Antoni wziął kartkę, spojrzał na długą kolumnę cyfr zapisanych dziecięcym pismem i oddał ją chłopcu.
— Za drewno już mi przepłaciłeś — powiedział. — Za płot też. Teraz to my jesteśmy twoimi dłużnikami, Kuba. Więc siedź spokojnie i nie wymyślaj.
Chłopiec głośno pociągnął nosem i zaczął strugać szybciej.
— U nas czasem jest tak, że do wypłaty mamy jeszcze pięć dni — powiedział, patrząc na wióry przy swoich stopach. — A młodsi są głodni. Więc ja… No, znaleźliście. Zrozumiałem.
— Znaleźliśmy — przyznał dziadek. — Ale więcej niczego nie chowaj. W tym domu chleb leży na stole, nie pod poduszką.
Na początku sierpnia dojrzały pierwsze papierówki, a zaraz po nich zaczęła nabierać koloru antonówka. Sad uginał się pod ciężarem jabłek. Niektóre gałęzie niemal dotykały trawy.
Dzieci zrywały owoce ostrożnie, zawijały każde jabłko w gazetę i układały je w drewnianych skrzynkach. Kuba sam organizował pracę: wyznaczał, kto stoi na drabinie, kto odbiera owoce na dole, a kto zanosi skrzynki do szopy.
Ani jedno jabłko nie zostało podeptane.
Dwudziestego sierpnia przy furtce ponownie zahuczał silnik.
Elżbieta przyjechała równie głośna jak poprzednio, opalona i ubrana w nową sukienkę.
— No i co, moje rozrabiaki, żyjecie? Najedliście się darmowych owoców? Brzuchy wam nie pękły?
Nagle urwała, jeszcze zanim zdążyła wejść na ganek.
Ścieżki były starannie zamiecione, a chwasty przy płocie wykoszone niemal przy samej ziemi. Płot stał prosty i świeżo pomalowany resztką zielonej farby, którą Antoni przechowywał w szopie od pięciu lat. Obok szopy wznosił się równy stos drewna. Na ganku bliźniacy szczotkami czyścili sandały, a Zosia wycierała ręcznikiem słoiki na kompot.
Z głębi sadu wyszedł Kuba z workiem jabłek przewieszonym przez ramię. W ciągu lata wyraźnie urósł, poszerzył się w ramionach i opalił niemal na miedziany kolor.
— Kubusiu! Co ty, zatrudniłeś się jako tragarz? Odłóż ten ciężar!
— Dzień dobry, babciu Elu — odpowiedział i ostrożnie położył worek na drewnianym podeście. — Nie rzucamy workami. To jabłka na zimę. Jeśli się obiją, zgniją przed listopadem.
Przy stole Elżbieta była niezwykle cicha. Zerkała na wnuki, które siedziały spokojnie, nie kłóciły się o łyżki i przed jedzeniem życzyły wszystkim smacznego.
— Marysiu — szepnęła, pochylając się do kuzynki. — Czym ty ich tutaj karmiłaś? W domu w jeden dzień potrafiłyby mi zdemolować mieszkanie.
— Pokrzywą, Elu — odezwał się z końca stołu Antoni. — Bardzo pożyteczna roślina. Jeśli nie masz ochoty iść do ogrodu, od razu gryzie po nogach.
Po herbacie Elżbieta otworzyła torby.
— No dobrze. To weźmiemy trochę owoców, kompotów, ze trzy worki jabłek. Kierowcy coś dam, a on włoży wszystko do bagażnika. I tak wyrosło za darmo, ziemia jest przecież wspólna.
Kuba, który stał przy drzwiach, zrobił krok naprzód i zasłonił torby własnym ciałem.
— Nie, babciu Elu. Nic tutaj nie wyrosło za darmo.
— Do kogo ty tak mówisz?
— Razem z dziadkiem ratowaliśmy cały sad przed chorobami — odpowiedział spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. — Codziennie go podlewaliśmy. Wodę nosiliśmy wiadrami ze studni, bo pompa się spaliła, a dziadek musiał ją później rozebrać i naprawić. Babcia nocami robiła przetwory, żebyśmy zimą mieli co jeść. Dziadek przeznaczył każdemu z nas po skrzynce jabłek, żebyśmy mogli zawieźć je mamom. Ale worków do zabrania i rozdawania komuś nie damy. To jest nasza praca.
W kuchni zapadła taka cisza, że zza pieca wyraźnie słychać było cykanie świerszcza.
Elżbieta poczerwieniała. Nabierała powietrza, jakby chciała wygłosić znaną wszystkim mowę o niewdzięcznych i bezdusznych krewnych, lecz wtedy napotkała pięć spokojnych spojrzeń.
Bliźniacy stanęli obok Kuby.
Zosia ujęła Hanię za rękę.
— To się duście tymi swoimi jabłkami — syknęła Elżbieta, chwytając za puste torby. — Skąpiry.
— Szczęśliwej drogi, Elu — powiedziała spokojnie Maria, nawet się nie podnosząc. — Konfitury już spakowałam dzieciom do plecaków. Po dwa słoiki dla każdego. Tylko pilnujcie, żeby nie potłukły się po drodze.
Pożegnanie było niezręczne.

Elżbieta szła pierwsza, głośno stawiając buty na żwirze. Dzieci podążały za nią.
Kiedy dotarli już do zakrętu, Kuba nagle się zatrzymał, odwrócił i pobiegł z powrotem.
Dopadł dziadka, objął go za szyję — niezgrabnie, po chłopięcemu, ale bardzo mocno — i wyszeptał mu prosto w kołnierz:
— Przyjadę sam w następne wakacje. Pociągiem. Przecież mieliśmy skończyć altanę.
— Materiały leżą w szopie — odpowiedział Antoni, kładąc ciężką dłoń na jego ramieniu. — Deski są suche. Przyjeżdżaj.
Wieczorem w domu zrobiło się tak cicho, że cisza niemal dźwięczała w uszach.
Maria weszła do kuchni, żeby nastawić wodę na herbatę, i nagle stanęła.
Na parapecie stał drewniany bocian. Trochę krzywy, z jednym krótszym skrzydłem, dokładnie wyszlifowany papierem ściernym aż do jasnego drewna.

Pod figurką leżała złożona na czworo kartka w kratkę.
„Dziadku Antku, wszystko policzyłem. Desek wystarczy, jeśli zrobimy dach dwuspadowy. Przyjadę w czerwcu”.
Maria długo trzymała kartkę w dłoniach, aż czajnik na kuchence zaczął gwizdać.
— Antoś — zawołała do sieni. Jej głos nagle zadrżał. — Chodź tutaj.
Mąż wziął drewnianego ptaka, obrócił go w stronę światła i przesunął palcem po nierównym skrzydle.
— Bocian — powiedział. — Mądrze wybrał. Bociany zawsze wracają do domu, kobieto. Tak już mają.
Za oknem nad sadem unosiła się sierpniowa mgła. Powietrze pachniało dojrzałą antonówką i suchym piołunem. A dom, który przez wiele lat wydawał się pusty, po raz pierwszy od dawna wcale taki nie był.