— Czy mogę prosić panią do tańca? — Andrzej wyciągnął rękę, gdy muzycy rozpoczęli spokojny utwór.
— Z przyjemnością — odpowiedziała Zofia, wstając z przyjemnym drżeniem w sercu.
Na parkiecie Andrzej okazał się znakomitym partnerem. Prowadził ją pewnie, lecz bez cienia natarczywości, zachowując pełen szacunku dystans.
Zofia dawno nie tańczyła z mężczyzną. Prawie zapomniała, jak przyjemnie jest czuć obok siebie silne dłonie, uwagę drugiej osoby i spokojne poczucie bezpieczeństwa.
— Wspaniale pani tańczy — powiedział cicho Andrzej, pochylając się ku niej.
— Dziękuję — odparła z uśmiechem. Kątem oka zauważyła, że Marek ponuro przygląda im się z drugiego końca sali.
— Czy w poniedziałek o czternastej będzie pani pasowało? — zapytał Andrzej, łagodnie obracając ją w tańcu. — Spotkamy się w moim biurze.
— Tak, ta godzina mi odpowiada.
— W takim razie jesteśmy umówieni — powiedział po zakończeniu melodii i z szacunkiem pocałował jej dłoń.
Wracając do stolika, Zofia uświadomiła sobie, że od bardzo dawna nie czuła się tak atrakcyjna i interesująca dla mężczyzny.
Spojrzała w stronę Marka. Siedział ponury i opróżniał kolejny kieliszek, całkowicie ignorując nieprzerwany potok słów Natalii.
— Przepraszam, muszę na chwilę wyjść i poprawić makijaż — powiedziała Andrzejowi, po czym ruszyła w stronę drzwi.
Damska toaleta znajdowała się na końcu długiego korytarza. Zofia zatrzymała się przed lustrem, poprawiła szminkę i wygładziła włosy.
Wyglądała naprawdę dobrze. Na policzkach miała naturalny rumieniec, a oczy błyszczały. Sprawiała wrażenie kobiety, która po długim, ciężkim śnie właśnie się obudziła.
— Ładne przedstawienie urządziłaś tu wszystkim — warknął za jej plecami zły głos.
Zofia gwałtownie się odwróciła.
Pośrodku korytarza stał Marek. Miał zaczerwienioną twarz, a w spojrzeniu pijaną wściekłość.
— Nie wiem, o czym mówisz — odpowiedziała i spróbowała go minąć.
— Oczywiście, że nie wiesz! — Zastąpił jej drogę. — Udajesz odnoszącą sukcesy bizneswoman, a tak naprawdę bezwstydnie flirtujesz z bogatym facetem.
— Marku, jesteś pijany. Odsuń się i pozwól mi przejść.
— Jestem całkowicie trzeźwy! — zrobił krok w jej stronę. — Doskonale widzę, co się dzieje. Trzy lata temu zostawiłaś mnie, bo podobno chciałaś wolności. A teraz polujesz na cudze pieniądze.
— Co ty wygadujesz? — Zofia cofnęła się, ale Marek chwycił ją za nadgarstek.
— Mówię prawdę, której nie chcesz usłyszeć! Myślisz, że nie widzę, co zrobiłaś? Pomalowałaś rzęsy, założyłaś obcisłą sukienkę, zakręciłaś włosy… Podstarzała desperatka szuka sobie bogatego sponsora!
— Natychmiast mnie puść — zażądała Zofia, a jej głos zadrżał z oburzenia.
— Nie doczekasz się! — Marek przycisnął ją plecami do ściany. — Naprawdę sądzisz, że Andrzej Lewandowski się z tobą ożeni?
— Trochę się zabawi, a później wyrzuci cię jak niepotrzebny przedmiot. Kto cię potrzebuje w wieku trzydziestu siedmiu lat? Samotna, zgorzkniała kobieta bez dzieci, z wygórowanymi wymaganiami!
— Jesteś… skończonym draniem — wyszeptała Zofia, czując łzy napływające do oczu.
— Ja jestem draniem? — roześmiał się szyderczo. — A kto trzy lata temu zrujnował moje życie?
— Kto porzucił rodzinę dla zabawy w wielką bizneswoman? Teraz uczepiasz się każdego mężczyzny, który ma pieniądze. Jesteś zwyczajnie wyrachowana!
— Niczego nie zrujnowałam! — krzyknęła Zofia. — Po prostu nie chciałam już z tobą żyć!
— Nie chciałaś? — Marek złapał ją za ramiona i boleśnie zacisnął palce. — Byłem złym mężem? Przynosiłem do domu pieniądze, nie piłem, nie zdradzałem cię. A tobie ciągle było mało!
— Codziennie mnie poniżałeś! — wyrzuciła z siebie Zofia. — Każdego dnia powtarzałeś, że niczego nie potrafię, do niczego się nie nadaję i nigdy niczego nie osiągnę! Dla ciebie byłam nikim!
— Bo miałem rację! Spójrz na siebie! Jesteś żałosną podróbką kobiety biznesu, która próbuje wykorzystać bogatego mężczyznę!
— Nikogo nie zaczepiałam! To on sam zaproponował…
— Sam zaproponował? — Marek zaśmiał się nieprzyjemnie. — Jasne. Tacy mężczyźni zawsze sami zauważają kobiety takie jak ty — samotne, spragnione uwagi i zdesperowane.
— Od razu zrozumiał, że ma przed sobą starzejącą się kobietę bez męża i dzieci, prowadzącą nikomu niepotrzebną firmę. Łatwy cel na jedną noc!
Zofia znieruchomiała.
A jeśli w jego słowach rzeczywiście było trochę prawdy? Może Andrzej po prostu chciał przyjemnie spędzić wieczór?
— No proszę, stary przyjacielu. Nigdy nie przypuszczałem, że potrafisz upaść tak nisko.
Spokojny głos dobiegający zza pleców Marka sprawił, że ten gwałtownie się odwrócił.
Na końcu korytarza stał Andrzej Lewandowski. Jego twarz była nieruchoma i chłodna.
Marek natychmiast pobladł i rozluźnił uścisk, wypuszczając Zofię.
— Panie Andrzeju… — wyjąkał. — Nie spodziewałem się pana tutaj.
— I właśnie na tym polega twój problem — odpowiedział mężczyzna, podchodząc powoli bliżej. — Nigdy nie myślisz o konsekwencjach.
— Panie Andrzeju, proszę się tym nie przejmować — Marek próbował odzyskać panowanie nad sobą. — To zwykła rodzinna sprzeczka. Nic poważnego.