Marek wszedł do mieszkania i już w progu uderzył kolanem w dziecięcą hulajnogę.
Hulajnoga odbiła się od ściany, kierownica zabrzęczała o listwę przypodłogową i zatrzymała się na środku przedpokoju, jakby sama rozumiała, że znalazła się w niewłaściwym miejscu.
Z trzech żarówek w korytarzu świeciła tylko jedna. Na wieszaku wisiała obca kurtka — a właściwie kurtka Kuby, której Marek wcześniej po prostu nie zauważył. Znowu coś kupiono bez jego wiedzy.
— Agnieszka! — zawołał w głąb mieszkania. — Chyba prosiłem, żeby usunąć tę hulajnogę z przejścia.
Z pokoju dobiegło szybkie stukanie klawiszy, a po chwili skrzypnięcie odsuwanego krzesła.
Agnieszka pojawiła się w przedpokoju z telefonem przyciśniętym ramieniem do ucha i ołówkiem w dłoni. Myślami wciąż tkwiła w służbowych tabelach. Włosy miała niedbale związane, rękawy koszuli podwinięte aż do łokci.
— Cześć, Marku. Prosiłeś. Powiedziałam Kubie, żeby ją schował. Zaraz to zrobi.
— „Zaraz” — przedrzeźniał ją, zdejmując buty. — Czy w tym domu ktoś potrafi zrobić coś od razu, a nie dopiero kiedyś?
— Ktoś w tym domu jest na nogach od szóstej rano — odpowiedziała spokojnie Agnieszka. — Kolacja jest gotowa. Kuba odrobił matematykę. Zosia jest w łazience.
Marek przeszedł do kuchni, podniósł pokrywkę garnka i spojrzał do środka z miną człowieka, który odkrył coś wyjątkowo obraźliwego.
W garnku leżało sześć gotowych kotletów.
— Co to jest?
— Kolacja.
— To są mrożone kotlety z pudełka, Agnieszko. Pracuję po dwanaście godzin, kieruję trzydziestoma osobami, w tym miesiącu podpisałem kontrakt na chłodnie dla trzech zakładów, a wracam do domu na kotlety z paczki.
— Wracasz do gorącej kolacji — odparła. — Przyjechałam o dziewiętnastej. Ugotowałam kaszę, zrobiłam sałatkę i odgrzałam kotlety. Jeśli marzą ci się domowe gołąbki, możesz je przygotować.
— Chcę, żeby dom był domem, a nie miejscem, przez które wszyscy tylko się przewijają.
Marek usiadł przy stole.
Talerz demonstracyjnie odsunął od siebie, lecz po chwili i tak zaczął jeść, patrząc przed siebie.
Agnieszka nastawiła czajnik, zdjęła z suszarki rajstopy Zosi i zaczęła składać je na brzegu stołu.
Nieustannie musiała wyszarpywać dla siebie pojedyncze minuty.
Trzy tutaj.
Pięć tam.
Traktowała czas niemal jak pieniądze.
— Nawet spokojnie zjeść nie można — syknął Marek. — Zabierz te szmaty ze stołu.
— To weź łyżkę i nakarm Zosię, a ja je schowam.
— Ja dopiero przyszedłem do domu!
— Ja też dopiero wróciłam z pracy.
Zaśmiał się krótko.
— Pracy. Jasne.
Agnieszka spojrzała na niego.
— Pracuję w reasekuracji. Obliczam ryzyko: że fabryka spłonie, statek osiądzie na mieliźnie, ładunek zatonie. Dostaję za to pensję.
— Pensję? Grosze. Twoja wypłata to jedna trzecia mojej kwartalnej premii. Nie rozśmieszaj mnie.
— Zarabiam jedenaście tysięcy złotych i ta kwota będzie rosła.
Marek odłożył widelec.
— O, jedenaście tysięcy. W takim razie mogę ci je wypłacać, a ty znowu usiądziesz w domu. Wszyscy będą szczęśliwi. Tylko zadbaj, żeby w domu było normalnie: nie mrożone kotlety i hulajnoga na środku przejścia.
Agnieszka patrzyła na niego przez kilka sekund.
— Nie będziesz mi nic wypłacał.
— Dlaczego?
— Bo przez siedem lat mi nie płaciłeś. Dawałeś mi pieniądze, Marku. Jak żołd.
Wstał, zaniósł talerz do zlewu i oczywiście go nie opłukał.
Robił tak zawsze.
Cichy stuk naczynia oznaczał, że zakończył swoją część rodzinnego życia.
Z łazienki Zosia krzyknęła, że woda jest zimna.
W pokoju Kuba głośno tłumaczył komuś przez telefon zasady gry komputerowej.
— Marku — powiedziała Agnieszka. — Porozmawiajmy poważnie. Naprawdę potrzebuję pomocy.
Odwrócił się.
— Pomocy? Zaczyna się.
— Chodzi tylko o trzy rzeczy. W czwartki, wracając, wstąpisz do sklepu z listą. Sklep masz po drodze, to dodatkowe siedem minut. Dwa wieczory w tygodniu odrobisz z Kubą lekcje. I będziesz wynosił śmieci, kiedy wychodzisz zapalić.
— To wszystko?
— Wszystko.
— Świetnie.
Marek oparł ramię o framugę.
— A teraz moje trzy punkty. Nie rozpakowuję zakupów. Nie siedzę nad dziecięcymi ćwiczeniami. Nie noszę worków ze śmieciami jak jakiś dozorca. Mam trzydzieści osób pod sobą. Pół miasta zna mnie z targów branżowych i konferencji. Nie będę chodził z koszykiem po sklepie jak pantoflarz.
— Czyli wstydzisz się przynieść do domu mleko?
— Nie wstydzę się.
— To o co chodzi?
— To nie pasuje do mojego statusu.
Agnieszka powoli usiadła na stołku i oparła dłonie na stole.
— Nie pasuje do statusu — powtórzyła. — Marku, mamy dwoje dzieci. Nie urodziłam ich wyłącznie dla siebie.
— Ty urodziłaś. Ja utrzymywałem rodzinę. Każdy robił swoje.
— Przez siedem lat zajmowałam się całym twoim życiem. Zrezygnowałam z firmy, która chciała wysłać mnie do centrali. Nie pracowałam zawodowo, żebyś codziennie miał wyprasowane koszule, gorącą zupę i porządek.
— I co z tego? — podniósł głos. — Mam ci wręczyć medal? Powiesić tablicę na klatce? Nie pracowałaś w kopalni. Siedziałaś w domu!
— Nie siedziałam. Pracowałam. Tylko bez pensji, urlopu, zwolnień lekarskich i wolnych weekendów.