Maryna stała przy oknie, opierając czoło o zimne szkło. Na zewnątrz wirował drobny, kłujący śnieg, tak samo nieprzyjemny jak atmosfera panująca w tym mieszkaniu. Dom, który jeszcze niedawno był jej bezpieczną przystanią, stał się polem bitwy, na którym powoli, lecz nieuchronnie przegrywała.
— Maryna, znowu zostawiłaś naczynia w zlewie? — ostry, pełen irytacji głos matki, Lidii Mikołajewny, dobiegł z kuchni.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Doskonale wiedziała, że talerz, o którym mowa, należał do Swiety, żony jej brata Kostka. Jednak kłótnia nie miała sensu. Od miesięcy wszystko, co „niewłaściwe”, automatycznie przypisywano Marynie.
— To nie moje naczynia, mamo — odpowiedziała cicho, wchodząc do kuchni.
Lidia Mikołajewna nawet nie odwróciła głowy. Z zapałem szorowała i tak już czysty blat.
— Oczywiście. U ciebie zawsze winny jest ktoś inny. A Swietłana cały dzień jest na nogach, jest wykończona. Mogłabyś jej czasem pomóc, korona by ci z głowy nie spadła.
Kostek i Swieta wprowadzili się we wrześniu. Miało to być tymczasowe, „zanim oddadzą ich nowe mieszkanie”. Jednak terminy się przesuwały, a Swieta szybko zaczęła narzucać własne zasady. Co najbardziej bolało Marynę, matka bezkrytycznie stanęła po stronie synowej.
— Mamo, ja też pracuję — przypomniała Maryna. — I płacę połowę rachunków.
— Znowu to samo! — matka odwróciła się, a w jej oczach lśniła złość. — Wyliczasz nam każdy grosz? Żałujesz rodzonemu bratu? Oni muszą oszczędzać na meble i remont, a ty? Jesteś sama. Ile tobie potrzeba?
To stwierdzenie — „jesteś sama” — żądliło najmocniej. Maryna w wieku trzydziestu dwóch lat wciąż była singielką, co matka uważała za jej największą winę, odbierającą prawo do własnego zdania.
Wieczorem, gdy brat wrócił z pracy, sytuacja jeszcze bardziej się zaogniła.
— Maryna, słuchaj — Kostek wszedł do jej pokoju bez pukania. — Myśleliśmy ze Swietą… Chcemy w twoim pokoju urządzić kącik dla dziecka. Przecież wiesz, że spodзiewamy się malucha.
Marynie zabrakło tchu w piersiach.
— Dziecka? Gratuluję. Ale… co ze mną? Gdzie ja będę?
— Przeniesiesz się do salonu, do mamy. Kanapa jest tam wygodna — Kostek wzruszył ramionami, jakby chodziło o przestawienie krzesła. — Tobie jednej nie potrzeba tyle miejsca, a dziecko musi mieć jasny pokój.
— Kostek, to też moje mieszkanie! — Maryna poczuła rosnący ucisk w gardle. — Tata zapisał je nam obojgu!
— Właśnie, obojgu — wtrąciła matka, pojawiając się w progu. — A Kostek zakłada rodzinę. Buduje przyszłość. A ty? Siedzisz tylko w tych swoich książkach. Nie bądź egoistką.
Maryna patrzyła na nich i czuła, że widzi obcych ludzi. Rodzona matka i brat traktowali ją jak zbędny przedmiot. Stała się intruzem we własnych ścianach, które pamiętały całe jej dzieciństwo.
Tej nocy zrozumiała straszną prawdę: nikt jej tu już nie kocha. Była akceptowana tylko wtedy, gdy była wygodna i nie przeszkadzała w planach „prawdziwej” rodziny.
Rano nie poszła na śniadanie. Spakowała laptopa i najważniejsze dokumenty.
— Gdzie ty się wybierasz tak rano? — zapytała matka, widząc ją w przedpokoju.
— Pomieszkam u przyjaciółki — odparła krótko Maryna.
— Proszę bardzo! — prychnęła matka. — Zobaczymy, na jak długo cię stać. Wrócisz tu z płaczem, jak tylko zabraknie ci pieniędzy.
Maryna nie odpowiedziała. Wyszła na mroźną klatkę schodową i po raz pierwszy od dawna odetchnęła pełną piersią. Nie wiedziała jeszcze, jak ułoży sobie życie, ale była pewna jednego: do tego domu wróci tylko po swoje. Czas poświęcania się dla osób, które przestały ją szanować, właśnie dobieгł końca.