Dzwonek odezwał się dokładnie o umówionej godzinie. Wygładziłam włosy, jeszcze raz spojrzałam na nakryty stolik w salonie i poszłam otworzyć drzwi.
Na klatce stał Marek. Miał pięćdziesiąt siedem lat. Poznaliśmy się miesiąc wcześniej na wernisażu, a potem kilka razy spotkaliśmy się przy kawie w centrum Krakowa. Teraz uparł się, żeby przyjechać do mojego mieszkania. Właściwie nie tyle zaproponował wizytę, ile wyraźnie się o nią dopominał.
— Katarzyno, ile można siedzieć po kawiarniach? Przyjadę do ciebie, spokojnie porozmawiamy w domowej atmosferze — przekonywał mnie poprzedniego wieczoru swoim miękkim, niemal aksamitnym głosem.
Zgodziłam się. Był piątek. Po ciężkim tygodniu pracy nie miałam ochoty prowadzić samochodu, krążyć po ulicach w poszukiwaniu miejsca do parkowania ani przekrzykiwać gwaru w restauracyjnej sali.
Marek wszedł do środka w porządnym wełnianym płaszczu. Miał wypastowane półbuty i pachniał drogimi perfumami. Jego ręce były jednak zupełnie puste.
Odruchowo spojrzałam pod nogi. Może odstawił gdzieś torbę albo bukiet, kiedy zdejmował rękawiczki? Nie. Nie przyniósł ani jednego kwiatu, ani pudełka czekoladek, ani nawet butelki wina. Na pierwsze domowe spotkanie zjawił się tak swobodnie, jakby wrócił właśnie po pracy do własnego mieszkania.
Nie dałam po sobie poznać zdziwienia i zaprosiłam go do salonu. Na stoliku czekały już starannie ułożone przekąski. Nie zamierzałam spędzać tego wieczoru przy kuchence.
Po pierwsze, kieruję zespołem w firmie i w piątkowe wieczory marzę przede wszystkim o ciszy oraz odpoczynku. Po drugie, uważam, że zaproszenie mężczyzny do domu nie oznacza automatycznie obowiązku udowadniania mu, ile godzin kobieta potrafi spędzić przy garnkach.
Kupiłam znakomite sery z małej serowarni, winogrona, orzechy, świeżą bagietkę i wędzonego pstrąga. Z szafki wyjęłam butelkę dobrego wytrawnego wina, którą od dawna zachowywałam na wyjątkową okazję. Wydawało mi się, że na spokojną rozmowę i miły wieczór to zupełnie wystarczy.
Marek ciężko opadł na fotel i omiótł wzrokiem stół. Najpierw uniósł brwi, a później jego twarz przybrała wyraz rozczarowania, jakby właśnie odkrył coś bardzo niestosownego.
— To są przekąski przed kolacją? — zapytał, sięgając z wyraźną niechęcią po kawałek sera.
— To nasza lekka kolacja — odpowiedziałam. — Jeśli jesteś bardzo głodny, możemy zamówić steki z restauracji przy rynku albo coś z pobliskiego baru z polską kuchnią. Mają świetne pierogi i zupę, dostawa powinna potrwać najwyżej czterdzieści minut.
Wtedy Marek rozpoczął swój występ. Odsunął talerz, oparł się wygodniej i skrzyżował ramiona na piersi. Wyglądał, jakby przyszedł przeprowadzić kontrolę u niekompetentnej pracownicy.
— Kasiu — zaczął mentorskim tonem — muszę przyznać, że bardzo mnie rozczarowałaś. Jestem przyzwyczajony do normalnego, domowego jedzenia: żurku, pieczonego mięsa, świeżo upieczonego ciasta. Restauracje i jedzenie z dostawą są wulgarne. To tylko namiastka prawdziwej kuchni. Kobieta powinna przyjąć mężczyznę serdecznie i pokazać troskę, przygotowując dla niego własnoręcznie kolację. A ty podajesz kupny ser i proponujesz telefon do dostawcy… W twoim wieku można by oczekiwać poważniejszego podejścia do przyjmowania gości.
Siedziałam naprzeciwko i słuchałam w milczeniu. Potrzebowałam chwili, żeby uwierzyć, że ta rozmowa naprawdę się odbywa.
Marek miał pięćdziesiąt siedem lat. Sam nalegał, żeby przyjechać do mieszkania kobiety, której prawie nie znał. Nie przyniósł ze sobą niczego, nawet drobnego gestu uprzejmości, a teraz rozsiadł się w moim fotelu i pouczał czterdziestopięcioletnią, niezależną kobietę, ile pracy powinna wykonać dla jego wygody.
Poczułam, jak wewnątrz narasta we mnie zimna złość. Na zewnątrz zachowałam jednak spokój. Przez lata nauczyłam się, że opanowany ton najlepiej działa na ludzi, którzy mylą czyjąś kulturę osobistą z gotowością do znoszenia bezczelności.
Powoli odstawiłam kieliszek na stolik i wstałam.
— Wiesz, Marku — powiedziałam cicho — w jednej sprawie muszę się z tobą zgodzić. Tradycje rzeczywiście zasługują na szacunek.
Jego twarz natychmiast złagodniała. W oczach pojawiło się zadowolenie. Najwyraźniej uznał, że mnie zawstydził i za chwilę pobiegnę smażyć kotlety albo lepić pierogi.
— Skoro jednak mówisz o tradycyjnym podziale ról — ciągnęłam, patrząc mu prosto w oczy — to przypomnij sobie również, jaka była rola mężczyzny. Ten, kto oczekiwał obfitego posiłku, nie przychodził do gospodyni z pustymi rękami. Kiedyś przynosił zdobycz, dziś może kupić produkty na targu. Może też przynieść kwiaty kobiecie, która przygotowała się na jego przyjęcie. Mężczyzna również powinien włożyć w spotkanie trochę wysiłku.
Marek zamrugał nerwowo. Zadowolony uśmiech zniknął z jego twarzy.
— Nie przyniosłeś niczego — powiedziałam wyraźnie, nadal nie podnosząc głosu. — Nawet zwykłej czekolady do kawy. Nie wydałeś na ten wieczór ani złotówki i nie zrobiłeś nic, żeby okazać mi szacunek. Za to oczekujesz obsługi jak w eleganckiej restauracji, a krytykujesz jedzenie, które kupiłam za własne pieniądze.
