— Działkę sprzedajemy, mieszkanie dzielimy! — krzyczała teściowa, nie podejrzewając, że Katarzyna już trzyma w rękach papiery, które zniszczą jej plan

— Mamo, zamknij się! — nagle ryknął Paweł.

Na jego bladej twarzy pojawiły się wielkie krople potu. Gwałtownie wyrwał rękaw z palców matki. Jego spokojne życie w ciepłym gabinecie urzędu, pewna emerytura i służbowa skoda przemknęły mu przed oczami i rozsypały się w proch.

— Kasiu… A mieszkanie? Przecież ja muszę gdzieś mieszkać… — wymamrotał żałośnie.

— Zamieszkasz u mamy — odparła lodowato Katarzyna. — Ma dwa pokoje w bloku z wielkiej płyty, miejsce się znajdzie. A teraz pakujesz jej rzeczy i wyprowadzasz ją za bramę ROD. Żeby nigdy więcej nie było tu po niej śladu. Twoje pięć minut się kończy, Paweł.

— Paweł! Ty własną matkę na ulicę wyrzucisz?! Przez tę dziewuchę?! — Halina zaczęła ciężko oddychać i złapała się za serce, ale jej zwyczajny teatr tym razem nie zadziałał.

— Mamo, pakuj rzeczy! — krzyknął Paweł. — Rozumiesz, że mogą mnie wsadzić?! Tego chciałaś z tymi swoimi grządkami?! Przez twój upór pójdę pod sąd! Natychmiast się pakuj!

Rzucił się do pokoju, szarpnął drzwi starej szafy i zaczął wyrzucać na podłogę rzeczy matki: wełniane swetry, wytarte podomki, pstrokate chustki. Halina stała pośrodku werandy, jakby nie była w stanie uwierzyć w to, co się dzieje. Cała jej władza nad synem pękła jak bańka mydlana w obliczu jego własnego strachu.

Po dziesięciu minutach Paweł wyciągnął na werandę ogromną, kraciastą torbę z bazaru, zapiętą byle jak na słaby zamek.

— Pawełku… — przeciągnęła cicho i z urazą teściowa, ale syn nawet na nią nie spojrzał. Chwycił ją za łokieć i niemal pociągnął do wyjścia.

— Idź, mamo. Szybciej, proszę. Pociąg za dwadzieścia minut, zdążysz.

Katarzyna stała na schodkach, z rękami skrzyżowanymi na piersi, i patrzyła w milczeniu.

Zmierzch szybko opadał na ogródki działkowe. Paweł prawie wypchnął matkę za metalową furtkę, rzucił torbę pod jej nogi i z hukiem zasunął rygiel. Halina została na środku piaszczystej alejki, przydeptując sobie rąbek długiej spódnicy. Z ciemności dobiegł jej głuchy krzyk, przechodzący w pisk:

— Żebyście sczeźli, wy niewdzięczniki! Zapamiętasz moje słowa, Paweł! Jeszcze do matki na kolanach przypełzniesz!

Ale Paweł już biegł z powrotem na werandę, pośpiesznie ocierając czoło rękawem kurtki.

— Kasiu, zrobiłem wszystko, jak kazałaś. Jedźmy do notariusza, podpiszę wszystko. Tylko proszę, nie składaj tych papierów…

— Jedziemy — powiedziała cicho Katarzyna, zabierając ze stołu teczkę.

Następnego dnia.

— Kasiu, wykopałem dół pod trzeci krzew… — Paweł wbił łopatę w ciężką, szarą glinę i starł pot z czoła brudnym wierzchem dłoni. — Tutaj więcej drenażu trzeba, prawda? Tak jak robił twój dziadek?

Katarzyna siedziała na werandzie i powoli mieszała herbatę w starej filiżance po dziadku, z wytartym złotym rantem. W domu znów pachniało sosną, suszonym majerankiem i czystością. Babciną koronkową narzutę, ostrożnie doprane z gliny i wysuszoną na wietrze, bielono na równo zaścielonym łóżku.

Spojrzała przez otwarte okno na męża.

Paweł wyglądał mizernie. Jego dawniej idealnie ułożone włosy sterczały teraz we wszystkie strony, twarz mocno spaliło mu słońce, a dłonie urzędnika, zaklejone na krzyż tanim materiałowym plastrem, pokryły się wielkimi żółtymi pęcherzami. Obok niego na trawie stały ciężkie czarne donice ze szkółki. Na każdej bielała plastikowa etykieta: „piwonia różowa, odmiana kolekcjonerska, trzyletnia”. Paweł wydał na nie całą prywatną skrytkę pieniędzy, którą przez trzy lata odkładał na nowego, mocnego laptopa.

— Dodaj wiadro piasku i popiół — powiedziała krótko Katarzyna, nawet nie upijając herbaty.

Paweł postał chwilę, przestępując z nogi na nogę, jakby liczył, że zaprosi go na werandę albo chociaż poda mu zimny kompot. Ale Katarzyna patrzyła obok niego, na świeżo pobieloną obudowę studni.

— Kasiu… — odezwał się cicho, robiąc krok ku schodkom. — Przecież ja wszystko naprawiam, prawda? Krzewy znalazłem porządne, huśtawkę po rysunkach zamówiłem u stolarza, przywiezie ją w przyszły weekend… Może jeszcze wszystko da się odzyskać? Jak dawniej? No dobrze, zrobiłem głupstwo, posłuchałem mamy, ale chyba udowodniłem, że zrozumiałem?

Katarzyna odstawiła filiżankę na spodek.

— Niczego nie udowodniłeś, Paweł — odpowiedziała spokojnie, bez złości. — I niczego nie da się już przywrócić. Jesteś tutaj nie dlatego, że jesteś dobrym mężem. Jesteś tutaj, bo ratujesz własną skórę przed sprawą karną i zwolnieniem dyscyplinarnym.

Paweł przełknął ślinę.

— Ale przecież się staram… — mruknął, opuszczając głowę.

— Odpracowujesz dług wobec mojego dziadka — Katarzyna wstała i podeszła do balustrady, patrząc na niego z góry. — Za to, że podniosłeś rękę na jego pamięć i ukradłeś moje dokumenty. Kiedy ten ogród będzie taki jak przed waszym przyjazdem — czysty, żywy i kwitnący — wtedy się zastanowię. Czy złożyć pozew o rozwód od razu, czy dać ci jeszcze trochę czasu, żebyś pobył moim kierowcą i robotnikiem. A teraz idź kopać. Zaraz zajdzie słońce, a masz jeszcze trzy krzewy do posadzenia.

Mąż postał sekundę, bez słowa odwrócił się, podszedł do wykopu, chwycił trzonek łopaty i znów z całej siły wbił sztych w upartą ziemię.

Katarzyna patrzyła na jego zgięte plecy z lekkim, prawie niedostrzegalnym uczuciem ulgi.

Za płotem sąsiadki z działek już szeptały między sobą, obserwując, jak dawniej ważny i dumny Paweł posłusznie zgina kark pod chłodnym spojrzeniem żony. Jedne kobiety z satysfakcją mówiły: „Dobrze mu tak, zdrajcy, niech się teraz napoci!”. Inne wzdychały ze współczuciem: „No czy tak można z chłopem? Baba całkiem oszalała przez jakieś kwiatki, wyciśnie go do cna i wyrzuci…”.

Ale Katarzynie było zupełnie obojętne, co mówią.