I nawet gdyby w tamtej chwili ktoś wszedł i powiedział: „Zatrzymaj się, Anno”, już bym go nie posłuchała. Bo po raz pierwszy od dawna poczułam, że naprawdę żyję.
Po wykupieniu wycieczki świat jakby nabrał koloru. Nawet szkolny dzwonek brzmiał inaczej — głośniej, radośniej. Niosłam przez korytarz garnek zupy, a wewnątrz cała drżałam z niecierpliwości. Za tydzień samolot. Nikt nic nie wiedział: ani koleżanki, ani znajome, a już na pewno nie Marek.
Czasem uśmiechałam się bez powodu. Dziewczyny w stołówce zerkały na siebie:
— Anka, co ty tak promieniejesz? Wygrałaś milion?
— Prawie — żartowałam.
W środku rosło dziwne uczucie — zachwyt spleciony ze strachem. Bilety i dokumenty schowałam w kuchennej szafce za paczką kaszy gryczanej. Marek nigdy tam nie zaglądał. Wieczorami wyjmowałam papiery, przesuwałam po nich palcami i wyobrażałam sobie: otwieram oczy, a wokół słońce, piasek, morze i nowa ja.
Ale im bliżej było dnia wylotu, tym głośniej szeptało we mnie: „A jeśli on się dowie?”.
W sobotę Marek wrócił z trasy. Wszedł jak zwykle zmęczony, prawie nie zdejmując kurtki, rzucił torbę przy drzwiach i ciężko westchnął:
— Ledwo dojechałem. Drogi koszmarne.
Podałam kolację. Jadł w milczeniu, patrząc w telewizor. Prezenter mówił o rosnących cenach, ale mnie to nie obchodziło. Patrzyłam na twarz męża i czułam, jak ściska mi się serce. Kiedyś ten człowiek był dla mnie wszystkim. Teraz wydawał się obcy.
Po kolacji zapytał:
— W szkole jak?
— Jak zawsze — odpowiedziałam.
— No tak — skinął głową.
I na tym rozmowa się skończyła.
Nawet nie zauważył, że obok, pod obrusem, stoi moja do połowy spakowana walizka.
W nocy nie spałam. Marek chrapał, a ja słuchałam zegara. Każda sekunda odmierzała moją tajemnicę. W piersi kłębił się strach, ale razem z nim było dziwne, niemal zakazane zadowolenie. Jakbym już wydostała się z klatki, choć na razie tylko w myślach.
Rano pojechał na parking i powiedział, że za trzy dni znowu rusza w trasę.
— Trochę odpocznę i jadę dalej — rzucił, całując mnie w policzek.
Policzek został zimny. Kiedy ciężarówka zniknęła za zakrętem, zamknęłam drzwi, oparłam się o nie plecami i cicho się roześmiałam. Śmiech wyszedł drżący, prawie przestraszony.
Tego samego dnia poszłam na bazar. Kupiłam lekką sukienkę, kapelusz i ciemne okulary. Sprzedawczyni zapytała:
— Na urlop się pani wybiera?
— Tak — powiedziałam. — Do Dubaju.
Cmoknęła z podziwem.
— No, no, ale rozmach.
Uśmiechnęłam się. Słowo „Dubaj” brzmiało tak przyjemnie, jakby samo w sobie było biletem do innego życia.
Wieczorem dopakowałam walizkę: sukienkę, kostium kąpielowy, krem z filtrem, aparat, dokumenty. Dzieciom napisałam krótko: „U mnie wszystko dobrze. Jadę trochę odpocząć. Nie martwcie się”. Dokąd dokładnie — nie dopisałam. Niech myślą, że nad polskie morze.
Przed snem siedziałam na łóżku i patrzyłam na walizkę. W głowie powtarzało się jedno: „Byle tylko się udało”.
Rano pojechałam do miasta, a stamtąd autobusem na lotnisko. Serce biło mi tak mocno, jakbym szła zdawać najważniejszy egzamin w życiu. W hali odlotów mieszały się głosy, komunikaty, zapach kawy i śmiech. Czułam się jak małe ziarenko piasku wśród tych wszystkich ludzi. Ale szczęśliwe ziarenko.
Kiedy ogłoszono wejście na pokład, po raz pierwszy w życiu weszłam po schodkach do samolotu. Za oknem migotały światła rodzinnego miasta — małe, drżące. Zamknęłam oczy i pomyślałam: „Żegnaj, Anno ze szkolnej stołówki”.
Gdy samolot oderwał się od ziemi, zrozumiałam: drogi powrotnej już nie ma.
Samolot wylądował, a ja miałam wrażenie, jakbym wynurzyła się ze snu. W okno uderzyło tak jasne światło, jakby samo słońce zajrzało do środka. Powietrze drżało od upału, a razem z nim drżało moje serce. Na tablicy świeciły słowa: „Dubai International Airport”.
Wyszłam z samolotu i ciepłe powietrze natychmiast dotknęło mojej twarzy. Pachniało przyprawami, drogimi perfumami i czymś nieznanym, słodkim. Każdy oddech zdawał się obiecywać mi nowe życie. Szłam długim korytarzem, starając się nie zgubić wśród pewnych siebie ludzi z walizkami i telefonami. A ja — w granatowej sukience, z drżącymi rękami i oczami pełnymi światła.
Kontrolę paszportową przeszłam spokojnie. Młody strażnik o ciemnych oczach spojrzał na zdjęcie, potem na mnie i skinął głową:
— Welcome.
Jedno krótkie słowo stało się początkiem innej rzeczywistości.
Taksówka mknęła autostradą obok ogromnych wież, świecących reklam i szklanych witryn. Przycisnęłam czoło do szyby. Wszystko wyglądało jak bajka. Drapacze chmur wyrastały prosto z piasku. Ulice lśniły czystością. Kiedy kierowca podał cenę, trochę się zmieszałam, ale i tak podałam pieniądze, myśląc: warto.
Hotel jaśniał jak pałac. W recepcji kobieta w chustce uśmiechnęła się do mnie:
— Welcome, Mrs. Anna. Your room with sea view.
Skinęłam głową, choć nie wszystko zrozumiałam. „Sea view” zabrzmiało dla mnie jak zaklęcie.
Pokój był przestronny: białe zasłony, lustra, chłodna podłoga i widok na bezkresne morze. Fale skrzyły się w słońcu, światło tańczyło na wodzie. Otworzyłam okno, wciągnęłam gorące powietrze i roześmiałam się. Naprawdę. Po raz pierwszy od wielu lat.
