— Mamo, dlaczego przyjaciółka babci śpi w moim łóżku?
Joanna nie od razu zrozumiała, o co pyta syn.
Dopiero wróciła z pracy. W jednej ręce trzymała torbę z zakupami, drugą próbowała rozpiąć płaszcz, a jednocześnie słuchała ośmioletniego Olka, który stał pośrodku przedpokoju z miną człowieka, któremu właśnie całkowicie pomieszały się zasady świata.
— Jaka przyjaciółka?
Chłopiec bez słowa wskazał drzwi swojego pokoju.
Joanna zajrzała do środka.
I zamarła.
Na łóżku syna, przykrytym narzutą w samoloty, leżała obca starsza kobieta.
W skarpetkach.
Z tabletem opartym na kolanach.
Obok, na krześle, stał kubek, a na podłodze leżała otwarta torba podróżna.
Kobieta podniosła wzrok.
— O, ty pewnie jesteś Joasią?
Joanna powoli odwróciła głowę.
W korytarzu stały jeszcze cztery wielkie torby.
Na jej wieszaku wisiał nieznany płaszcz.
Z kuchni dobiegał zapach smażonej cebuli, duszonej kapusty i czegoś ciężkiego, gęstego, zupełnie obcego w jej własnym mieszkaniu.
Wtedy z kuchni wyszła teściowa.
— Joasiu! Nareszcie! Już myślałyśmy, że wrócisz później.
Halina uśmiechała się tak, jakby wpadła tylko na chwilę przy kawie.
Miała na sobie kuchenny fartuch Joanny, a w dłoni ściskała jej ulubioną drewnianą łyżkę.
— Pani Halino… — powiedziała powoli Joanna. — Kto leży w pokoju Olka?
— To Krystyna. Moja kuzynka.
— Dlaczego leży w pokoju mojego syna?
Teściowa machnęła ręką.
— Zmęczyła się po podróży. Jechałyśmy od rana pociągiem podmiejskim, złapało ją w krzyżu. Przecież nie położę starszej osoby na podłodze.
— A gdzie będzie spał Olek?
— Boże, Joasiu, przecież dopiero jest dzień.
W środku Joanny coś nieprzyjemnie się zacisnęło.
— A wieczorem?
Halina zawahała się.
Tylko przez chwilę.
Ale Joanna to zauważyła.
— Jakoś się zobaczy.
I wtedy już wiedziała.
To nie była wizyta.
To była przeprowadzka.
Mieszkanie należało do Joanny.
Nie było nowe, ale miało trzy pokoje i dużo przestrzeni. Dostała je po babci. Nie „kiedyś, w spadku”, lecz oficjalnie jeszcze wtedy, gdy studiowała na ostatnim roku.
Babcia wcisnęła jej wtedy klucze do dłoni i powiedziała:
— Zapamiętaj jedno. Własny dom to nie tylko ściany. To miejsce, w którym nikt nie ma prawa decydować za ciebie.
Joanna roześmiała się wtedy.
Miała dwadzieścia jeden lat. Słowa babci wydawały jej się piękne, ale zbyt poważne i odległe.
Teraz, stojąc w przedpokoju wśród cudzych bagaży, przypomniała je sobie słowo w słowo.
Z Markiem była zamężna od siedmiu lat.
Po ślubie to on wprowadził się do niej. Tak było wygodniej: nie musieli płacić czynszu, mogli odkładać pieniądze i spokojnie wychowywać dziecko.
Marek naprawdę angażował się w życie domu.
Wymienił kran.
Pomagał zrywać starą tapetę.
Skręcił szafę.
Kiedy zepsuła się pralka, dołożył pieniądze do nowej.
Joanna nigdy nie powiedziała mu:
„To nie jest twój dom”.
Przeciwnie — zawsze uważała, że jest ich wspólny.
Tyle że prawnie mieszkanie wciąż pozostawało jej własnością.
Do tego dnia nikomu nie przeszkadzała różnica między tymi dwoma określeniami.
Marek wrócił około dziewiątej wieczorem.
Do tego czasu Halina zdążyła już dwa razy przemeblować lodówkę, skrytykować przyprawy Joanny i poinformować Olka, że „mężczyzna powinien znosić niewygody”.
Chłopiec siedział w sypialni rodziców.
— Tato!
Wybiegł do Marka.
— W moim pokoju śpi jakaś kobieta.
Marek spojrzał na syna, a potem na żonę.
— A więc już się poznałyście.
Joanna nic nie odpowiedziała. Tylko ruchem głowy wskazała mu sypialnię.
Marek ciężko westchnął, zanim jeszcze padło jakiekolwiek pytanie.
I wtedy Joanna zrozumiała, że on wiedział o wszystkim.
Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, zapytała:
— Na jak długo?
— Kto?
— Nie udawaj.
Marek usiadł na łóżku.
— U mamy trwa remont domu.
— Jaki remont?
— Dach.
— I co z tego?
— Nie można tam teraz mieszkać.
— Jak długo?
— Nie wiem. Miesiąc, może trochę dłużej.
Joanna skrzyżowała ręce na piersi.
— A Krystyna po co tu jest?
— Mamie samej będzie trudno.
— Czyli twojej mamie trudno mieszkać tutaj samej, więc potrzebuje jeszcze jednej osoby, która również zamieszka z nami?
— Joanno…
— Dlaczego mnie nie zapytałeś?
Marek przetarł twarz dłonią.
— Bo wiedziałem, że zaczniesz.
— Co zacznę?
— To wszystko.
— „To wszystko” oznacza pytanie, dlaczego w moim mieszkaniu zamieszkały dwie dorosłe osoby bez mojej zgody?
Marek uniósł na nią zirytowany wzrok.
— Znowu „moim”.
Joanna zamilkła.
— Marku, nie wydaje ci się dziwne, że słowo „nasz” przypominasz sobie dopiero wtedy, kiedy chcesz decydować o czymś, co należy do mnie?
— A tobie nie wydaje się dziwne, że mieszkanie jest dla ciebie ważniejsze niż rodzina?
— Nie. Dziwne wydaje mi się nazywanie rodziną ludzi, którzy nawet nie zapytali, czy mogą przekroczyć próg.
Marek położył się i odwrócił twarzą do ściany.
— Jestem zmęczony. Porozmawiamy jutro.
Rozmowa rzeczywiście się skończyła.
Joanna jednak prawie nie spała tej nocy.
Przez pierwsze dni naprawdę próbowała znosić sytuację.
Dla męża.
Dla spokoju.
Dla tego słowa „rodzina”, którym teraz wymachiwano jej przed nosem za każdym razem, gdy próbowała wprowadzić jakiekolwiek zasady.