„To moja rodzina i moje pieniądze!” — powiedział, gdy matka zażądała, by oddali siostrze pieniądze na wymarzone wakacje nad morzem

— I ostatnia rzecz. Będę pomagał siostrze. Mogę kupić jej jedzenie, oddać potrzebne rzeczy, czasem zabrać dzieci na weekend. Ale nie zamierzam niszczyć planów własnej rodziny po to, żeby realizować cudze. Ani dla jej dzieci, ani po to, żebyś ty poczuła się spokojniejsza.

— Czyli teraz są dla ciebie obcy — wyszeptała Teresa. — Do tego doszło.

— Moja rodzina jest tutaj — powiedział Piotr, wskazując pokój, z którego dobiegał tupot Zosi. — Pozostali też są mi bliscy. Ale to nie są pojęcia równoznaczne, mamo. Te dwa różne słowa nie powstały bez powodu.

W tej chwili do pokoju weszła Zosia. Trzymała rysunek niczym uroczysty prezent.

— Babciu, zobacz! Tu jest morze! Tutaj jestem ja, tu tata, a tu mama. A to delfin. Tylko nie wiem, czemu wygląda jak ogórek.

Teresa spojrzała na kartkę, ale jej nie wzięła. Jedynie delikatnie odsunęła rękę wnuczki, jakby odsuwała zasłonę, po czym ruszyła do wyjścia.

— Babciu, jeszcze nie obejrzałaś delfina!

Drzwi się zamknęły.

Gdy tylko znalazła się na klatce schodowej, Teresa wyjęła telefon i wybrała numer córki. Zaczęła mówić, zanim jeszcze zeszła na pierwszy stopień.

— Odmówił. Stanowczo.

— Jak to odmówił?! — w słuchawce rozległ się ostry głos Magdy. — Powiedziałaś mu o dzieciach? Powiedziałaś, że jestem sama?

— Powiedziałam wszystko. A on stanął przede mną i zaczął wyliczać wszystko punkt po punkcie. Po pierwsze, po drugie, po trzecie…

— To jej wina! Od razu wiedziałam! Kiedyś był normalny! Katarzyna nim manipuluje i nastawia go przeciwko nam!

— Stała obok. Spokojna, uśmiechnięta. Na każdy mój argument miała gotową odpowiedź.

— Ja też chcę nad morze! — krzyknęła Magda. — Dlaczego oni mogą jechać, a ja nie?! Przecież mają pieniądze, doskonale o tym wiem! Są po prostu chciwi! Zawsze tacy byli!

Teresa przez chwilę milczała, patrząc na numer piętra wymalowany na ścianie.

— Powiedziała mi wprost: „Kto zdecydował, że mamy rezygnować z własnych planów dla dzieci pani córki?”.

— I tak po prostu to przełknęłaś?!

— Wyszłam.

— Mamo!

Teresa zakończyła rozmowę. Schodziła po schodach powoli. W środku ścierały się w niej dwa zupełnie różne uczucia. Jedno niemal podziwiało synową, która tak pewnie broniła swojego życia, jakby stała za wysokim, solidnym płotem. Drugie było wściekłe, bo pieniądze znajdowały się tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, a mimo to odpływały gdzieś indziej.

Tymczasem Katarzyna postawiła walizkę na środku pokoju i otworzyła ją szeroko.

— Zosiu, przynieś strój kąpielowy. I swoje koło.

— Ono się tam nie zmieści!

— W takim razie pojedzie osobno. Jako wyjątkowo ważny pasażer.

Piotr stał w drzwiach i patrzył, jak żona układa ubrania w równych stosach.

— Wszystko w porządku? — zapytał.

— U mnie? Idealnie. Lubię, kiedy trudne rozmowy kończą się pakowaniem walizek. Od razu wiadomo, po co się żyje.

— Mama pewnie nie odezwie się do mnie przez miesiąc.

— Czyli dostajemy pełnoprawny urlop i dodatkowo trzy tygodnie ciszy. Tegoroczne lato okazuje się wyjątkowo hojne.

Piotr podszedł bliżej, zabrał z jej rąk złożony ręcznik i sam włożył go do walizki.

— Jeśli myślisz, że martwię się o siostrę, to nie. Ona ma własne życie i własną rodzinę. Pomogę jej wtedy, kiedy będę mógł i kiedy sam uznam to za właściwe. Ale teraz mamy zupełnie inne zadanie.

— Jakie?

— Urlop — odpowiedział Piotr. — Za osiem dni. Albo za dziewięć. Jak widać, w tej kwestii nasza rodzina wciąż nie osiągnęła porozumienia.

— Za osiem! — zawołała Zosia z korytarza i wbiegła do pokoju z ogromnym różowym kołem. — Morze! Morze! Niedługo jedziemy nad morze!

Katarzyna zapięła pierwszą komorę walizki i z uśmiechem mrugnęła do męża.

— Sam słyszałeś. Palce się nie mylą.