— Oczywiście! — podchwyciła natychmiast. — Teatr to miejsce święte! Nie ma tam miejsca na rzeczy przyziemne!
— W takim razie zastanawia mnie, dlaczego podczas pracy w kasie teatralnej dostała pani dwie nagany za sprzedawanie znajomym wejściówek poza kasą.
Alicja zastygła.
— Powiedziała mi o tym Lucyna, która pracowała w waszym dawnym dziale kadr — dodałam.
Teściowa zachłysnęła się powietrzem.
Szarpnęła ręką.
Kawałek śledzia zsunął się z widelca i wylądował prosto na idealnie wykrochmalonej bluzce.
— To kłamstwo! — wrzasnęła, chwytając serwetkę. — Plotki! Intrygi zazdrosnych ludzi!
Zaczęła pocierać tłustą plamę, ale tylko rozmazała ją jeszcze bardziej.
W tej chwili przypominała oskubaną kurę, która jest święcie przekonana, że wszyscy wokół po prostu nie potrafią docenić jej pawiego ogona.
Na hałas w kuchni przyszedł Mruczek.
Mój stary kot.
Mądry, spokojny i niezwykle cierpliwy.
Antoniego znosił wyłącznie dlatego, że kochał mnie.
Mruczek podszedł do mojego męża i cicho miauknął, licząc na kawałek jedzenia ze stołu.
Antoni, zirytowany całą sytuacją, a szczególnie zniszczoną bluzką matki, nagle mocno odepchnął kota nogą.
— Wynoś się stąd! Wszędzie przez ciebie sierść! Nie można oddychać!
Mruczek odleciał w stronę lodówki, uderzył bokiem o jej obudowę i z przestraszonym sykiem schował się przy kaloryferze.
I wtedy wszystko się zmieniło.
W kuchni zapadła cisza.
Nie zwykła przerwa w rozmowie.
Ciężka, gęsta cisza, jakby pomiędzy nami wyrósł betonowy mur.
Coś we mnie ostatecznie zgasło.
Do tej pory, gdzieś na samym dnie, wciąż tliła się odrobina litości.
Dla słabego Antoniego.
Dla żałosnej Żanety.
Nawet dla Alicji.
Teraz nie zostało z niej nic.
Pojawiła się za to zimna, krystaliczna jasność.
Podeszłam do stołu.
Wzięłam talerz z sałatką stojący przed Antonim.
I bez pośpiechu wyrzuciłam całą zawartość do kosza.
— Wynocha.
Antoni zamrugał.
— Co?
— Z mieszkania. Cała trójka.
Spróbował się uśmiechnąć.
— Olu, przestań. Wszyscy jesteśmy zdenerwowani. Potrąciłem kota przypadkiem. Porozmawiajmy spokojnie…
— Wynocha! — powtórzyłam tak głośno, że Żaneta podskoczyła. — Macie pięć minut.
Alicja zerwała się z krzesła.
— Nie masz prawa wyrzucać Antoniego! On tu mieszka! Jest twoim mężem! To również jego dom! Pójdziemy z tym do sądu, zobaczysz!
— Proszę usiąść, Alicjo — przerwałam jej. — Za znajomość przepisów stawiam pani ocenę niedostateczną.
Otworzyła usta.
— Antoni nie jest w tym mieszkaniu zameldowany na stałe. Jego meldunek czasowy wygasł trzy dni temu. Celowo go nie przedłużyłam.
Antoni gwałtownie odwrócił się w moją stronę.
— Co?
— Chciałam przygotować małą niespodziankę. Wyszła nawet lepiej, niż przypuszczałam.
— Olu…
— Mieszkanie kupiłam dwa lata przed naszym ślubem. Cały remont opłaciłam sama. Od płytek w łazience po ostatni włącznik. Mam zachowane wszystkie rachunki, faktury i wyciągi bankowe.
Spojrzałam na teściową.
— A teraz krótka lekcja prawa. Majątek należący do jednego z małżonków przed ślubem co do zasady pozostaje jego własnością osobistą. Jeśli natomiast ktoś chce udowodnić, że poniósł znaczące wspólne nakłady, powinien najpierw posiadać dokumenty, które to potwierdzają.
Przeniosłam wzrok na Antoniego.
— Twój syn ma z tym problem. Pieniądze z jego nielicznych prac dorywczych w tajemniczy sposób zamieniały się w nowe narzędzia, piwo i niekończące się „spotkania z chłopakami”.
Antoni pobladł.
Doskonale wiedział, że mówię prawdę.
Przez te wszystkie lata rachunki, jedzenie, większość ubrań, meble i sprzęty domowe opłacałam przede wszystkim z własnej pensji.
— Olu… — Jego głos natychmiast złagodniał. — Dokąd ja teraz pójdę? Jest już późno.
No i tak zakończył się wielki lot.
— Żaneta mieszka w akademiku — ciągnął błagalnie. — Nie wpuszczają tam obcych mężczyzn.
— Przecież jesteś ptakiem, Antoni. Leć.
Podeszłam do drzwi wejściowych i otworzyłam je na oścież.
— W najgorszym razie idź do mamy. Alicja ma przecież prawdziwą świątynię sztuki o powierzchni trzydziestu czterech metrów kwadratowych.
— Nigdy ci tego nie wybaczę! — syknęła teściowa, zdejmując płaszcz z wieszaka. — Zostaniesz sama! Z kotem! Komu będziesz potrzebna w wieku trzydziestu czterech lat, z takim okropnym charakterem?
Wzruszyłam ramionami.
— Samotność jest znacznie przyjemniejsza niż życie z pasożytami.
Potem spojrzałam na Żanetę.
— I proszę zdjąć szlafrok.
Zamarła.
— Co?
— Mój szlafrok. Z tureckiej bawełny. Kupiłam go dla siebie, nie na wasze rodzinne próby teatralne.
Żaneta pociągnęła nosem.
Zdjęła szlafrok.
Pod spodem miała zwykłe dżinsy i koszulkę.
Rzuciła moją własność na krzesło i niemal biegiem wybiegła na klatkę schodową.
Za nią ruszyła Alicja.
Trzymała głowę wysoko, jakby nie opuszczała cudzego mieszkania po awanturze, lecz wychodziła z cesarskiego balu.
Wrażenie psuły tylko ortopedyczne sandały.
Antoni zatrzymał się jeszcze w drzwiach.
Patrzył na mnie długo i cierpiętniczo.
— Jesteś bez serca, Olu. Naprawdę sądziłem, że masz w sobie choć odrobinę uczuć.
— Mam serce.
Wskazałam na szafkę przy wejściu.