Dawniej w podobnej sytuacji z pewnością zaczęłaby szukać kompromisu, ostrożnie dobierałaby słowa i martwiła się, że kogoś zrani. Teraz było jej po prostu wszystko jedno. Nie dlatego, że stała się bezduszna. Z wiekiem przychodzi bowiem prosta prawda: samotność jest znacznie spokojniejsza niż związek, w którym trzeba tolerować cudze dziwactwa tylko po to, by w mieszkaniu był jeszcze ktoś oprócz nas.
Marek dopił herbatę i ostrożnie zapytał:
— No… i co teraz?
Zofia wstała.
— Teraz wrócisz do siebie.
Wyraźnie spodziewał się zupełnie innej odpowiedzi.
— Mówisz poważnie?
— Jak najbardziej.
— I wszystko przez taki drobiazg?
— Nie. Przez to, że przez cały wieczór próbowałeś wmówić mi, że powinnam być szczęśliwa tylko dlatego, że w ogóle zwróciłeś na mnie uwagę.
Marek otworzył usta, jakby chciał zaprotestować, ale nie znalazł odpowiednich słów.
W milczeniu podniósł się, wziął kurtkę i przeszedł do przedpokoju. Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze i spojrzał na Zofię.
— Jeszcze będziesz tego żałować. Normalnych mężczyzn jest dziś bardzo niewielu.
Zofia uśmiechnęła się i otworzyła drzwi.
— Jeśli pozostali są jeszcze ciekawsi od ciebie, to chyba rzeczywiście lepiej sprawię sobie kota.
Marek prychnął z niezadowoleniem, mruknął coś pod nosem i wyszedł na klatkę schodową.
Drzwi zamknęły się za nim.
W mieszkaniu wreszcie zapanowała cisza.
Zofia spokojnie wróciła do kuchni, sięgnęła po filiżankę i wtedy zauważyła obok zlewu otwartą tubkę tego samego kremu. Przez chwilę tylko na nią patrzyła, po czym nagle roześmiała się tak głośno, że sama się zdziwiła.
Cały wieczór był tak absurdalny, że dalsze traktowanie go poważnie nie miało najmniejszego sensu.
Wtedy po raz pierwszy pomyślała, że jej życie wcale nie musi być nieszczęśliwe tylko dlatego, że nie ma w nim mężczyzny.
Śmiech długo nie chciał ucichnąć. Oparła dłonie o blat i próbowała się uspokoić, ale wystarczyło, że wyobraziła sobie poważną minę Marka oraz suszarkę w jego rękach, a ramiona znów zaczynały jej drżeć.
Kiedy w końcu się uspokoiła, mieszkanie wydało jej się niezwykle ciche i bezpieczne. Za oknem kropił drobny deszcz, krople leniwie spływały po szybie, a w zlewie stały dwie filiżanki — jej własna i ta pozostawiona przez gościa, jak pamiątka po jednym z najbardziej niedorzecznych wieczorów ostatnich lat.
Zofia automatycznie podniosła naczynie Marka i poczuła nagłe zmęczenie. Nie samym Markiem, lecz niekończącymi się próbami dorosłych ludzi, by udawać kogoś, kim nie są.
Odkręciła wodę, spłukała resztki herbaty i uświadomiła sobie, że po raz pierwszy po nieudanej randce nie czuje rozczarowania. Zwykle takie wieczory zostawiały po sobie nieprzyjemny posmak, skłaniały do wątpienia w siebie i analizowania, co właściwie poszło nie tak.
Tym razem było inaczej.
Zrobiło jej się lżej.
Jakby ktoś wreszcie oficjalnie pozwolił jej wycofać się z niekończącego się wyścigu pod hasłem: „ułóż sobie życie, zanim będzie za późno”.
Telefon zawibrował krótko na stole.
Przyszła wiadomość od Marka:
„Sama wszystko niepotrzebnie skomplikowałaś. Ale nie mam do ciebie żalu”.
Zofia przeczytała ją dwa razy i znowu się uśmiechnęła.
Oczywiście.
To ona wszystko skomplikowała.
Nie człowiek, który w cudzym mieszkaniu urządził sobie w łazience zabiegi kosmetyczne.
Nie odpowiedziała.
Zgasiła światło w kuchni, wzięła koc i usiadła na kanapie w salonie. Telewizor cicho grał w tle, ale prawie go nie słuchała. Myśli płynęły jedna za drugą.
Kiedy była młoda, wydawało jej się, że związek musi być stałym elementem życia. Jakby bez drugiej osoby u boku prawdziwe szczęście było niemożliwe. Potem przyszło małżeństwo, lata ustępstw, nawyk dopasowywania się i nieustanne próby zatrzymania czegoś, co już dawno przestało uszczęśliwiać którekolwiek z nich.
Po rozwodzie Zofia przez długi czas bała się samotności.
Szczególnie wieczorami.
Przerażała ją cisza mieszkania, brak cudzych kroków za plecami i pusta połowa łóżka. Wydawało jej się, że jeśli nikogo obok niej nie ma, to z pewnością wina leży po jej stronie.
Z czasem życie nauczyło ją jednak czegoś zupełnie innego.
Okazało się, że cisza może być przytulna.
Pusta przestrzeń — wygodna.
A samotność wcale nie musi oznaczać nieszczęśliwego losu.
Czasami pozwala po prostu usłyszeć własne pragnienia.
Następnego ranka Zofia obudziła się w wyjątkowo dobrym humorze. Słońce przedzierało się przez zasłony, w kuchni pachniała świeżo zaparzona kawa, a w jej wnętrzu nie było typowego niepokoju po nieudanej randce.
Spokojnie przygotowała się do pracy, a nawet cicho podśpiewywała pod nosem.
W biurze przyjaciółka Ewa natychmiast zauważyła jej dobry nastrój.
— No dobrze, opowiadaj. Jak wypadła randka z mechanikiem? — zapytała z ciekawością, przysuwając się bliżej.
Zofia zrobiła krótką pauzę.
— Jesteś pewna, że chcesz tego słuchać?
Pięć minut później Ewa ledwo łapała oddech ze śmiechu i ocierała łzy serwetką.
— Zaraz… powtórz jeszcze raz. On naprawdę suszył sobie włosy twoją suszarką?
— Niestety, dokładnie tak.
— I użył twojego kremu?
— Najdroższego.
Ewa oparła głowę na biurku.