Postawiłam ją na środku pokoju. Otworzyłam szafę i zaczęłam układać w niej jego rzeczy. Swetry, sprane koszule, skarpetki, piankę do golenia. Wszystko robiłam powoli i dokładnie.
Nie płakałam. Nie podnosiłam głosu. Nie drżały mi ręce.
— Hej! Tereso, co ty wyprawiasz?! — Janusz zastygł w miejscu. Jego bezczelność w jednej sekundzie ustąpiła miejsca prymitywnemu osłupieniu. Twarz zaczęła mu blednąć. — Dokąd mnie pakujesz? Zrobiłaś przelew czy nie?!
Podeszłam do niego z wydrukiem w lewej dłoni. Żółtym markerem zaznaczyłam słowa „Liposuction”, „Mammoplasty” oraz „Dubai Resort”.
Spojrzałam mu prosto w oczy i z satysfakcją zobaczyłam, jak pojawia się w nich strach. Zrozumiał, że przeczytałam dokument. Zrozumiał, że nie da się już niczego ukryć.
— „Stara skąpa wiedźma, komu jesteś potrzebna z tymi pieniędzmi?” — powiedziałam spokojnie, jakbym odczytywała fragment raportu.
Następnie rzuciłam kartki na jego pierś. Dokumenty zsunęły się na podłogę.
— Wiesz, Janusz, dokładnie sprawdziłam wskazania medyczne. Okazuje się, że twoja trzydziestoletnia córka cierpi na dramatyczny niedobór silikonu w piersiach i skrajny nadmiar tłuszczu na udach. A jedynym ratunkiem jest dla niej ekskluzywny ośrodek spa w Dubaju. Najwyraźniej polska medycyna nie potrafi sprostać takiej tragedii.
Janusz otworzył usta, lecz nie wydobył z siebie żadnego słowa. Chwytał powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Nerwowo rozglądał się po pokoju, szukając choćby jednego usprawiedliwienia.
— Tereso… źle to zrozumiałaś — wykrztusił w końcu. Jego twarz poczerwieniała, tym razem nie ze złości, lecz ze wstydu. — Klaudia ma trzydzieści lat! Mężczyzna ją zostawił! Ma depresję, kompleksy, nie może wyjść z domu! Musi ułożyć sobie życie, znaleźć porządnego, zamożnego faceta, a ty…
Urwał, po czym wybuchł:
— Ty chciwa, bezduszna kobieto! Siedzisz na milionach i nic cię nie obchodzi! Kto cię zechce bez mojego wsparcia?! Zostaniesz sama w tej swojej klitce!
— Walizka jest spakowana — odpowiedziałam cicho. — Klucze zostawisz na szafce. A potem wyjdziesz z mojego mieszkania.
Mówiłam tak spokojnie, że musiał się wsłuchać w każde słowo. W moim głosie było coś nieporuszonego, starego i lodowatego. Janusz umilkł.
Zrobił krok w moją stronę, jakby chciał jeszcze raz mnie zastraszyć. Wtedy spojrzał w moje nieruchome oczy i cofnął się.

Wyszedł, przeklinając.
Kopnął swoją kraciastą walizkę, trzasnął drzwiami tak mocno, że z sufitu osypał się tynk. Na klatce schodowej krzyczał, że jeszcze pożałuję swojej chciwości i że życie bez niego szybko mnie ukarze.
Pojechał do swojej ukochanej księżniczki. Był przekonany, że w wynajmowanym przez siebie mieszkaniu czeka na niego wdzięczna córka. Dopiero później dowiedziałam się, że nawet za ten lokal płacił sam.
Trzy godziny później zadzwonił mój telefon.
Janusz.
Nie odebrałam. Po pewnym czasie odsłuchałam jednak wiadomość na automatycznej sekretarce. W tle rozlegał się histeryczny wrzask Klaudii:
— Po co przywlokłeś do mnie te śmierdzące rzeczy?! Obiecałeś, że przywieziesz pieniądze tej starej idiotki na moją operację! Nie ma milionów, to się wynoś! Nie mam zamiaru cię utrzymywać, nieudaczniku!
Później usłyszałam cichy, żałosny głos Janusza. Błagał, żebym zlitowała się nad nim, otworzyła drzwi i pozwoliła mu chociaż przenocować. Ukochana córka wyrzuciła go bowiem z walizką prosto na zimną klatkę schodową.

Uśmiechnęłam się bez cienia żalu, skasowałam wiadomość i zablokowałam jego numer.
Potem otworzyłam górną szufladę biurka. Wyjęłam nowy szkicownik i pudełko akwarelowych kredek. Usiadłam przy uprzątniętym kuchennym stole i po raz pierwszy od bardzo dawna nabrałam powietrza pełnymi płucami.
Od dawna chciałam narysować projekt werandy przy moim przyszłym domku nad Bałtykiem.
Tego wieczoru wiedziałam już na pewno, jak będzie wyglądała.
Wokół będą sosny, zapach morza i wiatr. A przede wszystkim — wolność. Prawdziwa, uczciwie wypracowana i wreszcie należąca wyłącznie do mnie.
Bez cudzych „diagnoz”, bez bezczelnego pasożyta i bez silikonowych tragedii.
Tylko ja, szum Bałtyku i szczęście, którego nikt już nie zdoła mi odebrać.