Dźwięk zacinającego się zamka błyskawicznego był irytujący, zgrzytliwy, jakby ktoś przesuwał gwoździem po szkle. Oleg szarpał metalowy suwak z wściekłością, sapiąc i mocno czerwieniejąc na twarzy. Wyraźnie przeszkadzał mu brzuch — ten sam, który przez ostatnie pół roku nazywał „kłębkiem nerwów”, choć w rzeczywistości był to zwykły tłuszcz, wyhodowany na domowych kotletach.
Halina stała w progu drzwi, przyciskając do piersi kuchenną ścierkę. Tkanina pachniała smażoną cebulą i proszkiem do prania — duszący aromat jej życia z ostatnich dwudziestu pięciu lat.
— Nie stój mi nad duszą, Hala — wychrypiał mąż, w końcu radząc sobie z niepokornym zamkiem walizki. — Swoim wyglądem psujesz mi całą energię przed nowym życiem.
Wyprostował się, omiatając wzrokiem sypialnię tak, jakby to był pokój w tanim hotelu przy dworcu, z którego nie może się doczekać ucieczki. Na łóżku piętrzyły się trzy walizki Louis Vuitton z firmowymi monogramami. Halina pamiętała, jak kupowali je w Mediolanie pięć lat temu za wspólną premię.
Wtedy Oleg mówił: „To nasz bagaż na szczęśliwą starość, Halinko”. Teraz w tę samą „szczęśliwą starość” pakował swoje markowe koszule, kolekcję spinek do mankietów, a nawet ortopedyczną poduszkę z pamięcią kształtu.
— Zabierasz poduszkę? — zapytała cicho, a jej głos wydał się jej obcy, pęknięty.
— Krystyna ma twarde materace — rzucił, nawet nie zaszczycając jej spojrzeniem. — Ona ma dwadzieścia dwa lata, może spać nawet na gołej podłodze, to jej służy. A ja potrzebuję komfortu. Jestem, Halu, mężczyzną w pełni sił, muszę regenerować zasoby dla wielkich celów.
Podszedł do lustra, wygładził rzednące włosy na czubku głowy. Wciągnął brzuch, obrócił się profilem, sprawdzając postawę.
— Zrozum, nic osobistego, po prostu dobór naturalny i ewolucja. Ty to spokój, barszcze, ten twój wieczny, frotowy szlafrok… A Krystyna to energia, fitness, to napęd!
— Inspiracja — powtórzyła jak echo Halina, czując, jak drętwieją jej palce. — Odchodzisz do trenerki fitness, bo przestałam cię inspirować?
Oleg skrzywił się, jakby nagle rozbolał go ząb.
— Prowadziłam twoją księgowość od dziewięćdziesiątego ósmego roku — kontynuowała spokojnym tonem. — Wyciągałam cię z kłopotów z urzędem skarbowym, kiedy „inspirująco” zapominałeś składać deklaracje i ukrywałeś zyski.
— Oj, no już! Zaczęło się! — teatralnie przewrócił oczami. — „Ja dla ciebie, ja za ciebie…” Hala, nie rób tragedii tam, gdzie jej nie ma.
Postąpił krok w jej stronę, ale nie po to, by ją przytulić, lecz by zręcznie prześlizgnąć się obok, do sejfu w przedpokoju. Halina usłyszała piknięcie przycisków elektronicznego zamka. Znajoma kombinacja cyfr — data ich ślubu. O dziwo, nie zmienił jej, nawet odchodząc do nowego życia.
— Pieniądze zabieram — dobiegł go jego głos, który stał się rzeczowy i suchy. — To na rozwój biznesu. Nowy projekt, ruszamy z Krystyną. Ekologiczne produkty, najmodniejszy temat, absolutny ogień.
Wrócił do pokoju, brzęcząc kluczykami od terenówki. Ich wspólnego samochodu, którym Halina woziła sadzonki mamie i zakupy z hipermarketu.
— Tobie zostawiam mieszkanie, żyj i się ciesz. To hojne z mojej strony, biorąc pod uwagę ceny wynajmu. Czynsz opłacisz sama, jesteś oszczędną babą, znajdziesz sposób.
Halina uśmiechnęła się w duchu: mieszkanie było spadkiem po jej babci i on doskonale wiedział, że nie ma do niego żadnych praw. Ale podawał to jako królewski gest.
— Samochód też biorę, potrzebuję statusu do negocjacji. Krystyna mówi, że jazda metrem to brak szacunku do samego siebie, partnerzy by mnie wyśmiali.
Halina poczuła, jak w środku, gdzieś w okolicach splotu słonecznego, zaczyna ją piec. Nie z żalu, lecz z jakiegoś obrzydliwego zdumienia, jakby zobaczyła karalucha w chlebaku.
— A ja czym mam jeździć? Na miotle? — zapytała.
Oleg zaśmiał się krótko, ale jego oczy pozostały zimne, kłujące jak odłamki lodu. Spojrzał na nią — na jej twarz bez makijażu, na pasmo siwiejących włosów, na stare, zdeptane kapcie.
— Hala, no dokąd ty masz jeździć? Do dyskontu po promocje? Pieszo, dla zdrowia, serce trzeba trenować. Bo zasiedziałaś się, matko.
Chwycił walizki, szarpnięciem podnosząc je z podłogi. Były ciężkie, żyły na jego szyi nabrzmiały jak niebieskie sznury.
— Dla kogo jesteś potrzebna, stara szkapa? — wydyszał, przeciskając się bokiem przez drzwi wejściowe. — Patrzenie na ciebie jest po prostu nudne. Zielona nuda, a nie życie. Dobra, bywaj.
Drzwi trzasnęły. Dźwięk był głuchy, ostateczny, odcinający przeszłość od teraźniejszości.
Halina została w korytarzu sama. W nos uderzył ją ostry, mdły zapach jego wody kolońskiej — „Molecule”, którą dostał od Krystyny. Ten chemiczny aromat stłumił nawet domowy zapach kuchni. Do jej nóg bezszelestnie podszedł stary brytyjczyk Mursik. Kot ciężko westchnął, patrząc na zamknięte drzwi, i potarł się głową o nogę pani, zostawiając szarą sierść na jej welurowych spodniach.
— Szkapa, mówisz… — szepnęła Halina, patrząc na swoje odbicie w zakurzonym lustrze w przedpokoju.
Z tafli patrzyła na nią zmęczona kobieta o zgaszonych oczach, w których nie było ani iskry. Ale usta miała zaciśnięte w wąską, twardą linię zwiastującą burzę.
— Iha-ha, Olegu Piotrowiczu — powiedziała na głos. — Iha-ha.
Przez pierwszy tydzień Halina leżała twarzą do ściany, przykryta kołdrą po same uszy. Nie płakała, bo nie miała łez, była w niej tylko sucha, drapiąca pustka. Mieszkanie wydawało się ogromne, echo niosło się głucho po kątach. Rzeczy Olega zniknęły, ale jego widmowa obecność była wszędzie. Plama po porannej kawie na tapecie, wygniecione miejsce na kanapie, zapomniana zapalniczka na parapecie.
W drugim tygodniu zadzwoniła teściowa.
— Halinko, przecież jesteś mądrą kobietą — zaczęła słodkim głosem, od którego cierpły zęby. — Oleżek teraz szaleje, to kryzys wieku średniego, hormony. Pobawi się w młodego ogiera i wróci do stajni. Ugotuj barszczu, przyjmij marnotrawnego syna, nie bądź dumna.
Halina milcząc nacisnęła czerwony przycisk i zablokowała numer. To była jej pierwsza czynność od czternastu dni. Mała, ale uruchomiła zardzewiały mechanizm zmian.
Poszła do kuchni, stąpając bosymi stopami po zimnym linoleum. Było brudno. Góra nieumytych naczyń w zlewie przypominała krzywą wieżę w Pizie. Halina odkręciła wodę. Szum strumienia uspokajał, zmywając odrętwienie. Zaczęła myć talerz, z furią szorując zaschnięty tłuszcz, wyobrażając sobie, że ściera pamięć o ostatnich latach. Talerz wyślizgnął się z namydlonych rąk i rozprysł na drobne kawałki.
Halina patrzyła na te odłamki i nagle sobie przypomniała.
Dwadzieścia pięć lat temu, zanim została „tylko księgową” i wygodną żoną perspektywicznego Olega, była najlepszym technologiem w zakładach cukierniczych. Miała czerwony dyplom i unikalny dar czucia ciasta opuszkami palców.
Oleg powiedział wtedy: „Po co masz się garbić w hali, oddychać mąką? Siedź w domu, bądź strażniczką ogniska, pomagaj mi w raportach”. I usiadła, zamieniając talent na domowe zacisze.
Weszła na drabinę do pawlacza, kichając od kurzu. Tam, w starym pudełku po butach, leżał jej święty notes w skórzanej oprawie. Pożółkłe strony zapisane drobnym, starannym pismem. Przepisy. Nie z internetu, ale te, które sama opracowywała nocami. Proporcje wyliczone co do grama, reżimy temperaturowe, sekretne składniki. Chemia smaku, magia deserów.
Otworzyła stronę na chybił trafił: „Rolada bezowa z pistacją i maliną. Bezglutenowa. Korekta wilgotności dla idealnej skorupki”.
Oleg nienawidził słodyczy. „Nie jestem kozłem, trawy i cukru nie jem, daj mi mięso, najlepiej tłuste” — zawsze powtarzał, odsuwając talerz. Więc piekła kulebiaki z mięsem. Przez lata, przez dekady.
Halina założyła fartuch. Nie ten zatłuszczony, w którym zostawił ją mąż, ale nowy, czysty, lniany, który leżał w prezentach. W domu nie było ani mąki migdałowej, ani porządnej, tłustej śmietanki. Ubrała się, wzięła kartę, na której została jej skromna skrytka, i zdecydowanie poszła do sklepu.
Wieczorem kuchnia wypełniła się aromatami, od których kręciło się w głowie. To nie był zapach kotletów. To był złożony, symfoniczny zapach wanilii, prażonych orzechów i świeżych malin.
Pierwsza rolada wyszła idealnie, jakby ręce same pamiętały każdy ruch. Delikatna, chrupiąca skorupka, ciągnący się środek, kwasowość owoców przełamująca słodycz puszystego kremu. Halina odkroiła kawałek, włożyła do ust i zamknęła oczy z rozkoszy. To był zapomniany smak — smak jej własnego życia, które sama postawiła na długą pauzę.
Sfotografowała roladę telefonem. Tak po prostu, na tle okna, bez filtrów. I wrzuciła na swój pusty profil w mediach społecznościowych z dopiskiem: „Do herbaty”.
Godzinę później napisała sąsiadka z dołu, Wala: „Hala, kupiłaś to czy sama zrobiłaś? Jeśli sama — sprzedaj mi kawałek, jestem w ciąży, ślina mi cieknie, nie wytrzymam”.
Halina sprzedała jej całą roladę. Wala oddzwoniła po dziesięciu minutach i zamówiła kolejne dwie — dla mamy i teściowej.
Po miesiącu w kuchni Haliny dwie piekarniki pracowały niemal na okrągło. Ona nie tylko piekła, ona tworzyła. Przypomniała sobie, że jest technologiem wysokiej klasy. Zaczęła opracowywać linię skomplikowanych deserów dla tych, którzy dbają o linię, ale nie chcą rezygnować ze słodyczy. Bez cukru, na naturalnych słodzikach, ale tak, by nie smakowało to jak prasowana tektura.
Poczta pantoflowa zadziałała szybciej niż budżet reklamowy wielkiej korporacji. „Próbowałaś Napoleona od Haliny? Ma zero kalorii, a smakuje jak w niebie!” — szeptały mamy na placach zabaw i w lokalnych czatach. Zamówienia ruszyły lawiną. Najpierw domowa lodówka przestała się domykać od pudełek. Potem Halina zrozumiała, że nie spała od trzech dób.
— Trzeba się rozwijać — powiedziała do Mursika, który z zainteresowaniem obserwował, jak pani dekoruje kolejny tort jadalnym złotem.
W tym momencie zrozumiała, że potrzebuje nie tylko pracowni, ale i ochrony. Tydzień później w mieszkaniu pojawił się szczeniak buldoga angielskiego. Był śmieszny, gruby i nieprawdopodobnie poważny. Nazwała go Bucks — na cześć pierwszego dużego zysku.
Halina wynajęła niewielki lokal w dawnej stołówce blisko domu. Zatrudniła dwie pomocnice — pojętne studentki technologii żywności. Ganiała je bez litości, każąc przerabiać krem, jeśli tekstura była choć o pół tonu gęstsza od standardu.
— Nie pieczemy bułek w przejściu podziemnym — mówiła Halina, poprawiając nową, stylową oprawkę okularów. — Sprzedajemy ludziom endorfiny. Szczęście musi być najwyższej jakości.
Pieniądze zaczęły wpływać na konto. Prawdziwe, żywe pieniądze, zarobione własną pracą. Nie te ochłapy, które Oleg wydzielał jej „na gospodarstwo”, żądając raportu z każdego grosza.
Halina radykalnie zmieniła garderobę. Żadnych bezkształtnych ciuchów. Eleganckie garnitury, wygodne mokasyny, drogie kaszmirowe płaszcze. Zrobiła fryzurę — drapieżnego, asymetrycznego boba. I kupiła czerwoną szminkę. Ten sam odcień, który Oleg nazywał „wulgarnym”. Jej pasował obłędnie, czyniąc twarz wyrazistą i młodą.
A tymczasem docierały do niej słuchy przez wspólnych znajomych. Miasto było małe jak wspólne mieszkanie. Biznes Olega, ten jego zachwalany eko-projekt, utknął na wszystkich frontach. Krystyna okazała się świetną inspiratorką w kwestii wydatków, ale absolutnie beznadziejną partnerką. Zamówiła projekt logo za fortunę, wynajęła luksusowe biuro w centrum, które stało puste, i urządziła sesję zdjęciową w kurorcie na koszt firmy. Księgowości nie miał kto prowadzić, a na outsourcing Oleg żałował grosza. Urząd skarbowy zablokował konta po czterech miesiącach za brak wpłat i błędy w raportach.
Oleg denerwował się i szukał wyjścia. Próbował dzwonić do Haliny parę razy, gdy grunt zaczął mu się palić pod nogami.
— Hala, tu przyszło wezwanie, zerkniesz po starej znajomości? Przecież jesteś fachowcem, dla ciebie to chwila.
— Konsultacja jest płatna, Olegu. Pięć tysięcy za godzinę. Zapisy przez asystentkę — odpowiadała sucho i odkładała słuchawkę, nie czekając na jego oburzony wrzask.
Listopad w tym roku był wyjątkowo paskudny i wilgotny. Niebo wisiało nisko, przypominając mokrą szmatę. Deszcz lał bez przerwy, zmieniając drogi w brudną papkę z odczynników i liści. Minął rok od dnia, w którym trzasnęły drzwi.
Halina wracała ze spotkania z dostawcami luksusowych opakowań. Siedziała za kierownicą swojego nowego narzędzia pracy — śnieżnobiałego Mercedesa GLE. Wzięła go w leasing nie dla szpanu. Potrzebowała niezawodnego, mocnego auta z miękkim zawieszeniem, by dowozić wielopiętrowe torty weselne do podmiejskich hoteli, nie bojąc się wybojów. W środku pachniało drogą skórą i delikatnie wanilią, bo w bagażniku stały pudełka z próbkami nowej kolekcji. Klimatyzacja trzymała idealne dwadzieścia dwa stopnie. Z głośników płynął kojący jazz.
Skręciła w aleję prowadzącą do starej strefy przemysłowej, gdzie znajdował się warsztat „U Piotrowicza”. Najtańszy i najbardziej podejrzany w mieście. Musiała tamtędy przejechać, by skrócić drogę do swojej pracowni. Na przystanku komunikacji miejskiej, dokładnie naprzeciwko warsztatu, stało dwoje ludzi.
Halina nie od razu ich poznała, musiała się przyjrzeć przez pracujące wycieraczki. Oleg był zgarbiony, wtulił głowę w ramiona, próbując schować się przed wiatrem. Jego niegdyś modna kurtka przemokła na wylot i pociemniała od wilgoci. Obok tuliła się Krystyna. Miała na sobie krótkie futerko ze sztucznego włosia, które pod deszczem zmieniło się w mokrego, oskubanego kota. Przestępowała z nogi na nogę w zamszowych botkach, które ewidentnie nie były przeznaczone na jesienne błoto. Ich stara terenówka wisiała na podnośniku w otwartym boksie warsztatu — Halina zauważyła ją kątem oka. Widocznie „status” ostatecznie się zepsuł i wymagał sporych nakładów.
Halina zwolniła przed ogromną kałużą, czarnym jeziorem rozlanym wzdłuż krawężnika. Mogłaby przejechać ostrożnie, samym brzegiem, nie wzbijając ani kropli. Zobaczyła twarz Olega. Odprowadzał wzrokiem przejeżdżające, ciepłe auta z taką tęsknotą, z taką żrącą zazdrością, że zrobiło jej się śmiesznie. Patrzył na cudzy komfort jak głodny pies na witrynę masarni.
Zauważył białego Mercedesa. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Trącił Krystynę łokciem w bok:
— Patrz, jaka fura… Ludzie to mają życie, nie to co my…
Halina nacisnęła przycisk szyb. Przyciemniana szyba płynnie zjechała w dół. Do przytulnego wnętrza wdarło się chłodne, wilgotne powietrze i zapach spalin.
— Cześć, piesi! — krzyknęła. Jej głos brzmiał dźwięcznie, wesoło i pewnie.
Oleg zmrużył oczy, wpatrując się w kobietę w stylowych okularach za kierownicą.
— Hala?! — jego szczęka dosłownie opadła. — Ty… Skąd?! Czyje to auto?! Kogo okradłaś?
Krystyna przestała się trząść i wbiła w nią wzrok pełen złości i łez. Tusz spłynął jej czarnymi rzekami, zamieniając „modelkę fitness” w smutną pandę.
— Zarobiłam, kochany! — odkrzyknęła Halina, uśmiechając się od ucha do ucha. — Na tych „nudnych barszczach”! A właściwie na biszkoptach! No i jak tam twój rozwój? Idzie pełną parą? Czy stanął do remontu?
— Hala, ty co, całkiem… — zaczął Oleg, robiąc niepewny krok w stronę jezdni, jakby chciał rzucić się do samochodu.
W tym momencie Halina podjęła decyzję. Mogłaby zaproponować, że ich podwiezie z litości. Mogłaby wygłosić kazanie o moralności. Mogłaby po prostu odjechać dumnie z zadartym nosem. Ale przypomniała sobie, jak nazywał ją starą szkapą. Jak zabierał ostatnią gotówkę z sejfu. Jak upokorzył jej dwadzieścia pięć lat troski jednym zdaniem, przekreślającym wszystko.
— Wybacz, Olegu, śpieszę się! Zamówienia gonią, klienci czekają!
Przełączyła skrzynię biegów w tryb sportowy i gwałtownie, do oporu, wcisnęła pedał gazu. Czterysta koni mechanicznych odpowiedziało potężnym mrukiem. Szerokie opony wgryzły się w mokry asfalt. A konkretnie w głęboką, czarną kałużę przed przystankiem. Fontanna brudnej, lodowatej mazi wystrzeliła w górę gęstą ścianą. To było piękne, niemal filmowe.
Fala nakryła ich całkowicie. Zalała osłupiałą twarz Olega, wpadła mu do otwartych ust. Zamieniła białe futerko Krystyny w szarą ścierkę do podłogi. Błoto ochlapało ich od stóp do głów, nie zostawiając ani jednego czystego miejsca.
— Ty małpo!!! — pisk Krystyny przebił się przez szum deszczu i warkot silnika.
— Oj, przepraszam! — krzyknęła Halina, patrząc w lusterko wsteczne na oddalające się postacie. — Opony nowe, zbyt zrywne! Szkapa okazała się wyścigowa!
Zamknęła okno, podgłośniła jazz i roześmiała się. Śmiech był czysty, lekki i uwalniający. Gdzieś w środku, w piersi, wreszcie rozwiązał się ciasny węzeł żalu, który męczył ją przez cały rok.
Krystyna wrzeszczała tak, że zakurzone szyby w budce warsztatu drżały.
— Jesteś nieudacznikiem! Jesteś gołodupcem! — wyła, rozmazując drogowe błoto po twarzy. — Twoja była jeździ Mercedesem, a my stoimy w kałuży?! Moje buty za tysiąc euro są zniszczone!
Oleg milczał, wypluwając piach. Brudna woda spływała mu za kołnierz, zimna i obrzydliwa.
— Odchodzę! — oświadczyła Krystyna, tupiąc nogą. — Do Ashota! On ma sieć barów, będzie mnie nosił na rękach! I ma sprawny samochód!
Wbiegła na jezdnię, desperacko machając rękami przed nadjeżdżającym busem. Żółta furgonetka zatrzymała się, oblewając Olega kolejną porcją bryzgów. Krystyna wskoczyła do środka, nawet nie oglądając się na pożegnanie.
Oleg został sam pod dziurawym daszkiem przystanku. Telefon w mokrej kieszeni żałośnie zapiszczał. Przyszedł SMS z banku: „Odmowa transakcji. Niewystarczające środki na opłacenie naprawy. Proszę zasilić konto”. Patrzył w ślad za oddalającymi się czerwonymi światłami białego SUV-a. Halina nie tylko go minęła. Przejechała po jego samoocenie. Rozjechała ją na asfalcie cienką warstwą. I co najgorsze — wyglądała fantastycznie. Była żywa, prawdziwa. A on czuł się jak zbędny balast, który wyrzucono za burtę.
Wieczorem do drzwi odnowionego mieszkania Haliny zadzwonił dzwonek. Zrobiła już designerski remont i wymieniła drzwi na antywłamaniowe, ale dźwięk pozostał ten sam. Halina spojrzała w kolorowy ekran wideodomofonu. Na klatce stał Oleg. Był umyty, ubrany w coś starego, ale wyglądał na wymiętego jak zużyty papierek. W rękach trzymał nędzny bukiet goździków, pewnie kupiony w promocji przy metrze, i butelkę taniego szampana.
Halina otworzyła drzwi, ale nie zdjęła solidnego łańcucha.
— Halusia — zaczął, próbując uśmiechnąć się swoim firmowym, czarującym uśmiechem, który dawniej działał na nią bezbłędnie.
Ale teraz ten uśmiech wyglądał jak żałosny grymas. Oczy mu biegały, szukając oparcia.
— Cześć. Tak sobie pomyślałem… Jesteśmy bliskimi ludźmi, tyle lat razem.
— Krewni, Olegu, bywają różni — odpowiedziała chłodno Halina, nie otwierając drzwi szerzej. — Czego chcesz?
— Wszystko zrozumiałem — teatralnie przyłożył rękę do serca. — Krystyna to było opętanie. Kryzys twórczy. Diabeł kusił, każdemu może się zdarzyć. To wydmuszka, głupia lalka. A ty… ty jesteś moim murem. Moim bezpiecznym zapleczem. Wybaczam ci ten prysznic z kałuży, naprawdę, nie gniewam się. Rozumiem, emocje, kobieca natura. Jestem gotów wrócić do rodziny. Zacznijmy od nowa. Nawet na kota się zgadzam, pal licho, niech gubi sierść, wytrzymam.
Halina patrzyła na niego i nie poznawała go. Gdzie ten pewny siebie pan życia? Przed nią stał zestarzały, zmęczony mężczyzna z rozbieganym wzrokiem, szukający, do kogo by się przytulić, by znów żyć w cieple i sytości.
— Wrócić? — zapytała z autentycznym zdziwieniem.
— No tak. Widzę przecież, że odżyłaś, rozkwitłaś. Brawo, chwalę cię. Razem będzie nam łatwiej prowadzić biznes. Zostanę dyrektorem, pokieruję procesem, będziemy się skalować… Mam pewne pomysły.
— Olegu — ostro przerwała jego potok fantazji. — Miejsce jest zajęte.
Olegowi oczy wyszły na wierzch z zaskoczenia.
— Przez kogo?! — spróbował bezceremonialnie zajrzeć przez szparę. — Faceta sprowadziłaś?! Tak szybko?
Z głębi korytarza dobiegło ciężkie, basowe warczenie, od którego wibrowała podłoga. Do drzwi podszedł kołyszącym krokiem roczny buldog angielski. Potężny, krępy, z szeroką klatką piersiową i imponującą szczęką. Spojrzał na Olega z dołu jak na kawałek nieświeżego mięsa.
— Poznaj Bucks’a — uśmiechnęła się Halina, gładząc psa po karku. — On, w przeciwieństwie do ciebie, jest wierny, nie szczeka po próżnicy, nie wymaga „inspiracji” i świetnie pilnuje mnie przed starymi kozłami.
— Hala… Przecież jesteśmy rodziną! Dwadzieścia pięć lat życia! Nie możesz tak po prostu…
— Przez dwadzieścia pięć lat byłam dla ciebie „szkapą”, Olegu. A teraz jestem szczęśliwą kobietą i przedsiębiorcą. I mam jutro bardzo ważne i drogie zlecenie.
— Jakie? — zapytał machinalnie.
— Tort weselny dla Ashota i Krystyny. Wyobraź sobie, zamówili pięciopiętrowy, z żywymi kwiatami i płatkami złota. Najdroższy w moim cenniku. Wpłacili sto procent zaliczki, bez targowania się.
Oleg zbladł, zamieniając się w słup soli.
— Więc wybacz — Halina zaczęła zamykać ciężkie drzwi. — Muszę nasączać biszkopty, praca nie czeka. A tobie… powodzenia w rozwoju.
— Hala! — krzyknął w rozpaczy.
Drzwi zamknęły się z głuchym, solidnym dźwiękiem. Zamek szczęknął. Oleg postał minutę na korytarzu, słuchając, jak za drzwiami Halina mówi do kogoś czułym głosem: „Bucks, chodź, dam ci ciastko. Specjalne, zdrowe”.
Powlókł się do windy, szurając podeszwami. W brzuchu zdradziecko i głośno mu zaburczało. Na taksówkę nie miał, karta zablokowana. W domu, w pustej lodówce, zdaje się, że nawet zupka chińska się skończyła. Nacisnął przycisk przywołania i zobaczył swoje zniekształcone odbicie w polerowanym metalu drzwi windy. Stary, pomięty, nikomu niepotrzebny człowiek z butelką taniego szampana.
— Szkapa — powiedział do swojego odbicia z gorzkim uśmiechem. — Stara szkapa.
