– Spróbowały i zostawiły. Dzieci są ciekawe świata.
Maria poczuła, jak gotuje się w niej złość:
– Halino, twoje dzieci niszczą mi cały ogród!
– Nie wyolbrzymiaj! Masz duży, bogaty ogród.
– Co ma do tego bogaty? Ja te rośliny pielęgnowałam latami!
– No to pielęgnuj dalej.
Sąsiadka weszła do domu i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Wieczorem Maria opowiedziała mężowi o rozmowie z Haliną.
– Wyobrażasz sobie? Nawet słowa przepraszam nie powiedziała. Tylko powtarza, że dzieci to dzieci.
– A czego się spodziewałaś? – Jan wzruszył ramionami. – Łatwiej jej machnąć ręką, niż wychowywać całą gromadę.
– Ale to przecież kradzież!
– Marysiu, nie nakręcaj się. Małe dzieci, jeszcze nie rozumieją.
– Najstarszy ma trzynaście lat! Powinien już wiedzieć, że cudzego się nie bierze!
Jan westchnął. Nie miał ochoty wszczynać wojny z sąsiadami przez owoce.
Kilka dni później zniknęły nawet porzeczki.
– Koniec, dłużej tego nie zniosę! – powiedziała Maria twardo do męża.
Znów poszła do sąsiadki. Halina stała między rabatami i podlewała kwiaty konewką.
– Teraz zjedli mi porzeczki!
– Jakie znowu porzeczki?
– Moje! Twoje wnuki znowu przełaziły przez płot!
– Marysiu, co ty się tak rzucasz? Dzieci skubnęły trochę owoców, to jeszcze nie tragedia.
– Nie skubnęły, tylko zebrały do czysta! Straciłam cały plon!
– A ty czemu od razu naskakujesz na dzieci? Sama jesteś sobie winna!
Maria aż zaniemówiła.
– Ja jestem winna?
– A kto pozwalał im biegać po twojej działce? Przyzwyczaiły się, że wszystko wolno.
– Robiłam to z serca! Myślałam, że niech się dzieci przyjaźnią!
– No to masz teraz skutki tego dobrego serca!
Halina odstawiła konewkę i ruszyła w stronę domu:
– A poza tym, jak nie chcesz, żeby ktoś brał, postaw wyższy płot. Bo dziury masz wszędzie, każdy może wejść.
– Halino, przecież dzieciom trzeba wytłumaczyć, że nie wolno brać cudzych rzeczy!
– Trzeba. Tylko po co? I tak nie zrozumieją.
Maria wróciła do siebie rozbita. Usiadła na ławce i rozpłakała się bezsilnie. Tyle lat pracowała w ogrodzie, czekała na pierwszy prawdziwy zbiór, a teraz wszystko przepadło.
– Marysiu, po co te łzy? – pocieszał ją mąż. – Za rok będą nowe owoce.
– Tu nie chodzi o owoce! Chodzi o to, że ona nawet nie chce przeprosić! Zachowuje się tak, jakby miała do tego prawo!
– Co z nią zrobisz? Wiesz przecież, jaka jest.
Rzeczywiście, Halina miała na działkach opinię osoby trudnej i złośliwej. Mimo to do tej pory z Marią jakoś się dogadywały.
– Janku, a może postawimy wyższe ogrodzenie?
– Możemy. Tylko tanio nie będzie.
– A jakie mamy wyjście? Inaczej rozniosą nam cały sad.
Następnego dnia zaczęła się budowa nowego płotu. Jan przywiózł deski, siatkę i słupki. Pracował od rana aż do zmroku.
Halina obserwowała wszystko ze swojego podwórka i rzucała uszczypliwe komentarze:
– Ale z was sknery! Przed dziećmi płot stawiacie!
Maria nie odpowiadała. Tylko zaciskała usta coraz mocniej.
Wnuki sąsiadki też kręciły się przy ogrodzeniu, próbując znaleźć nową szczelinę. Ale Jan załatał każdą dziurę i pozabijał wszystkie przejścia.
– Ciociu Marysiu, dlaczego zbudowaliście taki płot? – zapytała mała Zosia.
– Żeby ocalić owoce.
– A będziemy mogli przychodzić się bawić?
– Nie. Już nie będzie można.
Płot pomógł, lecz stosunki z sąsiadami zepsuły się ostatecznie. Halina odwracała głowę przy spotkaniach, a dzieci przestały zaglądać na działkę Marii.
– Sknera! – wołały przez ogrodzenie. – Stara sknera!
Maria próbowała nie reagować, ale ciężar na sercu nie znikał. Dawniej podwórko żyło dziecięcym śmiechem, teraz zalegała na nim cisza.
Tymczasem Halina zaczęła opowiadać innym działkowcom własną wersję wydarzeń:
– Wyobrażacie sobie, jacy chytrzy? Dzieciom jednej jagódki żałują! Płot jak twierdzę postawili!
– A dużo zjadły? – pytali sąsiedzi.
– Gdzie tam, garstkę może! A ona mówi, jakby jej majątek ukradli!
Opowieść Haliny brzmiała dla ludzi wygodniej. Kto uwierzyłby, że dzieci potrafią zjeść cały zbiór z kilku krzewów?
Stopniowo po ogródkach rozeszła się opinia, że Maria jest skąpa i niemiła. A Halina to dobra babcia, która sama opiekuje się piątką wnucząt.
Pod koniec lata zrobiło się jeszcze gorzej. Dzieci sąsiadki, skoro nie mogły wejść do ogrodu, zaczęły mścić się inaczej.
Raz przerzuciły przez płot piłkę, innym razem śmieci. Pewnego poranka Maria znalazła w warzywniku porozrzucane niedopałki i papierki po cukierkach.
– Halino, przemów swoim wnukom do rozsądku!
– A co takiego zrobiły?
– Naśmieciły mi w warzywach!
– Skąd wiesz, że to moje? Może wiatr przywiał.
A dzieci nie przestawały. To chlusnęły wodą z węża przez płot, to rzuciły kamykiem w szybę.
Maria zrozumiała, że ich babcia nie tylko ich nie powstrzymuje, ale jeszcze po cichu dodaje im odwagi.
– Może, Janku, zgłosimy to straży miejskiej albo policji?
– Marysiu, daj spokój! Będziemy ludziom zawracać głowę dziecięcymi wybrykami?
– Ale one naprawdę chuliganią!
– Wytrzymajmy. Lato zaraz się skończy i pojadą do miasta.
I rzeczywiście, pod koniec sierpnia hałaśliwa gromadka spakowała się i wyjechała.
Maria siedziała wieczorem na ławce w ciszy i myślała o następnym lecie. Przecież Halina zapewne znowu przywiezie pięcioro wnuków. I co wtedy?
Znowu chłód przez płot, znowu kamienie w ogródku, znowu wyzwiska? Dzieci uważały ją już za złą, skąpą staruchę, a ich babcia wcale nie zamierzała wyprowadzać ich z błędu.
Ogród przestał być dla Marii miejscem radości i odpoczynku. Stał się twierdzą, w której musiała bronić nie tylko owoców, lecz także własnego spokoju.
