być przesadnie skromny. Najważniejsze, żeby miłość do własnej osoby pozostawała jeszcze w granicach zdrowego rozsądku.
Jak bardzo się myliłam.
Umówiliśmy się w niewielkiej piekarni połączonej z kawiarnią, niedaleko centrum. Miejsce było przyjemne i spokojne. Kawa naprawdę dobra, ciasta całkiem smaczne, a atmosfera taka, że ludzie przychodzili tam porozmawiać i odpocząć, a nie demonstrować swój status wysokością rachunku.
Przyjechałam punktualnie. Jak normalny dorosły człowiek. Jeżeli umawiam się z kimś na osiemnastą, to o osiemnastej jestem na miejscu.
Nie o osiemnastej dwadzieścia cztery.
A właśnie o tej godzinie pojawił się Marek. Specjalnie spojrzałam wtedy na zegarek i zapamiętałam dokładny czas.
Przez dwadzieścia cztery minuty zdążyłam zamówić kawę, zjeść kawałek sernika i kilka razy pomyśleć, że mężczyzna albo się zgubił, albo zwyczajnie zmienił zdanie i wcale nie zamierza przychodzić.
Nie. On po prostu się spóźniał.
I co najciekawsze, nie wyglądał na człowieka, który widzi w tym jakikolwiek problem.
Podszedł do mojego stolika i rzucił swobodnie:
— Cześć.
Spojrzałam na zegarek. Potem na niego. Po chwili ponownie na zegarek.
Zauważył.
— Korki.
Oczywiście. Korki. W mieście, w którym droga od jego domu do tej kawiarni zajmowała mniej więcej siedem minut.
Nie jestem jednak osobą, która lubi urządzać sceny przy pierwszej możliwej okazji, więc nic nie powiedziałam. Marek podszedł do lady i zamówił dla siebie kawę. Osobno. Od razu. Z całkowitą pewnością.
Zrobił to tak szybko i sprawnie, jakby wcześniej ćwiczył ten manewr w domu przed lustrem.
I właśnie wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że jego spóźnienie być może wcale nie było przypadkowe.
Gdyby przyszedł punktualnie, musielibyśmy razem podejść do lady, wybierać zamówienie i być może płacić w tym samym momencie.
A tak ja zdążyłam już kupić sobie wszystko sama.
Wygodnie. Praktycznie. Oszczędnie.
Strategia godna ministerstwa finansów.
Prawdziwy spektakl rozpoczął się jednak dopiero chwilę później. Marek postanowił szczegółowo opowiedzieć mi o swoich życiowych osiągnięciach.
Byłam przygotowana na historie o własnym biznesie, dalekich podróżach, ciekawych przedsięwzięciach albo czymś, co rzeczywiście mogłoby robić wrażenie.
Jakże byłam naiwna.
Pierwszym wielkim sukcesem na jego liście okazało się mieszkanie.
— Mam mieszkanie.
— To dobrze.
— Własne.
— Świetnie.
— Po babci.
Przez chwilę nie bardzo wiedziałam, jak na to zareagować. Zwykle ludzie chwalą się raczej tym, do czego doszli sami, ale nie zamierzałam rozpoczynać dyskusji. Mieszkanie to mieszkanie. Niech będzie.
Następnie rozmowa zeszła na samochód.
— Auto mam niezawodne.
— To dobrze.
— Już piętnaście lat jeździ.
O mało nie zapytałam, czy nie powinien powoli zacząć załatwiać dla niego emerytury, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam.
Potem przyszła kolej na zarobki.
I tutaj Marek wyprostował plecy wyjątkowo dumnie.
— Pensję mam dobrą.
W myślach przygotowałam się na jakąś naprawdę imponującą sumę.
— Pięć tysięcy osiemset miesięcznie.
Wypowiedział te słowa takim tonem, jakby właśnie poinformował mnie o zakupie prywatnej wyspy na środku oceanu.
Skinęłam głową.
Bardzo delikatnie.
Nie chciałam przecież przypadkiem jednym nieostrożnym gestem zniszczyć człowiekowi samooceny.
Po mieszkaniu odziedziczonym po babci i samochodzie, który miał już piętnaście lat, wydawało mi się, że zapas spektakularnych osiągnięć został wyczerpany.
Ale gdzie tam.
Marek dopiero nabierał rozpędu.
Powoli rozmowa zaczęła skręcać w stronę jego niezwykłej popularności wśród kobiet.
Jak się okazało, kobiety go uwielbiały. Kobiety go pragnęły. Kobiety traciły dla niego głowę. Z jego opowieści można było wręcz odnieść wrażenie, że czasem gotowe są się o niego pokłócić, byle tylko znaleźć się w jego pobliżu.
Słuchałam tego wszystkiego i z każdą kolejną minutą coraz bardziej podejrzewałam, że chyba rozmawiamy o jakimś zupełnie innym Marku.
Bo ten Marek, który siedział przede mną, spóźnił się prawie pół godziny i pił najtańszą kawę dostępną w menu.
Opowiadał natomiast o sobie co najmniej tak, jakby był gwiazdą znaną w całym kraju.
W końcu przeszedł do argumentu, który najwyraźniej uważał za najważniejszy.
Do swoich wyjątkowych talentów w łóżku.
I właśnie wtedy ostatecznie zrozumiałam, że los rzeczywiście podarował mi niezapomniany wieczór.
Tak zabawnej prezentacji własnej osoby naprawdę dawno nie słyszałam.
Marek reklamował się z taką powagą, jakby przygotowywał tekst do eleganckiego katalogu produktu klasy premium.
— Kobiety są mną zachwycone.
— Mhm.
— Żadna nigdy nie narzekała.
— Wspaniale.
— Ze mną zawsze jest dobrze.
— Jak cudownie.
— Na pewno nie pożałujesz.
Po tych słowach zrobił pauzę.
Bardzo znaczącą.
Moim zdaniem nawet trochę przesadnie znaczącą.
Następnie spojrzał na mnie z pełnym przekonaniem i powiedział:
— Możemy pojechać do mnie.
Popatrzyłam na niego.
Potem na swoją filiżankę.
I ponownie na niego.
Właśnie wtedy doszłam do wniosku, że naprawdę nie mam już ochoty grzecznie uczestniczyć w przedstawieniu, które sam zorganizował.
Skoro człowiek postanowił zaprezentować siebie jako ekskluzywny produkt najwyższej jakości, potencjalna klientka ma przecież pełne prawo zapoznać się z parametrami.
Uśmiechnęłam się więc i zapytałam spokojnie:
— Dobrze. A jakie dajesz gwarancje?
Zamarł.
— W jakim sensie?
— W dosłownym. Jakie gwarancje?
— Jakie jeszcze gwarancje?
— Że rzeczywiście będzie mi się podobało.
Mrugnął.
Raz.
Potem drugi.
Po chwili trzeci.
A ja nagle poczułam prawdziwy przypływ inspiracji.
— Sam przed chwilą powiedziałeś, że jesteś w tej dziedzinie wyjątkowym specjalistą. Rozumiem więc, że istnieją jakieś konkretne wskaźniki skuteczności?
Marek zaczął się czerwienić.
Najpierw odrobinę.
Ale ja nie zamierzałam się zatrzymywać.
— Ile minut potrafisz wytrzymać bez przerwy?
Nagle się zakrztusił.
Uznałam, że mogę mu trochę pomóc.
— Trzydzieści minut?
Cisza.
— Całą godzinę?
Cisza zrobiła się jeszcze bardziej wymowna.
— Czy może właśnie omawiamy wyłącznie wersję reklamową, w której producent nie przewidział żadnych danych technicznych?
W tym momencie Marek wyglądał, jakby najbardziej na świecie chciał natychmiast przenieść się do swojego mieszkania.
Dla mnie jednak zabawa dopiero się zaczynała.
— A opinie masz?
— Jakie opinie?
— Od wdzięcznych i zadowolonych klientek.
Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Ty się ze mnie nabijasz?
— Absolutnie nie. Po prostu chcę poznać szczegóły.
— Jakie znowu szczegóły?
— Bardzo istotne. Przecież sam urządziłeś tutaj prezentację.
Było widać, że zaczyna się denerwować.
Po chwili zaczął się złościć.
Następnie znowu wyglądał bardziej na zestresowanego niż wściekłego.
Obserwowanie tej przemiany było naprawdę fascynujące.
Jeszcze kilka minut wcześniej siedział przede mną człowiek, który z ogromną pewnością siebie szczegółowo wyjaśniał, jak bardzo jest wyjątkowy.
Wystarczyło jednak zadać kilka konkretnych pytań i cały system kompletnie się zawiesił.
Dokładnie jak stary komputer.
Postanowiłam nawet trochę mu pomóc.
— Może masz jakąś listę najważniejszych zalet?
— Ty jesteś nienormalna.
— Dlaczego?
— Jakich jeszcze zalet?
— Na razie usłyszałam tylko o mieszkaniu po babci i samochodzie, który przeżył już piętnaście lat.
Po tym zdaniu Marek ostatecznie stracił cały swój wcześniejszy blask.
Dosłownie z niego uszło powietrze.
Jak z balonika, który przypadkiem spotkał się z igłą.
Przez cały wieczór sprawiał wrażenie pewnego siebie, niezwykle ważnego i przekonanego o własnej wyjątkowości. Każde zdanie wypowiadał z miną człowieka, który nie ma najmniejszych wątpliwości, że siedząca naprzeciwko kobieta powinna czuć się zaszczycona samą jego obecnością.
Ale wystarczyło zacząć zadawać pytania wymagające czegoś więcej niż pustych deklaracji.
I nagle okazało się, że za efektowną fasadą kryje się zupełnie zwyczajny mężczyzna z ogromnym wyobrażeniem o sobie oraz prawie zerową gotowością do potwierdzania własnych słów.
Do domu wróciłam sama.
Kilka dni później dostałam od niego wiadomość.
Marek napisał mi, że współczesne kobiety stały się zdecydowanie zbyt wymagające.
Śmiałam się bardzo długo.
Bo mężczyzna, który przez dobrych dwadzieścia minut opowiadał o swojej niezwykłości, szczerze poczuł się obrażony, gdy poprosiłam, żeby choć w najmniejszym stopniu tę niezwykłość udowodnił.
Wtedy ostatecznie zrozumiałam jedną prostą rzecz.
Im głośniej człowiek reklamuje samego siebie, tym dokładniej warto zapoznać się z instrukcją obsługi.
Bo czasem pod pięknym i efektownym opakowaniem znajduje się produkt, który panicznie boi się nawet najbardziej podstawowych pytań.
A jeżeli mężczyzna zaczyna oblewać się rumieńcem już po zwykłej prośbie: „wymień swoje najważniejsze zalety”, być może jego największą zaletą jest właśnie umiejętność zakończenia randki w odpowiednim momencie i zostawienia kobiecie reszty wieczoru na coś naprawdę przyjemnego i interesującego.
Analiza psychologa
Podobny sposób zachowania można spotkać u osób, których samoocena jest bardzo wysoka na poziomie słownych deklaracji, a jednocześnie niezwykle niestabilna. Tacy ludzie nieustannie mówią o własnych zaletach, ponieważ potrzebują ciągłego potwierdzania swojej wartości. Dopóki otoczenie spokojnie słucha, przytakuje, okazuje podziw i nie zadaje niewygodnych pytań, taki mechanizm działa znakomicie. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś zaczyna prosić o konkretne przykłady. Wówczas wcześniej demonstrowana pewność siebie potrafi zniknąć niemal natychmiast.
W tej sytuacji znamienne było również to, że Marek próbował przekonać kobietę o swojej wartości niemal wyłącznie za pomocą słów, nie wspierając ich rzeczywistym zachowaniem. To właśnie dlatego kilka prostych pytań wywołało w nim tak silną, wręcz bolesną reakcję. Dopóki mógł sam decydować, jak wygląda opowieść o jego wyjątkowości, czuł się swobodnie. Kiedy jednak rozmowa przestała być jednostronną prezentacją i pojawiła się potrzeba skonfrontowania deklaracji z konkretami, jego pewność siebie gwałtownie osłabła.
Najważniejszy wniosek jest dość prosty: człowiek, który naprawdę jest pewny siebie, zazwyczaj nie potrzebuje długotrwałej autopromocji. Jego cechy z czasem stają się widoczne same, bez prezentacji na dwadzieścia slajdów i bez niekończących się opowieści o tym, jak bardzo jest wyjątkowy, atrakcyjny czy niezastąpiony.