„Sam decyduję, na co wydaję swoje pieniądze” — powiedział, gdy zabrał pieniądze na zakupy, by naprawić samochód. Wtedy Marta spakowała mu walizki

— Marek, zrobiłeś zakupy, czy znowu wszystko zignorowałeś?

Marta zadała to pytanie już od progu, nawet nie zdążywszy rozpiąć kurtki. W jednej ręce trzymała laptop i torbę z pracy, w drugiej małą reklamówkę z jogurtem kupionym po drodze. Przez cały dzień prawie nic nie jadła. Najpierw miała dwa przeciągające się zebrania, potem spotkanie z klientem, a na koniec niemal trzy godziny spędziła nad raportami. Marzyła tylko o spokojnej kolacji, gorącym prysznicu i wcześniejszym pójściu spać.

Z salonu dochodziły odgłosy gry komputerowej. Po kilku sekundach odezwał się zirytowany głos jej partnera:

— Jakie zakupy?

Marta powoli zamknęła drzwi. Zerknęła w stronę kuchni i od razu domyśliła się, jak potoczy się dalsza rozmowa.

— Zwykłe zakupy, Marku. Te, na które rano dałam ci siedem tysięcy złotych. Dokładnie wypisałam, co trzeba kupić: mięso, mleko, warzywa, jajka, kasze i coś na śniadanie.

Marek wyszedł z salonu dopiero po chwili. Miał na sobie sprane dresy i domową koszulkę, a w dłoni wciąż ściskał kontroler. Na jego twarzy nie było nawet cienia zakłopotania. Wyglądał raczej na człowieka rozgniewanego tym, że ktoś przerwał mu grę.

— Pamiętam — mruknął niechętnie. — Nie zrobiłem zakupów.

— Dlaczego?

— Pieniądze były potrzebne na coś innego.

Marta odstawiła torbę na szafkę.

— Na co?

— Na samochód. Zawieszenie znowu zaczęło stukać. Przecież ci mówiłem.

Przez moment tylko na niego patrzyła, jakby liczyła na to, że usłyszała kiepski żart.

— Chcesz powiedzieć, że wziąłeś pieniądze przeznaczone na jedzenie i wydałeś je na naprawę swojego samochodu?

— Nie wszystkie. Zostało jakieś osiemset złotych.

— Osiemset?

— No tak. O co ci chodzi? Samochód też jest potrzebny. Przecież nim jeżdżę.

Marta nic nie odpowiedziała. Poszła do kuchni i otworzyła lodówkę. Na jednej półce stał prawie pusty słoik musztardy, obok leżał wyschnięty kawałek sera. Znalazła jeszcze butelkę wody i plastikowy pojemnik z dwiema łyżkami wczorajszej kaszy. Na drzwiach samotnie spoczywało jedno jajko.

Poza tym nie było nic.

Z bezsilnego oburzenia Marta parsknęła krótkim śmiechem.

— Wspaniale. Po prostu cudownie.

— Och, Marta, tylko się nie nakręcaj — odezwał się Marek z korytarza. — Możemy przecież raz zamówić gotowe jedzenie.

Zamknęła lodówkę.

— Za co?

— Co to znaczy „za co”?

— Dokładnie to, co słyszysz. Kto zapłaci za dostawę? Masz jakieś pieniądze?

Marek skrzywił się z niezadowoleniem.

— Teraz nie. Wypłatę dostanę dopiero za trzy dni.

— A gdzie podziała się wypłata, którą dostałeś dwa tygodnie temu?

— Daj spokój. To moja sprawa. Sam decyduję, na co wydaję zarobione pieniądze.

Właśnie te słowa ostatecznie wyczerpały cierpliwość Marty.

Nie dlatego, że usłyszała je po raz pierwszy. Przez ostatni rok stały się stałym elementem ich wspólnego życia. Marek wciąż powtarzał, że nikomu nie musi tłumaczyć swoich wydatków, że sam zarabia i ma prawo przeznaczać pieniądze na własne przyjemności.

Był tylko jeden problem.

Jedzenie, rachunki, internet, środki czystości i wszystko inne, dzięki czemu mieszkanie nadawało się do życia, pojawiało się jakby samo. Marek nie interesował się tym, skąd się bierze.

— Dobrze — powiedziała Marta z niezwykłym spokojem. — Skoro własnymi pieniędzmi dysponujesz wyłącznie według własnego uznania, od tej chwili sam będziesz się utrzymywał.

Marek prychnął.

— Znowu zaczynasz kazanie?

— Nie. Żadnych więcej kazań. Spakuj swoje rzeczy.

Nie od razu zrozumiał.

— Co?

— Ubrania do walizki i wynoś się stąd.

Marek roześmiał się szczerze, jakby Marta właśnie powiedziała coś wyjątkowo absurdalnego.

— Mówisz poważnie?

— Jak najbardziej.

Minęła go i weszła do sypialni. Otworzyła szafę, wysunęła dolną szufladę z jego koszulkami, a z pawlacza wyjęła dużą walizkę — jedną z dwóch, z którymi Marek pojawił się kiedyś w jej mieszkaniu. Postawiła ją na podłodze i rozsunęła zamek.

— Naprawdę robisz awanturę o siedem tysięcy?

— Nie, Marku. O cały rok, który na ciebie straciłam.

Zaczęła wrzucać jego koszulki do walizki. Zwykle składała ubrania starannie, lecz tym razem chwytała całe stosy i bezładnie upychała je w środku.

Kiedy się poznali, Marek zrobił na niej dobre wrażenie.

Pracował jako kierownik w sklepie z częściami samochodowymi, regularnie chodził na siłownię i jeździł używanym autem, któremu poświęcał chyba więcej uwagi niż wszystkim ludziom wokół.

Mieszkał wtedy z bratem w wynajmowanym lokalu.

Marcie podobała się jego swoboda, poczucie humoru i umiejętność znalezienia rozrywki nawet w zwyczajny wieczór. Sama pracowała bardzo dużo, więc wierzyła, że przy tak energicznym człowieku łatwiej będzie jej odpocząć i oderwać się od zawodowych obowiązków.

Po mniej więcej pół roku Marek zaproponował wspólne zamieszkanie.

A właściwie przedstawił to jako oczywiste rozwiązanie: razem będzie wygodniej i taniej.

Marta miała własne dwupokojowe mieszkanie. Kupiła je kilka lat przed poznaniem Marka. Pieniądze zaczęła odkładać jeszcze podczas studiów. Później rodzice pomogli jej z częścią kwoty, a resztę spłaciła sama.