Różowe okularki zasłaniały jej oczy, a ona śmiała się za każdym razem, gdy podczas pływania woda pryskała jej na twarz. Nurkowała w płytkiej części, machała do mnie i próbowała utrzymać się na powierzchni jak rozgwiazda.
— Mamo, tutaj jest cudownie! — zawołała.
Ukryta za ciemnymi okularami przeciwsłonecznymi zamrugałam szybko, żeby powstrzymać łzy.
— Bardzo się cieszę, kochanie.
— Naprawdę uwielbiam to miejsce!
Po pewnym czasie powiedziała, że chciałaby napić się koktajlu owocowego.
— Zaraz wrócimy — zapewniłam bardziej samą siebie niż ją.
Odeszłyśmy najwyżej na piętnaście minut.
Możliwe, że nawet krócej.
Kiedy wróciłyśmy z napojami, nasze leżaki były zajęte.
Na moim odpoczywała kobieta w drogim, białym kostiumie kąpielowym. Okulary przeciwsłoneczne wsunęła w idealnie ułożone włosy, jakby przed chwilą zeszła z planu sesji reklamowej. Na leżaku Zosi siedział mężczyzna, zapewne jej partner, i bez zainteresowania przesuwał palcem po ekranie telefonu.
Oboje wyglądali tak, jakby samo pojawienie się w ośrodku dawało im prawo do najlepszego miejsca, cienia i pełnej wygody.
Nasze ręczniki znalazłam w koszu stojącym kilka kroków dalej. Były zgniecione i wciśnięte pomiędzy papierowe kubki oraz mokre serwetki.
Przez kilka sekund tylko patrzyłam.
Zosia mocniej ścisnęła kubek z koktajlem.
— Mamo… przecież to nasze leżaki.
— Wiem, skarbie. Ja się tym zajmę.
— Ale my je zarezerwowałyśmy.
Powoli podeszłam do kobiety.
— Przepraszam — zaczęłam spokojnie. — Te miejsca były przez nas zarezerwowane.
Nie uniosła nawet głowy.
— Rezerwacja nie ma znaczenia, jeśli nikt tutaj nie siedzi.
— Odeszłyśmy tylko po napoje. Nie było nas najwyżej kilkanaście minut.
— To nie mój problem.
Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, nie odrywając wzroku od telefonu.
Spojrzałam na klipsy leżące na stoliku pomiędzy leżakami. Nadal było na nich wyraźnie widoczne oznaczenie naszego pokoju, zapisane niebieskim flamastrem.
— Te klipsy i ręczniki należą do nas.
Dopiero wtedy kobieta raczyła na mnie spojrzeć.
Później przeniosła wzrok na Zosię.
Zaczęła od jej pozbawionej włosów głowy. Następnie spojrzała na drobne ramiona, zbyt chude ręce i szpitalną opaskę na nadgarstku. Nie mogła nie zrozumieć, co widzi.
Jej usta wykrzywiły się jednak w pogardliwym grymasie.
— Szczerze? Może powinnyście jeździć w miejsca bardziej odpowiednie dla takich jak wy.
W tej samej chwili cały basen jakby zniknął.
Przestałam słyszeć plusk wody, muzykę płynącą z głośników i hałas blendera z baru. Zniknęły rozmowy, śmiech dzieci i odgłos przesuwanych krzeseł.
Dotarł do mnie tylko krótki, urwany wdech Zosi.
Przez cały poprzedni rok nosiłam w sobie lęk, gniew, zmęczenie i bezradność. Teraz wszystkie te uczucia poderwały się naraz, tak gwałtownie, że przez sekundę miałam wrażenie, iż rozsypię się na kawałki albo powiem coś, czego nie zdołam już cofnąć.
Ale obok stała moja córka.
Przez wiele miesięcy widziała zbyt wielu dorosłych szepczących ponad jej głową, jakby nie rozumiała, że rozmawiają o niej. Słyszała słowa, które miały do niej nie docierać, obserwowała twarze, z których ludzie próbowali usunąć strach.
Nie chciałam, żeby zobaczyła kolejną scenę, podczas której dorośli tracą nad sobą kontrolę.
Podeszłam więc do kosza, wyciągnęłam nasze ręczniki i nie powiedziałam ani słowa.
Przy bramce stał ratownik. Widział całą sytuację.
Niedaleko punktu wydawania ręczników znajdował się również pracownik ośrodka w koszulce polo z wyszytym logo. On także wszystko obserwował.
Na moment spotkały się nasze spojrzenia.
To ja pierwsza odwróciłam wzrok.
Na końcu terenu, tuż przy ogrodzeniu, znalazłyśmy dwa wolne leżaki. Jeden miał naderwany pas, a drugi tylko częściowo mieścił się w cieniu. Zosia usiadła ostrożnie, trzymając napój na kolanach.
Nie wypiła ani łyka.
— Może te miejsca tak naprawdę nie były nasze — wyszeptała.
Uklękłam przed nią.
— Były nasze. Zarezerwowałyśmy je zgodnie z zasadami.
— Może nie miałyśmy prawa ich zajmować.
Spojrzała w stronę kobiety, która śmiała się głośno z czegoś pokazywanego jej przez partnera na ekranie telefonu.
— Skoro były nasze, dlaczego nie chciała ich oddać?
Nie znałam odpowiedzi, która nie odebrałaby mojej córce kolejnej części radości.
Spróbowałam więc się uśmiechnąć.
— Ponieważ niektórzy ludzie zapominają, że zasady obowiązują również ich.
Zosia opuściła wzrok i zaczęła obracać szpitalną opaskę na nadgarstku.
Zabolało mnie to bardziej niż słowa tamtej kobiety.
Mniej więcej dwadzieścia minut później zauważyłam pracownika ośrodka, którego wcześniej widziałam w pobliżu. Szedł przez teren basenu, niosąc eleganckie, błyszczące pudełko w granatowym kolorze.
Kiedy przechodził obok nas, dyskretnie do mnie mrugnął.
Nie było w tym teatralności ani przesady. Zrobił to tak szybko, że początkowo nie byłam pewna, czy dobrze zauważyłam.
Wyprostowałam się jednak i zaczęłam go obserwować.
Mężczyzna podszedł prosto do kobiety zajmującej nasz leżak.
— Przepraszam panią.
Kobieta zsunęła okulary z nosa i umieściła je na czubku głowy.
— Tak?
Pracownik uśmiechnął się profesjonalnie.