Babcia odnalazła po dwudziestu pięciu latach stare wypracowanie nauczycielki i poszła z nim do college’u, by przypomnieć jej, kim była, zanim sama zaczęła upokarzać cudze dzieci

— Nie przyszłam tutaj, żeby upokorzyć cię przed dyrektorem — powiedziała Irena. — Chciałam jedynie oddać ci coś, co od dawna należy do ciebie. Przechowywałam to wypracowanie przez dwadzieścia pięć lat. Myślałam, że kiedyś przyniosę ci je, gdy zostaniesz nauczycielką, i powiem, jak bardzo jestem dumna ze swojej uczennicy. Nauczycielką rzeczywiście zostałaś.

Babcia na moment umilkła.

— Wczoraj Zuzanna opowiedziała mi wszystko, co wydarzyło się na zajęciach. Powtórzyła każde twoje słowo. Wierzę jej, bo moja wnuczka nie ma zwyczaju kłamać.

— Pani Ireno, ja naprawdę… — Anna z trudem przełknęła ślinę. — Nie wiedziałam, że ona jest pani wnuczką.

Irena długo patrzyła na dawną uczennicę znad okularów.

— A gdyby Zuzanna nie była moją wnuczką, Aniu? Wtedy wolno byłoby ci mówić takie rzeczy?

Nikt nie odpowiedział. Zresztą odpowiedź nie była już potrzebna. Anna nagle wstała, odwróciła się do Zuzanny i zaczęła mówić z zakłopotaniem, jakby sama znowu siedziała w szkolnej ławce i zdawała bardzo trudny egzamin:

— Zuzanno… Wczoraj powiedziałam ci okropne rzeczy. Obraziłam ciebie i twoją rodzinę. Zachowałam się podle. Przepraszam. Jeśli potrafisz, wybacz mi.

Zuzanna nie wiedziała, gdzie podziać wzrok. Skinęła tylko głową, bo nie była w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Irena położyła stare wypracowanie na biurku Anny, zawiązała pustą teczkę, pożegnała się z dyrektorem i wyszła z gabinetu. Zuzanna natychmiast ruszyła za nią.

Na schodach, już przed wejściem do college’u, babcia z ulgą wypuściła powietrze i rozpięła górny guzik żakietu.

— Obiecałaś, że nie będzie awantury — powiedziała Zuzanna, słysząc drżenie we własnym głosie.

— Czy tam była jakaś awantura?

Zuzanna przez chwilę się zastanawiała. A potem wybuchnęła śmiechem — pierwszy raz od tamtych feralnych trzecich zajęć.

Przy przystanku kupiły w kiosku dwa gorące paszteciki z kapustą, zawinięte w papierowe serwetki. Jadły po drodze, choć babcia zwykle nie pozwalała na takie zachowanie ani sobie, ani wnuczce.

— Babciu, naprawdę zachowałaś wszystkie wypracowania uczniów? Przez czterdzieści jeden lat?

— Nie wszystkie. Tylko te, w których dzieci napisały coś naprawdę ważnego. Na pawlaczu mam cztery pudła. Twoja mama nazywa je makulaturą i twierdzi, że dawno można było w tym miejscu postawić porządną szafę.

— Po co je trzymałaś?

Irena wytarła palce papierową serwetką.

— Bo ludzie często zapominają, jacy byli kiedyś. Szczególnie ci, którzy w dzieciństwie zaznali upokorzenia. Wydaje im się, że skoro ktoś zranił ich, gdy mieli trzynaście lat, to już zawsze będą pamiętać ten ból i nigdy nie zrobią tego samego drugiemu człowiekowi. Ale życie bywa inne. Człowiek dorasta i nawet nie zauważa, że staje się dokładnie taką nauczycielką matematyki, przed jaką sam kiedyś płakał. Czasem po prostu w odpowiedniej chwili nie ma obok nikogo, kto przypomniałby mu przeszłość.

Kolejne zajęcia z matematyki wyższej odbywały się w czwartek. Anna Ostrowska weszła do sali bez dziennika. Przez kilka sekund stała przy biurku, czekając, aż wszyscy zajmą miejsca, a potem oznajmiła, że musi powiedzieć coś ważnego.

— W poniedziałek pozwoliłam sobie powiedzieć Zuzannie Mielnik rzeczy, których nie wolno było mi powiedzieć. Stało się to przy całej grupie, dlatego również przy wszystkich muszę przeprosić. Zuzanno, jeszcze raz proszę cię o wybaczenie.

Wiktoria Gajda po raz pierwszy w tym semestrze oderwała wzrok od telefonu.

Tego samego dnia Anna ponownie poprosiła Zuzannę do tablicy i podała jej tę samą pochodną. Przy trzeciej linijce dziewczyna znowu postawiła niewłaściwy znak. Tym razem nauczycielka nie westchnęła i nie kazała jej wracać na miejsce. Podeszła bliżej, nachyliła się nad zapisem i spokojnie podpowiedziała:

— Proszę się zatrzymać. Niech pani jeszcze raz spojrzy na minus. Co się z nim dzieje, kiedy wyciągamy go przed nawias?

Zuzanna przyjrzała się działaniu. Po chwili dostrzegła pomyłkę.

W grudniu zdała zaliczenie na czwórkę. Uczciwą i zasłużoną, bez taryfy ulgowej ani specjalnego traktowania.

Tuż przed Bożym Narodzeniem ktoś zadzwonił do drzwi mieszkania. Na progu stała Anna. W jednej ręce trzymała pudełko z ciastem, w drugiej bukiet kwiatów. Wyglądała tak, jakby znowu była uczennicą siódmej klasy i przyszła oddać Irenie swoje wypracowanie.

W kuchni obie kobiety siedziały niemal do jedenastej wieczorem. Zuzanna słyszała ze swojego pokoju ich śmiech, babcine: „A pamiętasz, Aniu…”, a także długie chwile milczenia, które Anna robiła raz albo dwa razy w ciągu wieczoru.

Kiedy gość wyszedł, Zuzanna zaniosła filiżanki do kuchni i wreszcie zadała pytanie, które nie dawało jej spokoju od miesiąca:

— Babciu, a moje wypracowania też są w tych pudłach?

Irena uśmiechnęła się, nadal stojąc do wnuczki plecami przy zlewie.

— A gdzie indziej mogłyby być?