Biedna starsza kobieta karmiła głodne bliźniaki ziemniakami z targowego straganu, a po dwudziestu latach pod jej dom podjechały dwa czarne luksusowe samochody

Kiwnął głową. Obok stał Grisza, uśmiechnięty, ale milczący. Po chwili Sasza zrobił krok do przodu, wyciągnął spod koszuli łańcuszek, na którym wisiała stara miedziana moneta.

— Ja i Grisza nosimy ją zawsze przy sobie. Nigdy się z nią nie rozstajemy.

Anna Sawieliewna objęła ich obu i długo nie potrafiła puścić, jakby bała się, że to wszystko zaraz zniknie i okaże się snem.

Sąsiedzi patrzyli na to, niczego nie rozumiejąc. Grisza otarł twarz dłonią i cofnął się o pół kroku.

— Szukaliśmy pani trzy lata. Targ zburzyli, ludzie się rozjechali. Sprawdzaliśmy archiwa, stare księgi adresowe. Już myśleliśmy, że pani nie odnajdziemy.

Sasza wziął ją delikatnie za rękę.

— Przyjechaliśmy zabrać panią do siebie. Mamy teraz sieć piekarni, siedemnaście punktów. Wtedy nas rozdzielili, ale potem się odnaleźliśmy. Uciekliśmy z domów dziecka, zaczęliśmy od zera i wszystko zbudowaliśmy sami. Przez te wszystkie lata pamiętaliśmy, jak pani nas karmiła. Była pani jedyną osobą, która nie odwróciła wzroku.

— Oj, dzieci… po co? Mnie tu przecież dobrze…

— Dobrze? — Grisza spojrzał na przekrzywioną chatkę. — Ciociu Aniu, wtedy oddawała nam pani ostatnie, co miała. Teraz nasza kolej. Pojedzie pani ze mną. Albo z Saszą. Od tygodnia się o to sprzeczamy.

— U mnie jest bliżej do szpitali — wtrącił Sasza. — Ale ja mam większą działkę i piękny sad.

Przerzucali się argumentami dokładnie tak samo jak kiedyś, gdy byli mali. Anna Sawieliewna cicho się rozpłakała.

Zza płotu wychylił się Wiktor Kuźmicz. Patrzył raz na samochody, raz na mężczyzn w garniturach i nic nie rozumiał. Sasza podszedł bliżej.

— Pan jest Wiktor Kuźmicz? Ten ochroniarz z targu?

Tamten skinął głową.

— To pan wtedy oddał nas pod opiekę?

Pomilczał chwilę, po czym poruszył podbródkiem.

— Takie było prawo. Dziećmi nie wolno było rządzić.

Grisza uśmiechnął się krzywo.

— Wie pan, gdyby nie pan, pewnie dalej siedzielibyśmy w tej piwnicy. A tak nas rozdzielili, potem po sześciu latach znaleźliśmy się znowu, uciekliśmy i od zera zbudowaliśmy własne życie. W pewnym sensie to pan je wywrócił do góry nogami.

Sasza podał Wiktorowi Kuźmiczowi wizytówkę.

— Tu są nasze kontakty. Tak na wszelki wypadek. Nie żywimy urazy. W przeciwieństwie do niektórych.

Wiktor Kuźmicz drżącymi palcami odwrócił kartonik i przeczytał: „Piekarnie Siergiejew & Siergiejew”. Twarz mu nagle opadła, jakby wszystko w jednej chwili z niego uszło. Nie powiedział ani słowa, odwrócił się i zgarbiony powlókł się do domu.

Anna Sawieliewna spakowała się w pół godziny. Zresztą niewiele tego było — dwie torby i parę najpotrzebniejszych rzeczy. Sasza i Grisza usadzili ją z tyłu, okryli kocem.

Kiedy samochody ruszyły, Anna obejrzała się jeszcze raz. W oknie domu Wiktora Kuźmicza majaczył cień — stał i patrzył. W tym spojrzeniu nie było już ani złości, ani pychy. Tylko pustka człowieka, który całe życie zatruwał innym los, a na końcu został z niczym.

— Ciociu Aniu — odezwał się Sasza, patrząc w lusterko. — Pamięta pani, jak obiecaliśmy, że otworzymy piekarnię?

— Pamiętam.

— Tę najważniejszą nazwaliśmy właśnie „U cioci Ani”. I codziennie dajemy tam za darmo jedzenie dzieciom. Tym, które nie mają dokąd pójść.

Anna zamknęła oczy. Dwadzieścia lat wcześniej po prostu nakarmiła dwóch głodnych chłopców i nie przeszła obok nich obojętnie. A oni wrócili i oddali jej stokrotnie więcej.

Samochody wyjechały na trasę. Stara osada została za nimi. Przed Anną Sawieliewną otwierało się nowe życie. Takie, na które zasłużyła tylko dlatego, że w najważniejszej chwili pozostała człowiekiem.