Byłam pewna, że spełnienie ostatniej woli męża będzie najtrudniejszą rzeczą w moim życiu — dopóki nie odkryłam, że przygotował się także na coś, czego zupełnie się po nim nie spodziewałam

— Mamo, jeśli tego słuchasz, prawdopodobnie jesteś wściekła. Kochałaś mnie wcześniej niż ktokolwiek inny. Ale miłość do mnie nie daje ci prawa decydować, które z moich wyborów były prawdziwe.

Nikt się nie poruszył.

— Nie zmuszaj Anny, żeby udowadniała swoją miłość do mnie poprzez zgodę na wszystko, czego ty chcesz. I nie wciągaj w to Cecylii. Ona nie jest pamiątką, którą po sobie zostawiłem. Jest moją córką i córką Anny. Ma prawo dorosnąć i stać się sobą.

— Wyłącz — szepnęła Wioletta.

Zrobiłam to.

Potem spojrzałam na nią.

— Chcę, żeby Cecylia cię znała.

Wioletta rozpłakała się.

— Ale nigdy nie powiesz jej, że zmusiłam Marka do tej decyzji. Nie będziesz też obciążać jej tym, jak bardzo tęsknisz za synem.

Wioletta otarła policzki.

— Nie wiem, kim jestem bez niego.

— Ja też nie wiem, kim jestem bez niego — odpowiedziałam. — To najtrudniejsza rzecz, przez jaką kiedykolwiek musiałam przejść.

Spojrzałam na Cecylię.

— Ale ona nie musi jeszcze znać odpowiedzi na żadne z tych pytań.

***

Sześć miesięcy później Wioletta siedziała na dywanie w moim salonie, a Cecylia próbowała utrzymać w dłoniach drewniany klocek.

Nie można było powiedzieć, że nasze relacje całkowicie się odbudowały.

Ale powoli zaczynały się goić.

Wioletta zawsze pytała, czy może przyjść. Pytała też, zanim brała Cecylię na ręce.

A kiedy tęskniła za Markiem, mówiła po prostu:

— Tęsknię za nim.

Tego dnia Cecylia ścisnęła klocek tak mocno, że jej maleńkie kostki pobielały.

Wioletta uśmiechnęła się.

— Popatrz tylko, jaki ma uścisk.

Roześmiałam się.

— Zupełnie jak Marek.

Wioletta spojrzała na mnie, a potem na dziecko.

Przez sekundę na jej twarzy pojawił się dawny wyraz. Jakby znów chciała odnaleźć syna w każdym geście wnuczki.

Po chwili jednak pokręciła głową i delikatnie dotknęła dłoni Cecylii.

— Nie. To jej własna cecha.

Cecylia zapiszczała z radości i upuściła klocek prosto na kolana Wioletty.

Obie się roześmiałyśmy.

Po raz pierwszy od śmierci Marka żadna z nas nie potrzebowała, żeby Cecylia udowadniała, że on wciąż jest przy nas.

Mogłyśmy za nim tęsknić.

Mogłyśmy nadal go kochać.

A ona mogła po prostu rosnąć i stawać się sobą.