— Czyli to już koniec? — Bezradnie rozłożył ręce. — Przez jakichś kolegów?
— Nie przez nich. — Anna usiadła w aucie. — Tylko dlatego, że okazali się dla ciebie ważniejsi ode mnie. I nie stało się tak pierwszy raz. Po prostu wczoraj wreszcie powiedziałeś to głośno. Za tę szczerość mogę ci podziękować.

Katarzyna uruchomiła silnik. Paweł został na parkingu obok dwóch walizek. Wyglądał na zagubionego, dziwnie cichego i po raz pierwszy nie potrafił znaleźć żadnego argumentu, którym mógłby zatrzymać Annę.
— Jedźmy — powiedziała do przyjaciółki. — Czeka na nas zamek. Prawdziwy, cukrowy i bez przeciągów.
— Jedźmy. — Katarzyna uśmiechnęła się i samochód ruszył powoli. — Powiedz szczerze, naprawdę niczego nie żałujesz? Ani odrobinę?
— Wiesz, co zrozumiałam tej nocy? — Anna patrzyła na drogę otwierającą się przed nimi. — Najczęściej ludzi zatrzymuje nie miłość, tylko strach. Strach przed samotnością, nowym życiem i cudzymi słowami: „A nie mówiłem?”. Kiedy jednak człowiek przestaje się bać, nagle dostrzega, że wyjście istniało od początku. Dokładnie tam, gdzie tyle razy mu je wskazywano. Przy drzwiach.
Samochód wyjechał z osiedla. Na tylnym siedzeniu, wewnątrz dużego pudła, połyskiwał lukrem niewielki biały zamek — równy, mocny i zbudowany rękami kobiety, która wreszcie zaczęła tworzyć bezpieczny dom także dla siebie.
Paweł jeszcze długo stał przed blokiem, dzwoniąc do kolegów i szukając wyjaśnienia, dlaczego nie będzie ani uroczystej kolacji, ani przygotowanych łóżek. Anna myślała już o następnym zamówieniu, o kolejnych wieżyczkach i cienkich balustradach, a także o tym, że najsolidniejszym fundamentem każdego domu jest szacunek do samej siebie.
Walizki przy drzwiach nie były zakończeniem. Stały się początkiem nowego życia. Tym razem drzwi otworzyły się nie po to, by wpuścić gości, lecz po to, by Anna mogła wreszcie wyjść ku sobie.