— Gdzie zniknęła zupa? — zapytałam spokojnie. Już następnego dnia założyłam kłódkę na lodówkę, a mąż i jego siostra zrozumieli, że moja cierpliwość właśnie się skończyła

Usiadła przy kuchennym stole z kubkiem w dłoniach. Pozostało tylko czekać.

Pierwsza wróciła Dagmara.

W jednej ręce niosła paczkę chipsów, w drugiej puszkę najtańszego napoju energetycznego.

— Ale koszmarnie zimno — poskarżyła się od progu. Zdjęła kurtkę, rzuciła ją na pufę i poszła prosto do kuchni.

Marta w milczeniu piła kawę.

Dagmara podeszła do lodówki i pociągnęła za drzwi. Nie drgnęły nawet o milimetr.

Szarpnęła mocniej. Kłódka z głośnym stukiem uderzyła o metal.

Przez kilka sekund wpatrywała się oszołomiona w stalowe mocowania.

— Co to ma być?

— Kłódka — odpowiedziała spokojnie Marta.

— Po co?

— Żebyś przestała jeść na mój koszt.

Twarz Dagmary pobladła.

— Zwariowałaś? Otwórz natychmiast! Chcę ketchup do chipsów.

— Ketchupu tam nie ma. W środku nie ma niczego. Lodówka jest wyłączona. Wszystkie moje produkty są teraz w moim pokoju, a pokój jest zamknięty.

Dagmara zacisnęła dłonie w pięści.

— Krzyśkowi na pewno się to nie spodoba!

— Krzysiek może zamknąć się w łazience i popłakać.

Dagmara wyrwała telefon z kieszeni i wybrała numer brata.

— Krzysiek! Ta wariatka przykręciła do lodówki prawdziwą kłódkę! — wrzasnęła do słuchawki. — Tak, prosto do drzwi, metalowymi wkrętami!

Marta spokojnie dopiła kawę, opłukała kubek i wróciła do siebie. Zamknęła drzwi i dwa razy przekręciła klucz.

Mniej więcej godzinę później Krzysztof wpadł do mieszkania jak burza.

Marta usłyszała huk otwieranych drzwi, ciężkie kroki na korytarzu i oburzony krzyk dochodzący z kuchni.

Po chwili ktoś zaczął walić pięścią w drzwi sypialni.

— Marta! Natychmiast otwieraj!

Odłożyła książkę, podeszła do drzwi i przekręciła klucz. Krzysiek stał w progu czerwony ze złości.

— Czy ty kompletnie oszalałaś? Po co zniszczyłaś lodówkę?

— Trochę ją ulepszyłam.

— Zdejmij tę kłódkę! Chcę jeść! Cały dzień siedzieliśmy w garażu!

Marta oparła ramię o futrynę.

— Niczego nie zdejmę. Od dziś mamy osobne budżety. Ja sama opłacam kredyt. Ty utrzymujesz siebie, swoją siostrę i wasze apetyty.

— Jestem twoim prawowitym mężem! Masz obowiązek gotować mi jedzenie!

— Gdzie to zapisano?

— W akcie małżeństwa!

Marta parsknęła krótkim śmiechem.

— W urzędzie stanu cywilnego wydają akt zawarcia małżeństwa, a nie dokument o adopcji dorosłego nieroba wraz z jego siostrą.

Krzysiek spróbował odsunąć ją barkiem i wejść do pokoju.

— Zejdź mi z drogi! Masz tam jedzenie! Czuję zapach!

Marta odepchnęła go obiema dłońmi w pierś. Zachwiał się i cofnął na korytarz.

— Jeszcze raz spróbujesz dotknąć mnie albo tych drzwi, zadzwonię na policję. Powiem, że próbowałeś się włamać i mnie zaatakować.

— Nie zrobisz tego.

— Możesz sprawdzić.

Zamknęła mu drzwi przed nosem i przekręciła klucz.

Za ścianą jeszcze długo rozlegały się krzyki, przekleństwa i uderzenia. Krzysiek zadzwonił do matki. Z urywków rozmowy Marta wywnioskowała, że Halina radziła mu wyważyć drzwi.

Nie odważył się. Kopnął tylko w ścianę i wrócił do kuchni. Po pewnym czasie trzasnęły drzwi wejściowe. Najwyraźniej poszedł kupić jedzenie.

Poniedziałek minął w napięciu. Potem nadszedł wtorek.

Nowe zasady obowiązywały bez wyjątków. Marta gotowała wyłącznie dla siebie w multicookerze stojącym w sypialni albo zamawiała gotowe posiłki. Używane naczynia od razu myła i zanosiła z powrotem do pokoju.

Wspólna kuchnia pogrążała się w coraz większym chaosie.

Krzysiek i Dagmara kupili paczkę pierogów oraz najtańsze parówki. Nie mieli jednak w czym ich przygotować. Wszystkie swoje garnki i patelnie Marta wcześniej przeniosła do sypialni.

W środę wieczorem wyszła do kuchni po wodę.

Krzysiek próbował podsmażać parówki na prostownicy Dagmary. W pomieszczeniu wisiał obrzydliwy zapach przypalonego plastiku i tłuszczu.

— W ten sposób ją zepsujesz — zauważyła Marta.

Krzysiek spojrzał na nią spode łba. Pod oczami miał ciemne cienie.

— To wszystko przez ciebie! Doprowadziłaś nas do takiego stanu!

Dagmara siedziała przy stole i chrupała suchy makaron z zupki błyskawicznej prosto z opakowania.

— Marta, proszę — odezwała się żałośnie. — Pozwól chociaż włączyć czajnik. Chcę gorącej herbaty.

— Czajnik należy do mnie. Kosztował trzysta złotych. Wodę można zagotować grzałką w zwykłym kubku. Oczywiście pod warunkiem, że macie grzałkę.

— Suka — wycedził Krzysiek przez zęby.

Marta odwróciła się w jego stronę.

— Jutro oboje się stąd wyprowadzacie.

Słowa zabrzmiały ciężko i ostatecznie.

Krzysiek przestał obracać parówkę.

— A dokąd mamy iść?

— Do waszej matki. Do hotelu. Gdziekolwiek. To już nie jest mój problem.

— Jestem tu zameldowany! — wrzasnął.

— Czasowo. Dziś złożyłam w urzędzie wniosek o wymeldowanie cię z tego adresu z powodu faktycznego ustania wspólnego pożycia. Jutro składam pozew o rozwód.

Dagmara z wrażenia wypuściła z dłoni suchy makaron. Drobne kawałki rozsypały się po stole.

— Jaki rozwód? A ja dokąd mam pójść?

Marta roześmiała się krótko. Nie dlatego, że było jej wesoło. Po prostu trudno jej było uwierzyć w to, co usłyszała.

— Ciebie nie adoptowałam. Spakuj rzeczy i wyjdź.

— Nigdzie się stąd nie ruszamy! — Krzysiek z całej siły rzucił prostownicę na stół. — To także mój dom! Własnymi rękami robiłem tu remont!