Helena Majewska ostrożnie rozwinęła na stole w wiejskim ośrodku zdrowia przemoczoną, ciężką kurtkę, w którą owinięto noworodka.
Maleństwo prawie się nie poruszało. Skóra miała sinawy odcień, usta były niemal bezbarwne, a oddech tak płytki i rzadki, że trzeba było wpatrywać się w drobną klatkę piersiową, by dostrzec, że jeszcze się unosi. Pępowinę ktoś związał wąskim paskiem materiału wyrwanym z chustki Agnieszki.
— Przynieście termofory! — poleciła stanowczo Helena. — Tylko ostrożnie, żeby go nie poparzyć. I ciepłą wodę, szybko!
Maria Kaczmarek rzuciła się w stronę pieca. Stanisław Wróbel stał nieruchomo przy drzwiach, przemoczony do suchej nitki. Siwe włosy przykleiły mu się do czoła. Dopiero po chwili zauważył, że ręce drżą mu tak mocno, iż nie potrafi ich uspokoić.
— On żyje? — zapytał niemal szeptem.
— Jeszcze oddycha.
Helena przycisnęła dziecko do własnej piersi, wsunęła je pod ciepły sweter i zaczęła delikatnie rozcierać jego maleńkie plecy.
— Karetka ze szpitala powiatowego jedzie?
— Jedzie — odpowiedział sołtys. — Ale po tych ulewach droga zamieniła się w błoto. Powiedzieli, że wcześniej niż za godzinę nie dotrą.
Helena spojrzała na niego ponuro.
— Za godzinę lekarze mogą mu już nie być potrzebni.
Maria odwróciła się do ściany i szybko się przeżegnała.
Wieść o znalezionym dziecku rozeszła się po okolicy błyskawicznie. Kobiety z najbliższych domów zaczęły przynosić koce, czyste pieluszki i świeże kozie mleko. Jedna rozpaliła drugi piecyk, inna postawiła na kuchence duży czajnik. Niewielkie pomieszczenie wkrótce wypełniło się ludźmi, lecz wszyscy mówili półgłosem.
Każdy nasłuchiwał słabego oddechu niemowlęcia.
Po kilku minutach chłopczyk nagle rozchylił usta i wydał z siebie cichy, ochrypły pisk. Bardziej przypominał urwany jęk niż płacz.
Maria rozpłakała się natychmiast.
— Słyszeliście? Zapłakał!
— Ciszej! — skarciła ją Helena, chociaż sama szybko otarła łzę rękawem. — Niech nie traci sił.
Karetka dotarła dopiero po półtorej godzinie. Dziecko zabrano do szpitala, a Helena pojechała razem z nim.
Ciało Agnieszki przeniesiono do pustej sali w miejscowej świetlicy. Kobiety umyły ją, ubrały w czystą sukienkę i delikatnie zamknęły jej oczy.
Na materiale na wysokości piersi pozostał ślad maleńkiej dłoni — niewielka ciemniejsza plama na wilgotnej tkaninie.
Etap drugi. Wiadomość na drugi koniec Polski
Dodzwonienie się do Pawła graniczyło z cudem.
Pracował daleko od domu przy robotach leśnych. Telefon był tylko w biurze kierownika bazy, a łączność działała kapryśnie. Sołtys wysłał pilną wiadomość, ale wszyscy rozumieli, że zanim dotrze do adresata, może minąć kilka dni.
Stanisław postanowił więc pojechać do miasta powiatowego i spróbować zadzwonić stamtąd.
Przesiedział kilka godzin przy punkcie telefonicznym, podczas gdy pracownica próbowała połączyć go z odległą bazą. W słuchawce raz pojawiał się głos, po chwili znikał w trzaskach i szumie.
— Pan Paweł? — niemal krzyczał Stanisław. — Dzwonię z domu! Słyszy mnie pan?
— Słyszę… Kto mówi?
— Stanisław Wróbel. Z naszej wsi.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Co się stało z Agnieszką?
Stanisław zacisnął powieki.
Znów zobaczył przed sobą rozmokłe pole, resztki starego stogu i młodą kobietę leżącą w deszczu. Zobaczył także płaszcz, którym osłoniła dziecko, sama pozostając niemal bez ochrony przed zimnem.
— Paweł, musisz się trzymać. Agnieszka urodziła.
Przez kilka sekund słychać było tylko trzaski.
— Urodziła? Przecież to jeszcze za wcześnie… Chłopiec czy dziewczynka?
— Chłopiec.
— Żyje?
— Jest w szpitalu. Lekarze robią wszystko, co mogą.
— A Agnieszka?
Stanisław otworzył usta, ale pierwsza próba wypowiedzenia tych słów zakończyła się milczeniem.
— Paweł… Agnieszki już nie ma.
W tej samej chwili połączenie się urwało.
Kiedy udało się zadzwonić ponownie, kierownik powiedział Stanisławowi, że Paweł osunął się na podłogę tuż obok telefonu. Zabrano go do zakładowego punktu medycznego.
Następnego dnia ruszył do domu. Najpierw jechał samochodem służbowym, później zabrał się ciężarówką jadącą w stronę większej miejscowości, a ostatnią część trasy pokonał pociągiem.
Podróż zajęła niemal trzy doby.
Zdążył na pogrzeb.
Kiedy wysiadł z samochodu, wyglądał jak człowiek starszy o wiele lat. Był nieogolony, blady, wyczerpany, a w ręce ściskał zabrudzoną torbę podróżną. Na widok zamkniętej trumny znieruchomiał.
— Przecież jej obiecałem — powiedział w końcu. — Obiecałem, że wrócę.
Ludzie stali wokół, lecz nikt nie wiedział, jak się do niego zbliżyć.
Pierwsza podeszła Maria. Bez słowa objęła go mocno.
— Czekała na ciebie, Pawle. Do końca wierzyła, że zdążysz.
— Dlaczego poszła sama?
— Chciała dotrzeć do ośrodka zdrowia.
— Dlaczego nie zawołała sąsiadów?
Maria bezradnie rozłożyła ręce.
— Kogo miała wołać? Przy leśnej osadzie były wtedy zamieszkane tylko cztery domy. Najbliżsi sąsiedzi rano pojechali do miasta.
Paweł uklęknął przy trumnie.
— Aga… wybacz mi.
Etap trzeci. Pogrzeb bez syna
Chłopca nie przywieziono na pogrzeb matki.