Kobieta przechyliła głowę.
— Są tu dzieci.
— Jestem ubrana stosownie — powiedziałam, czując, jak policzki zaczynają mnie palić.
Uśmiechnęła się w sposób, który zabolał bardziej niż otwarta drwina.
— Niektóre widoki i tak nie są przyjemne dla innych.
Nie chodziło tylko o słowa. Chodziło o jej spojrzenie. O to, jak koleżanki zasłaniały uśmiechy kubkami. O nagłe poczucie, że jestem zbyt stara, zbyt widoczna i zupełnie nie na miejscu.
Zanim zdążyłam pomyśleć, sięgnęłam po plażową narzutkę.
— Babciu? — odezwała się Zosia.
Zmusiłam się do uśmiechu.
— Wszystko dobrze, skarbie.
Ale nic nie było dobrze.
Usiadłam na leżaku i położyłam narzutkę na kolanach. Najchętniej natychmiast wróciłabym do domu. Nie dlatego, że nieznajoma miała rację. Nie chciałam jedynie, żeby szóste urodziny Zosi zamieniły się we wspomnienie o tym, jak jej babcię publicznie upokorzono przy basenie.
Zosia przez kilka sekund patrzyła na kobietę w milczeniu. Jej małe ramiona wyraźnie się napięły.
Potem pochyliła się do mnie.
— Muszę do toalety.
— Pójdę z tobą.
Wskazała stanowisko z ręcznikami, przy którym młoda pracownica w czerwonej koszulce układała czyste rzeczy.
— Ona może mnie zaprowadzić.
Nie zdążyłam zaprotestować. Zosia podeszła do dziewczyny i zapytała:
— Czy pokaże mi pani, gdzie jest toaleta?
Pracownica uśmiechnęła się.
— Oczywiście.
Patrzyłam, jak odchodzą.
Za moimi plecami tamta kobieta rzuciła do koleżanek:
— Niektórym ludziom naprawdę przydałoby się częściej patrzeć w lustro.
Tym razem Zosia również to usłyszała. Poznałam po tym, jak na moment przystanęła i jeszcze mocniej wyprostowała plecy, zanim zniknęła za rogiem.
Kilka minut później wróciła, trzymając pracownicę za rękę. Obok nich szedł mężczyzna w granatowej koszulce hotelowej, z identyfikatorem przypiętym do piersi.
Zosia wyciągnęła palec w stronę nieznajomej.
— To ona — powiedziała. — Przez nią moja babcia chciała wyjść w moje urodziny.
Miałam wrażenie, że cały basen nagle ucichł.
Podniosłam się, choć drżały mi kolana.
Mężczyzna zrobił krok naprzód.
— Nazywam się Marek i jestem kierownikiem strefy basenowej.
Kobieta prychnęła.
— Naprawdę? To jakiś absurd.
Marek zachował spokój.
— Dziewczynka powiedziała, że zachowała się pani niegrzecznie wobec jej babci. Chciałbym ustalić, co dokładnie się wydarzyło.
Nieznajoma skrzyżowała ręce.
— Tylko zażartowałam. Ludzie są dziś strasznie przewrażliwieni.
Stanęłam obok Zosi. Nogi miałam jak z waty, ale zmusiłam się, by mówić wyraźnie.
— Powiedziała pani, że w moim wieku powinnam wstydzić się stroju kąpielowego. Wspomniała pani również, że są tu dzieci.
Jedna z koleżanek szepnęła:
— Karolina…
Tak poznałam jej imię.
Karolina przewróciła oczami.
— Wcale nie powiedziałam tego w taki sposób, jak ona teraz sugeruje.
Wtedy z sąsiedniego rzędu leżaków wstała kobieta, która wcześniej czytała książkę.
— Ja też wszystko słyszałam — powiedziała, podchodząc bliżej. — Ta pani mówi prawdę.
Karolina spojrzała na nią ze złością.
— Nie ma pani pojęcia, co się wydarzyło.
Świadkini nawet nie drgnęła.
— Doskonale wiem, co usłyszałam.
Marek skinął głową, po czym spojrzał w stronę restauracyjnego tarasu, gdzie gromadzili się ludzie z identyfikatorami.
— Proszę chwilę zaczekać.
Uniósł rękę i przywołał kobietę w eleganckiej marynarce, która właśnie szła w naszą stronę.
Karolina znów się roześmiała.
— Chyba nie zamierzacie robić afery z jednego zdania?
— To zależy od okoliczności — odpowiedział Marek.
Gdy Karolina rozpoznała zbliżającą się kobietę, natychmiast zmieniła postawę. Zniknął kpiący uśmiech, a ramiona przestały być tak pewnie odchylone do tyłu.
Kobieta w marynarce zatrzymała się przy nas.
— Co się dzieje?
Spojrzała na Karolinę, a potem na firmową torbę ustawioną przy jej leżaku.
Marek wyjaśnił:
— Ta gościni miała obraźliwie odezwać się do innej osoby w obecności dziecka.
Kobieta ponownie popatrzyła na Karolinę.
— Karolino, czy to prawda?
Karolina spróbowała się uśmiechnąć.
— Doroto, wszystko zostało potwornie wyolbrzymione.
Zrozumiałam, że Dorota odpowiadała za wydarzenie, o którym czytałam na tablicy przy wejściu.
— Zostałaś dziś zaproszona — powiedziała chłodno — ponieważ hotel i nasza firma przygotowują materiał o rodzinach oraz kobietach z różnych pokoleń.
Potem odwróciła się do mnie.
— Proszę opowiedzieć, co się stało.
Zaczęłam mówić. Na początku głos mi drżał, lecz z każdym kolejnym zdaniem odzyskiwałam pewność. Zosia przerwała tylko raz:
— Ona zasmuciła babcię.
Kobieta z sąsiedniego leżaka powtórzyła słowa, które usłyszała. Dorota wysłuchała wszystkich bez pośpiechu, po czym znów spojrzała na Karolinę.
— To nie było zabawne.
— To był tylko żart — mruknęła Karolina.
Twarz Doroty pozostała nieruchoma.
— Zaprosiłyśmy cię, bo chcemy pokazać, że rodziny i kobiety w każdym wieku powinny czuć się tutaj mile widziane. Rozumiesz, jak fatalnie reprezentujesz teraz naszą firmę?
Karolina wzruszyła ramionami.
— Przecież nic wielkiego się nie stało.
— Stało się — odpowiedziała Dorota. — Nie bierzesz już udziału w dzisiejszym wydarzeniu. Spakuj swoje rzeczy i opuść teren hotelu.