Mieszkałam z Dawidem zaledwie dwa miesiące i wszystko układało się idealnie, dopóki nie nadszedł dzień, w którym padło pytanie: „Chcesz poznać moją mamę?” Już pół godziny po rozpoczęciu kolacji poczułam, że z tego domu nie uciekały tylko pająki – dołączyłam do nich ja, przytłoczona wizytą w rodzinie, która wydawała się nie z tego wieku.
Początek był typowy dla dorosłych mieszkańców Krakowa: po kilku miesiącach od pierwszego spotkania wprowadziłam się do jego mieszkania. Mój partner, Michał, był programistą; jego jedynymi „nałogami” były pedantyczny porządek i herbata bez cukru. Mieszkanie przy ulicy Łagiewnickiej – klasyka gatunku: wszystko na swoim miejscu, ani śladu chaosu.
Dwa miesiące wspólnego życia, aż pewnego dnia Michał, przybierając tragiczny ton, zaproponował:
– Anno, może zrobimy kolację i poznasz moją mamę? Tylko ostrzegam, że to kobieta o charakterze – kiedyś była wicedyrektorką w szkole. Ale jestem pewien, że cię polubi.
Zgodziłam się. Co mogłam zrobić? Kupiłam miodowe pierniczki, założyłam skromną sukienkę, taką, żeby nie rzucać się w oczy. Cały dzień chodziłam niespokojna, jak piątoklasistka przed szkolną uroczystością.
O godzinie siódmej dokładnie, jak w szwajcarskim zegarku, w drzwiach pojawiła się Pani Teresa. Nie weszła – wkroczyła jak na inspekcję, spojrzała na mnie tak, jakby oceniała do kogo należy każdy krok w tym mieszkaniu. W przedpokoju natychmiast zwróciła uwagę na moje buty, kiwnęła surowo i ruszyła do kuchni.
Usiadła przy stole, dłonie na stole, nie mrugając:
– No dobrze, poznajmy się. Anno, opowiedz o sobie.
– Pracuję w firmie transportowej od pięciu lat – odpowiedziałam.
– Dochód oficjalny, czy tak jak teraz modnie wszystko „pod stołem”? Może masz jakieś zaświadczenia? – przerwała ostro.
Przeliczyłam w myślach, ile kosztują „szare papiery” u znajomych, ale odpowiedziałam szczerze:
– Wszystko oficjalnie, dochód stabilny, na życie wystarcza.
Michał w tym czasie grzecznie układał ziemniaki na talerzach, tworząc wrażenie mebli dla aranżacji.
– A mieszkanie masz, czy od razu na szyję synowi wisi? – dopytywała.
– Mam, wynajmuję – odpowiedziałam dumnie.
Pani Teresa kiwnęła głową, z lekkim pobłażaniem:
– Wiecie, kobiety czasem zaczynają samodzielnie, a potem nagle: „Michał, kup mi wannę z hydromasażem, zabierz mnie na Malediwy, proszę”. Cenimy uczciwość!
Potem poszło już standardowo: czy byłam zamężna, skąd pochodzą rodzice, czy rodzina ma jakieś choroby dziedziczne, a także stosunek do alkoholu – egzamin w pełni.
Michał wytrwale udawał niemego w scenie godnej „Rewizora”.
Po pół godzinie, kiedy mój herbata wystygła, Pani Teresa rzuciła zdanie, które zakończyło naszą „romantyczną” kolację:
– Przejdźmy do sedna: macie dzieci?
– Nie, odpowiedziałam, uważam to za sprawę prywatną.
– Prywatne w domu, owszem! – przerwała. – Nam potrzebni są własni wnukowie, obcych nie interesują. I zaświadczenie z kliniki, że możesz urodzić, a wszystkie badania na twój koszt!
Spojrzałam na Michała, mając nadzieję, że stanie w obronie swojej wybranki. On westchnął:
– No wiesz, to mama się martwi, lepiej żebyś poszła, uspokoi się od razu.
Wtedy zrozumiałam, że moja misja w tym cyrku dobiegła końca. Wstałam:
– To wszystko, powiedziałam, było… pouczające.
Wyszłam do przedpokoju, Michał zawołał za mną:
– Anno, wiesz, mama tylko dla mnie się stara!
Zapięłam płaszcz i już w drodze wymamrotałam:
– Wygląda na to, że matka wybierze też żonę. Ja rezygnuję.
Zebrałam torby, nic swojego nie rozpakowałam, zamówiłam taksówkę i wróciłam do własnego mieszkania, gdzie herbata ciepła, a pytań takich nikt nie zadaje.
Michał potem pisał, dzwonił, zapewniał: „No co ty, wszystkie normalne kobiety dostosowują się do rodziny!”
Nie dyskutowałam. Cieszyłam się tylko, że cały ten spektakl odbył się przed ślubem i wspólnym kredytem, a nie po.
Dwa miesiące wspólnego życia, wszystko było wspaniale, dopóki nie zaproszono mnie do poznania jego matki – i wtedy wszystko się zaczęło.

