Miesiąc później wszystko się potwierdziło — znów była w ciąży. Napięcie ustąpiło, służba zaczęła poruszać się swobodniej, a mąż odzyskał dawny spokój. W niej samej pozostał jednak ciężki osad. Rozalia zrozumiała, jak kruche było jej miejsce w domu, który z zewnątrz wyglądał na niezdobytą twierdzę.
Dzieci dorastały. Najstarszy syn wcześnie okazał silny charakter i potrzebę przewodzenia, drugi był łagodniejszy, bardziej uważny, córka zaś ciągnęła do książek i pytań, na które dorośli nie zawsze chcieli odpowiadać. Rozalia próbowała wychowywać ich tak, by szanowali ludzi bez względu na nazwisko, pochodzenie i majątek. Zapraszała nauczycieli z różnych krajów, poszerzała ich spojrzenie na świat i marzyła, by wyrośli nie tylko na spadkobierców, lecz na ludzi zdolnych myśleć samodzielnie.
Konstanty coraz częściej wyjeżdżał. Kontrakty paliwowe, rozmowy z bankierami, spotkania polityczne i negocjacje wymagały jego obecności. Pałac zdawał się wtedy pusty, nawet gdy rozbrzmiewał głosami dzieci. Pod jego nieobecność Rozalia po raz pierwszy czuła, że przestrzeń naprawdę należy do niej. Założyła fundację pomagającą kobietom, które znalazły się w trudnym położeniu. Oficjalnie patronem inicjatywy był mąż, lecz codzienną pracę, decyzje i kierunek działań prowadziła ona.
Ta działalność przywróciła jej poczucie sensu. Spotkania z podopiecznymi pokazały jej życie dalekie od pałacowych bram, ochrony i uroczystych kolacji. Widziała losy pełne bólu, upokorzeń i walki, i rozumiała, że jej własne doświadczenia były inne, lecz przez to nie stawały się mniej prawdziwe.
Gdy minęło dziesięć lat małżeństwa, w rodzinie było już sześcioro dzieci. Organizm Rozalii coraz wyraźniej domagał się przerwy. Budziła się nocami z bólem pleców, czuła słabość, zawroty głowy i zmęczenie, którego nie dało się ukryć pudrem ani spokojnym uśmiechem. Prywatny lekarz ostrożnie radził, by pomyślała o zdrowiu, wspominał o ryzyku i powikłaniach. Tradycja jednak nadal stała nad wszystkim jak prawo wyryte w kamieniu.
Pewnego wieczoru, kiedy zachód barwił niebo nad morzem na ciężką czerwień, Rozalia zdecydowała się na rozmowę. Odnalazła męża w bibliotece, pośród starych map, ksiąg i rękopisów przechowywanych przez pokolenia. Jej głos brzmiał równo, choć serce uderzało szybciej niż zwykle.
— Potrzebuję odpoczynku — powiedziała. — Dla dzieci. Dla naszej przyszłości.
Konstanty patrzył na nią długo, jakby ważył każde słowo i każdą możliwą konsekwencję. Twarz miał spokojną, zamkniętą, niemal kamienną.
— Wiesz, czego oczekuje się od nas — odparł w końcu. — Nasz ród przetrwał dzięki tradycjom.
Nie było w tym gniewu. Była tylko nieustępliwość. Rozalia zrozumiała, że poruszenie tak starego porządku będzie trudne. Ale gdzieś w głębi pierwszy raz pojawiła się szczelina, przez którą mogło kiedyś przedostać się światło.
Mijały kolejne lata. Liczba dzieci doszła do dziewięciorga. Starsi synowie wyjechali na naukę za granicę i wracali do domu tylko na wakacje oraz rodzinne uroczystości. W pałacu stopniowo robiło się ciszej. Rozalia poczuła dziwną, niemal nieznaną swobodę: mniej wózków, mniej kołysek, mniej nocnego płaczu, a więcej godzin, w których mogła usłyszeć własne myśli.
Jej fundacja stała się poważną organizacją. Rozalia jeździła na konferencje, przemawiała, mówiła o prawie kobiet do nauki, bezpieczeństwa i samodzielności. Dobierała słowa ostrożnie, bez jawnego buntu, ale pod spokojną formą słychać było siłę, której nie dało się już zlekceważyć. Konstanty obserwował tę działalność z rezerwą i prawie się nie wtrącał.
Czasem wieczorami siedzieli razem na tarasie. Wiatr niósł zapach morza i wilgotnych ogrodów. Między nimi pojawiała się rzadka cisza, w której nie było dawnego napięcia. Rozalia zauważała, że lata zmieniły także jego. Spojrzenie stało się łagodniejsze, ruchy wolniejsze, milczenie mniej karzące. Być może on również zaczynał pytać siebie, czy warto za wszelką cenę przedłużać ród w nieskończoność.
Kiedy skończyła czterdzieści lat, kolejna wiosna nie przyniosła oczekiwanej wiadomości. Lekarz mówił o naturalnych zmianach, granicach ciała i konieczności spokoju. Rozalia czekała na wybuch, na chłodne spojrzenie, na powrót tamtego lęku. Konstanty tylko skinął głową. W jego oczach przemknęło zmęczenie, jakby i on miał dość nieustannego oczekiwania.
Dom zaczął żyć w innym rytmie. Zamiast niemowlęcego płaczu coraz częściej rozlegały się głosy dorosłych synów rozmawiających o inwestycjach i planach. Córka przygotowywała się do studiów. Rozalia coraz mocniej czuła, że nie jest już więźniarką pałacowych reguł, lecz kimś, kto potrafi wpływać na przyszłość rodziny ostrożnie, cierpliwie i skutecznie.
Pewnego dnia najstarszy syn zapytał ją:
— Mamo, czy ty jesteś szczęśliwa?
To pytanie zatrzymało ją w miejscu. Spojrzała przez okno na ogród, po którym kiedyś chodziła z niemowlętami na rękach. Nie umiała odpowiedzieć prosto. W jej życiu splatały się lęk i siła, zależność i wpływ, samotność i bogactwo, wdzięczność i żal.
— Nauczyłam się być silna — powiedziała po dłuższej chwili.