Randkowanie po trzydziestym piątym roku życia to zupełnie inna dyscyplina niż dawniej — chwilami wręcz sport ekstremalny. Nie wystarczy już jedno spojrzenie, żeby całkowicie stracić głowę. Hormony nie zagłuszają rozsądku, a każdego potencjalnego „księcia” ocenia się przez pryzmat doświadczeń, które zdążyło się zebrać. A jednak, mimo całej ostrożności, nadal pozostajemy kobietami. Gdzieś głęboko w środku wciąż liczymy na drobny cud. Ja również dałam się tej nadziei ponieść, kiedy poznałam czterdziestoletniego Marka.
Zupy i dania jednogarnkowe
Marek pracował jako inżynier projektant. Podczas naszych trzech pierwszych spotkań w kawiarni sprawiał całkiem dobre wrażenie. Opowiadał o służbowych wyjazdach, wypowiadał się na temat polityki, komplementował mój sposób ubierania się, a pewnego razu zapłacił nawet za moją kawę — w dzisiejszych czasach niemal bohaterski gest. Zawsze wyglądał schludnie: wyprasowana koszula, czyste buty, zadbany wygląd. Ogólnie wydawał się rozsądnym, sympatycznym i pozytywnym mężczyzną, którego z jakiegoś powodu życie rodzinne dotąd omijało.
„Pewnie jest po prostu zbyt wymagający” — pomyślałam naiwnie. Zachęcona tymi spotkaniami, zaprosiłam go do siebie na niedzielną kolację.
Psychologiczna samopomoc i treningi motywacyjne
Przygotowania do jego wizyty przypominały planowanie ważnej operacji. Postanowiłam trafić do niego przez żołądek. A co mogłoby zrobić na mężczyźnie większe wrażenie niż idealny, gęsty barszcz o głębokim, rubinowym kolorze? Wstałam o ósmej rano i pojechałam na targ po porządną wołowinę z kością. Kupiłam wiejską śmietanę tak gęstą, że łyżka mogła w niej stać. Do barszczu upiekłam czosnkowe bułeczki — miękkie, lekkie i delikatne, niemal rozpływające się w dłoniach. Zapach roznosił się po całym mieszkaniu tak intensywnie, że byłam pewna, iż sąsiedzi na klatce schodowej przełykają ślinę.
Nakryłam stół w pokoju dziennym. Położyłam lniany obrus, ustawiłam głębokie talerze i dopracowałam każdy szczegół. Włożyłam elegancką domową sukienkę, poprawiłam włosy i zaczęłam czekać.
Dokładnie o szóstej wieczorem zadzwonił dzwonek.
Otworzyłam drzwi z lekkim uśmiechem, jak przystało na serdeczną gospodynię. Na progu stał Marek. Jego ręce były absolutnie puste. Nie przyniósł kwiatów. Nie miał nawet najzwyklejszego pudełka czekoladek. Nie przyniósł chleba, owoców ani czegokolwiek, co choćby symbolicznie świadczyłoby o tym, że zamierza uczestniczyć w wieczorze. Czterdziestoletni mężczyzna przyszedł na kolację do kobiety z pustymi rękami.
— Cześć! — rzucił wesoło, zdejmując kurtkę. Wciągnął powietrze i dodał: — Pachnie dokładnie jak w stołówce przy moim instytucie badawczym. No dobrze, nakładaj, bo od rana żyję na kanapkach.
Pierwszy sygnał ostrzegawczy nie zabrzmiał w mojej głowie cicho. Odezwał się jak dzwon kościelny. „Jak w stołówce” — pomyślałam. Dobrze, może po prostu nie potrafi się wysławiać. W końcu jest inżynierem, nie poetą.
Wypieki
Usiedliśmy przy stole. Z namaszczeniem postawiłam przed nim talerz gorącego, pachnącego barszczu. Obok znajdował się koszyczek ze świeżymi czosnkowymi bułeczkami oraz miseczka domowej śmietany. Marek wziął łyżkę.
Zatrzymałam oddech, czekając na tę szczególną chwilę, gdy mężczyzna spróbuje dania i powie: „To jest niesamowite”.
Nabrał trochę zupy, ostrożnie na nią dmuchnął i włożył łyżkę do ust. Przeżuł powoli. Jego twarz przybrała wyraz surowego jurora oceniającego danie w finale konkursu kulinarnego.
Po chwili sięgnął po kolejną łyżkę, ale tym razem nie jadł. Zaczął drobiazgowo przeglądać zawartość talerza, jakby wykonywał ekspertyzę albo prowadził sekcję zwłok.
— Cóż mogę powiedzieć… — odezwał się w końcu. Odsunął koszyczek z bułeczkami, żeby nic nie zasłaniało mu widoku. — Ogólnie da się zjeść. Na pewno nie wyjdę stąd głodny.
Zamrugałam kilka razy, próbując ustalić, czy właśnie usłyszałam komplement.
— Ale są pewne szczegóły, Anno — ciągnął, wyławiając łyżką kawałek kapusty. Przyglądał mu się z ogromną uwagą. — Na przykład kapusta. Pokroiłaś ją zdecydowanie za grubo. Moja mama tnie ją o wiele cieniej. Prawie na przezroczyste paseczki, żeby rozpływała się w wywarze. A u ciebie pływają jakieś wielkie łaty.
Siedziałam naprzeciwko niego i czułam, jak mój uprzejmy uśmiech powoli znika, ustępując miejsca czemuś znacznie chłodniejszemu. Marek jednak nie zauważył zmiany atmosfery. Wręcz przeciwnie — najwyraźniej coraz bardziej podobała mu się rola eksperta.
Przybory kuchenne i nakrycie stołu
— Z wywarem też nie jest najlepiej — stwierdził, kręcąc głową. — Kolor całkiem dobry, buraków nie pożałowałaś, ale smak jest za mało intensywny. Moja mama dodaje odrobinę octu i cukru, wtedy wszystko jest odpowiednio zrównoważone. Tutaj wyszło trochę mdło. A śmietana jest ze sklepu?
— Z targu. Domowa — odpowiedziałam możliwie najchłodniej.
— Naprawdę? Dziwne… ma jakiś niewłaściwy kwaśny posmak. Wiesz, Anno, barszcz to cała sztuka. Trzeba go czuć. Oczywiście starałaś się, to się chwali. Jak na współczesną kobietę, jest nawet nieźle, ale do barszczu mojej mamy jeszcze bardzo ci daleko. Czeka cię sporo nauki.