„A co, ja jestem sama?” – Niezwykła historia Anny, jej futrzastej rodziny i serca, które odmienia losy porzuconych dusz!

„A co, ja jestem sama?” — z nutką zdziwienia i uśmiechem na ustach odpowiadała Anna. — „Skądże znowu, przecież mam wielką rodzinę!”
Anna od kilku lat zamieszkuje samotnie mały domek na skraju wioski. Niektórzy mogliby uznać to za nieszczęście, lecz ilekroć ktoś zapytał ją o samotność, Anna tylko się uśmiechała:
„Czyżbym była sama?” — wołała. — „Mam przecież taką ogromną rodzinę!”
Wiejskie kobiety z sceptycznym uśmiechem kiwały głowami, a za jej plecami spoglądały na siebie ukradkiem i kręciły palcem przy skroni: dziwaczka. Opowiada o „ogromnej rodzinie”, choć przecież nie ma ani męża, ani dzieci, jest sama jak ten kukułczy ptak…
Te właśnie „kukułki” – psy i koty – Anna uważała za swoją rodzinę. Nie obchodziło jej, co myśleli sąsiedzi, bo według ich zasad, jeśli już trzymać zwierzęta, to z pożytkiem: krowę lub kury, psa – i to jednego – do pilnowania, no i kota na myszy.
A Anna miała pięć kotów i cztery psy. Co więcej, wszystkie, wyobraźcie sobie, mieszkały w domu, a nie na podwórku. Taka już była jej rodzina i żadna inna.
Za plecami nazywano ją dziwaczką i obmawiano, wiedząc, że mówić Annie nic nie ma sensu, bo ona tylko by się roześmiała:
„Nie, nie, zimna na dworze mają pod dostatkiem, a w domu wszystkim jest lepiej!”
Pięć lat temu Anna w jednej chwili straciła męża i syna. Wrócili z ryb, kiedy na drodze uderzyła w nich ciężarówka.
Kiedy Anna wreszcie doszła do siebie, uświadomiła sobie, że nie może dłużej mieszkać w mieszkaniu, gdzie wszystko przypominało jej o ukochanych osobach, nie mogła chodzić po tych samych ulicach ani robić zakupów w znajomych sklepach. A do tego te współczujące spojrzenia sąsiadów…
Pół roku później sprzedała mieszkanie i z jedyną kotką Manią przeprowadziła się do małej wioski pod Kurskiem, kupując domek na obrzeżach. Latem zajmowała się ogrodem, a zimą znajdowała pracę w stołówce powiatowego centrum.
Tak oto u samotnej kobiety gromadziła się ta „wielka rodzina” dusz, również kiedyś okaleczonych i samotnych. Ale dobre, ciepłe serce Anny stopniowo ich uzdrawiało, a oni odpłacali jej tym samym.
Miłości i ciepła starczało absolutnie dla wszystkich.
Z jedzeniem, oczywiście, życie nie było łatwe, jednak Anna dawała sobie radę: wiedziała, że nie da się uratować wszystkich bez końca, i za każdym razem obiecywała sobie: „ani jednego więcej”.
W marcu, gdy już liczono na wiosnę, po kilku ciepłych dniach nagle powrócił prawdziwy mróz, z wiatrem i śniegiem zasypującym ścieżki, tak że przechodnie chowali się po domach i otulali szalikami.
Anna spieszy na swój autobus o siódmej wieczorem – to ostatni kurs do wioski. Przed nią długo wyczekiwany weekend, a kobieta, zeskoczywszy po zmianie do sklepu, wypełnia torby prowiantem dla siebie i swoich pupili, plus coś zabiera ze stołówki, tak że ledwo ciągnie je po zasypanych śniegiem ulicach.
Przypomniawszy sobie o obietnicy „ani jednego więcej nie brać”, Anna celowo patrzy przed siebie, ogrzewając się myślami o domu i o czekających na nią czworonogach.
Jednak, jak głosi stary rosyjski zwyczaj, „sercem widzi się lepiej”, i kilka metrów przed autobusem coś ją zatrzymuje. Odwraca się i widzi pod ławką psa. Ten patrzy prosto na Annę: oczy matowe, zmęczone, pokryte śniegiem. Może leżał już długo, wpół zasypany…
Ludzie spieszą obok, otulają się, nie zwracając uwagi na cudze nieszczęście. „Czyżby nikt nie zauważył?” — jęczy serce Anny.
Wszystko przestaje się liczyć: i autobus, i obietnice. Anna rzuca się do ławki, upuszcza torby i wyciąga rękę do psa. Ten tylko powoli mruga.
„Żyjesz, dzięki Bogu! — z ulgą wydycha Anna. — No dalej, wstawaj, kochanie, idziemy ze mną…”
Pies nie rusza się, poddaje się, wydaje się, że jest mu już wszystko jedno, prawie pożegnał się z tym światem.
Później Anna nawet nie pamiętała, jak z ogromnymi torbami i psem na rękach dotarła do dworca autobusowego.
Usadowiwszy się w odległym kącie poczekalni, zaczyna energicznie rozcierać psie łapy, ogrzewając je w dłoniach.
„Obudź się, droga, musimy jeszcze do domu dotrzeć… Będziesz moim piątym pieskiem, żeby się zgadzało”, — mruczy, gładząc bladą sierść.
Anna wyjmuje z torby kotlet. Na początku pies nie bierze, ale trochę ogrzawszy się, ożywia się, znajduje w sobie siły i przyjmuje smakołyk.
Godzinę później Anna z nową przyjaciółką łapały stopa na trasie: autobus przecież odjechał. Kobieta robi z paska smycz i obrożę, choć pies, którego nazwała Milą, posłusznie trzyma się obok.
Jeszcze po kilku minutach szczęśliwy przypadek sprawił, że zatrzymał się przejeżdżający samochód.
„Bardzo wam dziękuję! Nie martwcie się, posadzę psa sobie na kolanach, nie ubrudzi tapicerki”, — z konspiracyjnym uśmiechem mówi Anna.
„Daj spokój, niech siedzi na siedzeniu, po co ci na kolanach, psinka wcale nie jest mała”, — macha ręką kierowca.
Jednak Mila tak przytula się do Anny, wciąż drżąc, że naprawdę tylko u niej czuje ciepło i spokój.
„Tak nam obojgu cieplej”, — uśmiecha się Anna.
Kierowca milcząco kiwa głową, rzucając okiem na pasek na psie, i włącza ogrzewanie w kabinie. Droga bieleje od śnieżnych rozbłysków przed reflektorami. Anna zamyślona patrzy przed siebie, obejmując Milę za szyję.
Kierowca ukradkiem rzuca spojrzenia na surowy i zmęczony, ale dziecięco szczęśliwy profil kobiety i jej uratowanego psa; od razu zrozumiał, że Anna ją zabrała po drodze.
Kiedy dojeżdżają, kierowca pomaga zanieść torby. Na podwórku tyle już napadało śniegu, że bramę trzeba otwierać z wysiłkiem; zawiasy skrzypią.
„Oj, nie zwracajcie uwagi”, — macha ręką Anna. — „Dawno trzeba było to naprawić”.
Z domu dobiega radosne szczekanie i miauczenie. Anna spieszy do domu, otwiera drzwi i oto jej wielka rodzina pędzi na spotkanie gospodyni.
„Zatęskniliście za mną? Wszystko, wszystko, jestem w domu! A oto, poznajcie: mamy przybysza!”
Mila niepewnie wygląda zza nóg gospodyni. Pieski Anny machają ogonami, koty interesują się torbami.
„Czego stoicie, wchodźcie, jeśli nie boicie się takiego ogoniastego narodu! Może herbaty chcecie?” — zaprasza gospodyni.
Kierowca wnosi torby, ale nie spieszy się z wejściem:
„Późno już, czas jechać. Karmcie swoje: oni wręcz promienieją radością, że wróciliście…”
Następnego dnia, bliżej obiadu, rozlega się pukanie. Anna narzuca kurtkę i wychodzi: wczorajszy kierowca montuje nowe zawiasy w furtce, narzędzia rozłożone wokół.
Widząc Annę, uśmiecha się:
„Dzień dobry! To ja wczoraj zepsułem wam bramę, oto naprawiam… Przy okazji, nazywam się Władimir. A pani?”
„Anna…” — z zakłopotaniem odpowiada gospodyni.
Futrzana zgraja zaczyna obwąchiwać gościa, ten, śmiejąc się, głaszcze ich, kucając.
„Anno, nie marznijcie, idźcie do domu! Zaraz skończę i herbaty nie odmówię. Mam też domowy pasztecik w samochodzie i smakołyki dla waszych pupili”.

„A co, ja jestem sama?” – Niezwykła historia Anny, jej futrzastej rodziny i serca, które odmienia losy porzuconych dusz!
8 основных различий зрелых взаимоотношений от незрелых