W 1971 roku w jednym z miast centralnej Polski wydarzyło się coś, co na zawsze rozbiło spokój pewnej rodziny. Piotr i Katarzyna Kowalscy właśnie zostali rodzicami. Zamiast radości i wzruszenia w ich domu pojawiło się jednak niedowierzanie, strach oraz podejrzenia. Dziecko, które urodziła Katarzyna, miało ciemną skórę.
Piotr zareagował gwałtownie. Natychmiast uznał, że żona musiała go zdradzić, i wpadł w furię. Katarzyna była równie wstrząśnięta, lecz z zupełnie innego powodu. Wiedziała przecież, że nigdy nie miała żadnej relacji z Afrykaninem. Nie potrafiła więc zrozumieć, jak mogło dojść do czegoś takiego.
Lekarze i położne nie umieli udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Niektórzy sugerowali, że niezwykły wygląd dziecka może być skutkiem dziedziczenia po którymś z bardzo odległych przodków. Takie wyjaśnienie nie uspokoiło jednak małżonków. W rodzinie Kowalskich rozpoczął się prawdziwy kryzys.
Piotr spakował najpotrzebniejsze rzeczy i wyprowadził się do swoich rodziców. Katarzyna została sama z noworodkiem, a na domiar złego musiała znosić szepty i spojrzenia ludzi.
Codziennie wychodziła z wózkiem na ulice, ale trzymała się z dala od innych młodych matek. Nie chciała odpowiadać na pytania ani wdawać się w rozmowy. Czuła, że wszyscy patrzą na nią jak na kobietę, która dopuściła się czegoś haniebnego.
Około miesiąca po porodzie przechodnie znaleźli Katarzynę u podnóża wysokich kamiennych schodów. Wózek z dzieckiem stał na górze. Wszystko wskazywało na to, że kobieta straciła równowagę i spadła w dół. Na szczęście wciąż żyła, dlatego natychmiast przewieziono ją na oddział intensywnej terapii. Dziecku nic się nie stało.
Kiedy lekarze walczyli o życie młodej matki, na komisariat zadzwonił mężczyzna twierdzący, że widział całe zdarzenie. Według jego relacji Katarzyna nie spadła przypadkiem. Została celowo zepchnięta ze schodów przez mężczyznę, który przyjechał na motocyklu, a potem szybko odjechał.
Od tej chwili śledztwo nabrało zupełnie innego charakteru.
Katarzyna Kowalska
Pierwszym podejrzanym stał się oczywiście mąż poszkodowanej. Piotr miał motocykl, a poza tym kilka osób słyszało, jak podczas wypisywania Katarzyny ze szpitala, gdy po raz pierwszy zobaczył ciemnoskóre dziecko, w gniewie groził żonie.
Motyw wydawał się oczywisty. Milicjanci zamierzali jak najszybciej odnaleźć Piotra, zatrzymać go i przesłuchać.
Nie zdążyli jednak nawet wyruszyć do jego rodziców, gdy na komisariacie pojawiło się pilne zgłoszenie. Nieznany motocyklista zagonił za garaże młodego ciemnoskórego mężczyznę. Z jego zachowania wynikało, że nie zamierzał z nim spokojnie rozmawiać.
Funkcjonariusze przybyli w ostatniej chwili i zapobiegli tragedii. Mężczyzną na motocyklu okazał się Piotr Kowalski. Stał przed przerażonym Afrykaninem, trzymając w rękach ciężki metalowy pręt.
Milicjanci szybko go obezwładnili i zabrali na komisariat.
Piotr Kowalski
Podczas przesłuchania roztrzęsiony mężczyzna opowiedział, co doprowadziło go do takiego stanu. Przyznał, że w dniu wypisu ze szpitala, gdy zobaczył dziecko, rzeczywiście stracił panowanie nad sobą. Później ochłonął i doszedł do wniosku, że po prostu powinien rozwieść się z Katarzyną. Był przekonany, że żona go zdradziła.
Po pewnym czasie sąsiedzi zaczęli jednak mówić mu, że w pobliżu Katarzyny widywany jest jakiś Afrykanin, który rzekomo próbuje zwrócić na siebie jej uwagę. Dla Piotra była to ostatnia kropla.
Postanowił dowiedzieć się, kim jest nieznajomy. Ustalił, że mężczyzna nazywa się Marcel Moreau, pochodzi z Francji, jest chemikiem-technologiem i czasowo pracuje na kontrakcie w miejscowym zakładzie produkującym syntetyczne substancje zapachowe.
Piotr zaczął go śledzić, a potem uznał, że musi urządzić mu poważną rozmowę. Zanim jednak zdołał zrobić coś naprawdę niebezpiecznego, pojawili się milicjanci.
Na tym mogłaby zakończyć się cała historia, gdyby nie jeden szczegół.
Śledczy rozumieli emocje Piotra, lecz zadali mu znacznie ważniejsze pytanie: dlaczego miałby zepchnąć Katarzynę ze schodów? Czy chciał w ten sposób ją ukarać?
Kowalski zamarł. Z całych sił zaprzeczał, zapewniając, że nigdy nie podniósł ręki na żonę i w chwili ataku w ogóle nie było go w pobliżu schodów.
Początkowo nie potrafił jednak przedstawić przekonującego alibi. Dlatego umieszczono go w areszcie śledczym.
Następnego dnia na komisariacie zjawiła się elegancka, poważna kobieta. Nazywała się Helena Rudnicka i zajmowała wysokie stanowisko w wojewódzkim komitecie partii.
Wszyscy znali ją jako osobę stanowczą, wymagającą i niełatwą w kontaktach. Tym razem Helena zachowywała się jednak niezwykle uprzejmie. Wyjaśniła, że przyszła pomóc swojemu kierowcy, Piotrowi Kowalskiemu.
Twierdziła, że w chwili, gdy Katarzyna została zaatakowana, Piotr znajdował się w pracy. Helena osobiście widziała go przez okno swojego gabinetu. Siedział w służbowym samochodzie i czekał na nią. Nie odjeżdżał nigdzie, a więc nie mógł znaleźć się przy schodach.
Zeznania tak wpływowej osoby uznano za wiarygodne. Piotr Kowalski wkrótce wyszedł na wolność.